26 marca 2017

56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane

źródło
Tytuł: „Marsjanin”
Tytuł oryginalny: „The Martian”
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
Moja ocena: 8,5/10


Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
(opis z LC)

Naprawdę nie dziwię się, że „Marsjanin” zdobył taką popularność. Nie znam się za bardzo na science fiction, przyznaję się bez bicia, ale wydaje mi się, że autor wykorzystał świeże podejście do wątku kosmosu w literaturze. Pomysł „mężczyzna zostaje sam na Marsie icoteraz” okazał się naprawdę ciekawy i człowiek po prostu musi się dowiedzieć, co czeka bohatera na Czerwonej Planecie. Z początku wydało mi się to nieco abstrakcyjne, no bo naprawdę trudno sobie wyobrazić, że tak ekstremalna sytuacja nie skończy się szybko w nieprzyjemny sposób. A jednak udało się czymś zapełnić te niemal czterysta stron, i to w całkiem interesującą treść. Kluczowe jest tutaj słowo „całkiem” — nie da się ukryć, że spora część książki to wykonywane krok po kroku działania Marka mające na celu stworzenia sobie warunków do przeżycia, a opisy te są gęste od szczegółów techniczno-fizycznych. Nie za wszystkim nadążałam, mimo że autor i tak pozwolił sobie na pewne niezbędne uproszczenia. To bynajmniej nie sprawia, że powieść jest nudna, ale… czasami wspomniane opisy robią się trochę suche.

Chyba największym plusem „Marsjanina” jest przepełniający go dogłębnie optymizm. Nie myślcie sobie, że próba przetrwania na innej planecie to pikuś; myślę, że takie zdarzenie z powodzeniem można by opisać jako horror. Ta książka natomiast została napisana w zupełnie innej formie. Oczywiście bohatera spotyka masa niebezpiecznych sytuacji i niejednokrotnie wydaje się, że można już na nim postawić krzyżyk. Mark Watney to jednak tak niezwykle sympatyczna i pozytywna postać, że naprawdę nie da się go nie lubić. Jest zaradny i próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej, nawet dramatycznie beznadziejnej sytuacji. Jego humor przeszedł do legendy. Jeśli utknąć na Marsie, to tylko z nim. Warto dodać, że narracja nie prowadzi nas wyłącznie przez to, co aktualnie dzieje się z Markiem, ale też z jego jeszcze-do-niedawna załogą i naukowcami NASA — te fragmenty również dobrze się czyta.

Na zakończenie mam dwie wiadomości. Zła: nie czuję, żeby po tej książce udało mi się przetrwać na jakiejkolwiek innej planecie niż Ziemi. Dobra: zdecydowanie warto przeczytać dzieło Andy’ego Weira i wybrać się na jedyną w swoim rodzaju podróż.

2 komentarze:

  1. Hahahha zła i dobra wiadomość rozwalają system :D
    Mnie te technologiczne szczegóły przerażają i nie mam zamiaru sięgnąć :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zainteresowałaś mnie tą recenzją :) Do tej pory raczej wzbraniałem się przed "Marsjaninem", głównie przez wzgląd na mocną promocję filmu. Teraz jednak wiem, że warto ją przeczytać. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń

Będę bardzo wdzięczna, jeśli podzielisz się swoją opinią na temat posta. :)