Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee

Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee


Tytuł: Upadek Hyperiona
Tytuł oryginalny: The Fall Of Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperion; tom: 2
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 611
Moja ocena: 8,5/10

Czy Upadek Hyperiona przewyższa poprzednią część? Myślę, że najlepiej będzie powiedzieć, że trochę się od siebie różnią. Hyperion był bardzo równy, imponował mi klimatem i tajemniczością i służył głównie wprowadzeniu do wydarzeń. Kontynuacja z kolei miała swoje lepsze i gorsze momenty: już nie było w niej tego szkatułkowego zabiegu, który wcześniej sprawił, że stale na nowo rozbudzało się moje zainteresowanie historią, a przez to tutaj mniej więcej do połowy miałam wrażenie, że akcja nie bardzo posuwa się do przodu. Brakowało mi tej różnorodności, którą otrzymałam od relacji poszczególnych bohaterów. Natomiast kiedy pewne rzeczy zaczęły się wyjaśniać, kiedy autor zaczął powoli odkrywać, o co w tym wszystkim chodzi, byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego, jak Simmons umiejętnie połączył rozważania filozoficzne, religijne, a nawet ekologiczne z pytaniami o naturę człowieka i przyszłość ludzkości. Wszystko to jest ściśle związane z wymyśloną przez niego wizją świata; jest ona niezwykle obrazowa i frapująca. Zdecydowanie warto przedrzeć się przez ten średnio zachęcający początek dla takiego rozwinięcia. Muszę jednak zwrócić uwagę, że lekko zawiodły mnie niektóre rozwiązania, które okazały się zbyt proste. Mimo to Hyperion jako cykl jest niezwykle inteligentną opowieścią dostarczającą nie tylko rozrywki, ale też podstaw do przemyśleń na temat naszej teraźniejszości i przyszłości.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona

Tytuł: Mówczyni
Tytuł oryginalny: The Speaker
Autor: Traci Chee
Tłumaczenie: Nina Wum
Seria: Morze Atramentu i Złota; tom: 2
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 536
Moja ocena: 6/10

Mam wrażenie, że na polskim rynku Morze Atramentu i Złota prześlizgnęło się niemal niezauważenie. Po lekturze Czytelniczki trochę nad tym ubolewałam, bo wydawało mi się, że wiele osób mogło przeoczyć całkiem interesującą trylogię dla młodzieży, a przecież w obecnym zalewie książek wszelkiej maści trudno wyłowić te najbardziej wartościowe. Jednak kontynuacja przyniosła ze sobą lekki zawód. Przede wszystkim opowieść częściowo straciła dla mnie swój baśniowy klimat, a zaczęła mocniej razić schematycznością. Niestety, ale coraz rzadziej jestem w stanie docenić powieści młodzieżowe, bo im więcej ich czytam, tym częściej dostrzegam szablony, jakimi posługują się pisarze. W końcu o czym właściwie jest ten drugi tom? Sefia i Łucznik postanawiają skończyć z ukrywaniem się i zacząć działać — chcą rozprawić się z Impressorami i rozbić siatki zajmujące się porywaniem chłopców przy pomocy przepowiedni. Czyli po raz kolejny głównym motywem jest przemoc i walka uciśnionych z uciskającymi oraz proroctwa naprowadzające bohaterów na właściwie tory. Taka formuła, przynajmniej w moim przypadku, przestała być angażująca. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest absolutnie nudna; Traci Chee odsłania przed nami kolejne tajemnice i w niektórych przypadkach również rozwiązania, co przyczynia się do lepszego zrozumienia stworzonego przez nią świata, a „perspektywa piracka” nadal jest jednym z lepszych wątków. Podobało się też pogłębienie psychologiczne postaci (w porównaniu do pierwszej części), chociażby Łucznika, którego postać zyskała trochę więcej wymiaru. Problem w tym, że to nie wystarcza, by wybić się ponad przeciętność, i Mówczyni raczej nie zostanie w mojej głowie na długo.

1. Czytelniczka | 2. Mówczyni
71. „Atlas chmur” — David Mitchell | Historia o wymiarze globalnym?

71. „Atlas chmur” — David Mitchell | Historia o wymiarze globalnym?


Tytuł: Atlas chmur
Tytuł oryginalny: Cloud Atlas
Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 544
Moja ocena: 6,5/10

Po Atlas chmur sięgnęłam zachęcona licznymi pozytywnymi opiniami, które informowały o niezwykłości tej książki i wpływie, jaki miała na życie wielu czytelników. Zdążyłam też przeczytać już dwie inne książki Mitchella, Czasomierze oraz Slade house, więc miałam już pewne pojęcie co do tego, jak autor pisze (bo pisać zdecydowanie umie). Ten tytuł zdobył jednak zdecydowanie największy rozgłos. Podobnie jak poprzednie, jest to powieść szkatułkowa i wyróżnia się naprawdę nietypową konstrukcją — zawiera w sobie sześć historii, ale kiedy przejdziemy przez wszystkie po kolei, wracamy z powrotem do przedostatniej, czyli piątej, potem czwartej i tak dalej aż skończymy na tej opowieści, od której zaczęliśmy. Na dodatek historie te są ze sobą powiązane, co nadaje każdej z nich nowy wymiar. I faktycznie jest to świetny zabieg. Kunszt pisarski autora pozwolił mu na stworzenie pozornie oddzielnych opowieści i fantastyczne jest to, jak bardzo zindywidualizowane są pod względem języka, a także formy. W Atlasie chmur przenosimy się w miejscu i w czasie i poznajemy postacie charakterystyczne, pełne życia (w tym momencie mrugam do osób, które już mają za sobą lekturę), których kreacja jest po prostu w punkt. Osobowość bohatera właściwie oddziałuje na to, jak on sam jest przedstawiany. Myślę, że duże brawa należą się tłumaczce, której udało się unieść ciężar tego zróżnicowania.

Nie będę za bardzo opowiadać o fabule tej książki, bo tak naprawdę trudno byłoby to zrobić, zważywszy na to, jak jest napisana. I tutaj niestety trochę wychodzi to, z czym miałam i nadal mam problem w jej sprawie. Losy opisanych w niej ludzi i świata są dość interesujące, ale nie porywające. Oczywiście zdarzały się wzloty, na przykład przy fragmentach o Frobisherze czy Sonmi, jednak dzieło Mitchella w zasadzie ma w sobie bardzo wiele dłużących się momentów i chociaż początkowo fajne jest oczekiwanie na to, co będzie w następnej historii i jak ona połączy się z poprzednią, to na dłuższą metę zagłębianie się w poszczególne opowieści było dla mnie nużące. Mam wrażenie, że wynika to z tego, czym ta książka próbowała być — czyli jakąś metaforą życia obudowaną w nielinearną strukturę, próbą zwrócenia uwagi na to, w jaką stronę zmierza nasz świat, pokazaniem walki, jaką toczą jednostki z masami i innymi jednostkami; a więc dokładne analizowanie akcji, konkretnych nazw i symboli nie miałoby sensu. I ten cały koncept wydaje się super, ale tylko dopóki wynika on z przemyśleń i interpretacji „polekturowych”, bo samo czytanie bywa zwyczajnie męczące. Jednocześnie nie jestem przekonana o wielkości tej powieści, jej przesłanie nie jest dla mnie do końca jasne; nawet jeśli mam rację co do tego, o czym pisałam dwa zdania temu, nie zostało to przedstawione w sposób, który by mną wstrząsnął i sprawił, że zaczęłabym postrzegać pewne rzeczy inaczej.

Najmocniejszym punktem Atlasu chmur jest pomysłowość dotycząca formy i świata przedstawionego (historia wspomnianej wcześniej Sonmi zdaje się boleśnie nieuchronna). Bardzo podoba mi się też zabawa Mitchella z własnym uniwersum, to, że nawiązuje do innych swoich książek. Myślę, że ta konkretna świetnie nadaje się do tego, żeby o niej dyskutować i zastanawiać nad problemami, jakie porusza — tylko trzeba najpierw przez nią przebrnąć.
66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...

66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...


Tytuł: Hyperion
Tytuł oryginalny: Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperion; tom: 1
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 624
Moja ocena: 8,5/10

Nachodzi was czasem takie uczucie dotyczące jakiejś książki, którą od dawna niby chcecie przeczytać, ale jakoś nigdy nie możecie się do tego zabrać, że koniec odwlekania, to już jest ten czas? Ja tak właśnie miałam z Hyperionem. Ponieważ opis wydawcy niewiele mi mówił, niewiele wiedziałam o tej książce poza tym, że zbiera bardzo dobre recenzje. Po lekturze mogę stwierdzić, że chyba nie tego się spodziewałam — ale to nie szkodzi, bo i tak przerosła moje oczekiwania.

Znajdujemy się w dalekiej przyszłości — ludzkość opanowała część kosmosu, stworzyła nowe struktury polityczne i rozsiała się po Wszechświecie. Razem z tym przyszedł oczywiście niesamowity postęp technologiczny i nowe możliwości dotyczące chociażby zdrowia czy przemieszczania się. Sytuacja jednak nie jest stabilna, bo zbliża się wojna międzygalaktyczna, a w wyniku niejasnych powiązań z tą sprawą wybranych zostaje siedmioro ludzi: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Kapitan, Detektyw oraz Konsul, którzy muszą odbyć pielgrzymkę do jednego z najdziwniejszych miejsc, jakie znają – czyli Hyperiona.

Sama nie wiem, od czego powinnam zacząć. Może od tego, co najbardziej rzuca się w oczy podczas czytania, a mam tu na myśli świat, w jaki od samego początku bez słowa wyjaśnienia wrzuca nas Simmons. Rozmach, z jakim autor skonstruował swoją wizję, sprawia, że niełatwo od razu wciągnąć się w lekturę. Jesteśmy bombardowani nieznanymi słowami wynalazków i idei powszechnych w tym uniwersum. Stopniowo jednak większość rzeczy się wyjaśnia; wtedy można już zająć się podziwianiem pomysłowości i kunsztu, z jakimi wszystkie jego elementy zostały połączone. Ciekawych jest kilka tysięcy lat historii, które nas od niego dzielą, ciekawa jest polityka i ciekawa jest nowoczesna technika – jednym słowem, cała kultura. Dużo pojęć pozostaje w strefie niedopowiedzeń, ale cóż, to dopiero pierwsza część cyklu, więc wierzę, że jeszcze zdążą się wyjaśnić. Z drugiej strony, myślę, że to może być cecha charakterystyczna dla Hyperiona, takie pozwalanie na to, by czytelnik zastanawiał się nad niejasnościami i sam spróbował dopowiedzieć sobie, co trzeba.

To wszystko zamknięte jest w nietypowej formie — powieści szkatułkowej. Fabuły nie stanowi tylko akcja, bo większą jej część zajmują wspomnienia, opowieści snute przez pielgrzymów i w pewnym stopniu wyjaśniające ich rolę w peregrynacji. Bardzo przypadł mi do gustu ten zabieg, bo mając za protagonistę po kolei różne osoby, mogłam spojrzeć na świat z różnych perspektyw i poznać osobne historie, a każda była unikalna i skupiała się na innych aspektach życia w Hegemonii. Dan Simmons nadał każdemu z bohaterów indywidualny głos, przez co opowieści różnią się narracją i stylem. Pozwoliło to na głębokie wejście w skórę postaci i muszę przyznać, że chociaż czytelnik w pewnym momencie odgaduje, co jest wspólnym mianownikiem wszystkich retrospekcji, i tak są one cholernie wciągające.

Prozę Simmonsa określiłabym jako mocną i w jakimś sensie bezkompromisową. Przynajmniej na mnie zrobiła takie wrażenie; bohaterowie nie byli oszczędzani, zaś obrazowość przedstawianych wydarzeń nie raz wywołała u mnie ciary. Za jedyną wadę mogę uznać jedynie fakt, że Hyperiona nie czytało mi się jakoś szczególnie dobrze. Niby językowo jest okej, ale i tak do końca czułam, że styl jest przyciężkawy. A skoro już o końcu mówimy — nie mogę wybaczyć autorowi zakończenia. Tyle denerwowania się, tyle siedzenia jak na szpilkach w oczekiwaniu na rozwiązanie tej całej historii — a on zakończył to TAK?!

Gatunkowo Hyperion to przede wszystkim science-fiction pomieszane z horrorem religijnym, a znajdą się też wątki sensacyjne i nawet preteksty do rozważań filozoficznych. Ogólnie rzecz biorąc, zrobił na mnie ogromne wrażenie i gdyby nie fakt, że moją bibliotekę zamknęli na ponad miesiąc, szybko pobiegłabym tam po następną część.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona
59. „Intruz”— Stephenie Meyer | Obcym wstęp wzbroniony

59. „Intruz”— Stephenie Meyer | Obcym wstęp wzbroniony


Tytuł: Intruz
Tytuł oryginalny: The Host
Autor: Stephenie Meyer
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 568
Moja ocena: 0,5/10

Na Ziemię trafiają kosmici – gatunek zwany duszami. Szybko zaczynają kolonizować planetę, na której ciała ludzi służą im jako swego rodzaju skafandry i dzięki swojej przewadze liczebnej niemalże w całości opanowują Ziemię. Z ludzkości ostają się jedynie niedobitki. Jednakże jest pewna dusza, której żywiciel się postawił i który nie zamierza łatwo się poddać…

Czytając Intruza, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że na kartach książki ścierają się dwa koncepty; pierwszy to wyobrażenie tego, jak miała wyglądać powieść według autorki, natomiast drugim jest kształt, jaki ostatecznie przybrała – różnica zaś wynika z kiepskiego warsztatu i nieumiejętności tworzenia spójnej historii. Bo to mogła być dobra książka. Pomysł mógłby się obronić, gdyby kompletnie nie zawiodła jego realizacja.

Jedną z ważniejszych wad Intruza jest to, że w czasie czytania z siłą tajfunu uderza w nas fala hipokryzji. Dusze od początku przedstawiane są nam jako istoty o nieskończonych pokładach miłości, spokoju i dobra. Są zawsze prawdomówne, uczciwe i brzydzą się przemocą. Niestety tekst w wielu miejscach pokazuje, że są to jedynie puste słowa, a dusze to ogromni hipokryci. Nie dość, że nie mają większego problemu z kłamaniem, trzeba przede wszystkim powiedzieć, że dusze prowadzą aktywną anihilację innych gatunków, bez wyrzutów sumienia przejmując ich planety, kradnąc ciała i życia… Obcy próbują się usprawiedliwiać, lecz ich argumenty wcale nie stawiają dusz w lepszym świetle, bo w dalszym ciągu, kolonizując Ziemię czy zresztą każdą inną planetę, są agresorami. Szczególnie gorzko w tym kontekście brzmią słowa wypowiadane przez Wagabundę w dalszej części książki, dotyczące powodu, dla którego zasiedlają inne planety. A właściwie braku sensownego powodu. Co więcej, przemoc nie budzi w nich takiego wstrętu, jak to wszem i wobec głoszą; kwestia zabijania poszczególnych osobników z różnych gatunków powraca parokrotnie i za każdym razem dusze działają z wyrachowaniem. Nie ma w tym momencie znaczenia, że nie traktują tego jak morderstwo – bo to nadal jest morderstwo.

Gdyby stworzenie z dusz hipokrytów-potworów było zamierzone, mogłoby to mieć wręcz pozytywny efekt i kreować interesującą perspektywę; obawiam się jednak, że tak nie jest. Nigdzie w powieści, oprócz specjalnego przypadku, o którym opowiem za chwilę, w rozumieniu dusz nie wyłania się wyraźna konkluzja, że postępują źle. Natomiast równocześnie z nachalnym wychwalaniem dusz, odnajduję tu równie nachalne demonizowanie ludzi – podkreślenie ich słabości, zezwierzęcenia i zdemoralizowania. Ludzie są tu pokazani jako istoty z natury agresywne, porywcze, o morderczych skłonnościach i w ogóle tak zupełnie odmienne od dusz, jak tylko się da. Żywiciele są obarczani za ewentualne niezbyt przykładne zachowania dusz. Ludziom oberwało się nawet za wygląd – są w końcu nijacy i trudno odróżnialni. Pomijając to, że Wagabunda i tak często wyolbrzymia, kolejna rzecz, która moim zdaniem nie została należycie uwydatniona, to to, że, owszem, ludzie bywają tam okrutni, ale przede wszystkim dlatego, że muszą bronić się przed inwazją obcych! Dochodzi nawet do tego, że sami przyznają się do własnej nieusprawiedliwionej brutalności.

Następną kwestię stanowi, jakże ważna w science-fiction, kreacja świata. Meyer niestety nie podołała zadaniu. Stworzony przez nią świat, a właściwie Wszechświat, jest pełen białych plam, niedopowiedzeń, nielogiczności i do tego świadczy o ograniczonej wyobraźni. Jak dokładnie działa, na czym polega od strony technicznej połączenie między Wagabundą a Melanie, tak naprawdę nigdy się nie dowiadujemy. Podobnie sprawa ma się z naszą wiedzą o społeczeństwie dusz. Jak, ściśle, przebiega kolonizacja? Jak utrzymują porządek bez wyszczególnionej władzy? Szkoda, że Meyer rzuca nam strzępki informacji na różne tematy, ale żadnego z nich porządnie nie rozwija. Absolutnie zabrakło również kreatywności w wymyśleniu obcych ras – mówię tu oczywiście o Delfinach podobnych do ważek, Niedźwiedziach rzeźbiących tęczowe miasta z lodu i kołyszących się Wodorostach.

Kolejnym ważnym problemem, jaki odnajduję w Intruzie, jest sposób, w jaki autorka pokazuje w nim zjawisko miłości. Niewiele momentów, paradoksalnie, poświęcono na opis stopniowego rozwoju relacji między osobami, mimo że ta powieść miała być przede wszystkim romansem. Zakochanie często następuje błyskawicznie, miłość po prostu albo jest, albo jej nie ma, jak wyraża się jedna z postaci. Wagabunda w jednej chwili przejmuje wszystkie uczucia Melanie i nie ma nad tym kontroli – ogromna sympatia do Jareda nie zostaje zachwiana nawet wtedy, gdy dusza ma wszelkie powody, by go znienawidzić.

I tak płynnie przejdę do oceny konstrukcji postaci. Ponownie jest to płaszczyzna, do której mam sporo zastrzeżeń. Bohaterowie są płascy, jednowymiarowi, niewiele wiemy o tych spoza głównego kręgu zainteresowania – do tego nie wzbudzają większej sympatii, więc ich losy pozostają czytelnikowi obojętne. Jedyną osobą, która zazwyczaj ma głowę na karku, jest Jeb, chociaż nawet jemu zdarzają się słabsze momenty. Kyle i Łowczyni to persony karykaturalnie złe, istniejące chyba tylko po to, żeby podtrzymywać wrażenie istnienia w tle jakiegoś zagrożenia. Jamie to istne kuriozum; mimo że ma czternaście lat, najczęściej zachowuje się, jakby był o połowę młodszy, a zresztą podobnie traktują go inni, co tylko potęguje odczucie jego zdziecinnienia.

Jared z kolei jest dla mnie interesującym przypadkiem, ponieważ głęboko mnie zastanawia, czy on faktycznie miał być postacią pozytywną. Psychopatyczne skłonności są u niego tak wyraźne, że po prostu ciężko w jakimkolwiek stopniu go tolerować, nie mówić już o lubieniu. Jego agresywna postawa utrzymuje się przez większość powieści – wręcz emanują od niego nienawiść i furia, które wyładowuje na otoczeniu. Przerażające jest to, że ten sposób postępowania jest w pewnym stopniu usprawiedliwiany. Wydaje się więc, że na tle Jareda Ian jest tym „lepszym” kandydatem na partnera, prawda? Nie do końca. Bohater ten również ma swoje za uszami, co staje się jasne bliżej końca lektury. Oprócz tego Melanie czasami zachowuje się cokolwiek nieadekwatnie do sytuacji. Z jednej strony to dziewczyna, która potrafi walczyć o swoje, co zdecydowanie stanowi cechę pozytywną, ale z drugiej zmienia się nie do poznania, gdy w pobliżu znajduje się Jared. Zupełnie nie widzi jego wad, o których wspomniałam wcześniej i nadal w duchu do niego wzdycha, co uważam za niepokojące.

Jeśli chodzi o Wagabundę, wielokrotnie spotykamy się z podkreśleniem jej wyjątkowości, w pewnym momencie zostaje nawet zasugerowane, że w swoim społeczeństwie traktuje się ją jako kogoś w rodzaju członka rodziny królewskiej. Przy tym nie wyróżnia się inteligencją (ale to już właściwie cecha wspólna wszystkich bohaterów), jest przewrażliwiona i chętnie przyjmuje cierpiętniczą postawę, uwypuklając swoje wyobcowanie. Chyba spokojnie można określić ją jako przykład Mary Sue. Ale należy tu zaznaczyć bardzo ważną kwestię: choć Meyer stara się przekonać czytelnika, że Wanda ostatecznie przechodzi na stronę ludzi i zmienia swój światopogląd, w istocie wcale do tego nie dochodzi. To znaczy, oczywiście, przywiązuje się w jakiś sposób do współmieszkańców jaskini i dochodzi do wniosku, że nie podoba jej się, że zabrano im świat, ale jeśli problem nie dotyczy jej bliskich… to problemu nie ma. Kolonizacja innych planet, zabieranie życia innym gatunkom – w dalszym ciągu: czemu nie.

Przez Intruza ciężko przebrnąć – to zasługa nie tyle dużej objętości, co nudno prowadzonej narracji. Autorka posługuje się mało plastycznym stylem i typowo dla siebie wprowadza wiele niepotrzebnych szczegółów. Utrudnia to wyczucie odpowiedniej atmosfery oraz zwyczajne wciągnięcie się w powieść, czekanie z wypiekami na twarzy na to, co stanie się na kolejnej stronie. Przy tym niektóre sceny są przedramatyzowane i przeładowane weltschmerzem. Dodajmy do tego dziury fabularne, brak polotu oraz niesatysfakcjonujące zakończenie, a w sumie wyjdzie nam całkiem zgrabne podsumowanie tej pierwszej napisanej z myślą o dorosłym czytelniku książce Meyer.

Czy w takim razie bym ją poleciła? Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama. Ale niech ta lektura będzie przestrogą: w pisaniu nie warto iść na skróty, bo przypadkowo możemy nadłożyć sobie drogi.
Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano

Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano


Chwilę mnie tutaj nie było, cóż — zrobiłam sobie małe wakacje. ;) Ale chyba nigdy nie będę w stanie pisać regularnie. Mówi się trudno, a tymczasem zapraszam do czytania. :)

Tytuł: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 792
Moja ocena: 9/10

Ostatnio udało mi się zaatakować tę sporą cegłę, jaką jest zbiór opowiadań grozy Lovecrafta w wydaniu wydawnictwa Vesper i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. W kolejnych utworach zauważyć można pewne schematy, jednak nie stanowi to szczególnej wady, ponieważ tak czy siak, opowiadania stanowią razem pewną całość; ich spoiwem jest oczywiście mitologia Cthulhu. Tutaj należy zaznaczyć, jak wielką wyobraźnię miał autor i w jaki sposób udało mu się przelać ją na papier. Obrazy, które prezentuje nam Lovecraft za pomocą swego eleganckiego, a jednocześnie plastycznego stylu, są monumentalne i niezwykle sugestywne. Odkrywa przed nami nieznany świat, który zaskakuje swoją złożonością. Jedyna rzecz, która trochę mi nie pasowała, to, zwłaszcza w początkowych pracach, nieco zbyt skąpe opisy potworności. Zamiast tych paru rzuconych przymiotników przydałaby się bardziej szczegółowa deskrypcja. Z drugiej strony, zauważyłam, że we mnie większą grozę budziła duszna, napięta atmosfera związana z dziwnymi wydarzeniami niż faktyczne opisy plugawych kreatur. Jeszcze parę słów na temat wydania — doceniam oprawę graficzną w postaci rysunków w środku książki, natomiast nie wywołała we mnie większych emocji. Z kolei posłowie było bardzo interesującym dodatkiem wyjaśniającym parę spraw i dopełniającym całość. Jednym zdaniem, twórczość Lovecrafta jest klasykiem, który zdecydowanie warto znać.

Zgroza w Dunwich | Przyszła na Sarnath zagłada

Tytuł: Stół króla Salomona
Tytuł oryginalny: La mesa del rey Salomón
Autor: Luis Montero Manglano
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
Seria: Poszukiwacze; tom: 1
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 528
Moja ocena: 6,5/10

Stół króla Salomona to niezła książka przygodowa autorstwa Luisa Montero Manglano, brata znanej pisarki Carli Montero. O tej powieści mogłabym napisać zarówno parę pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy. Pomysł jest całkiem ciekawy, zresztą głównie dla niego zdecydowałam się po nią sięgnąć. Wykonanie jest zadowalające, chociaż niektóre aspekty mogłyby ulec poprawie. Zaletę na pewno stanowią liczne odniesienia do historii sztuki, jednak jak na mój gust mogłoby się znaleźć trochę więcej zagadek, i to takich, na których rozwiązanie bohaterowie nie wpadną w przypadkowy sposób. Kreacja postaci jest może trochę schematyczna, a książka nie jest tak wypełniona humorem, jak o tym zapewniał wydawca. Do tego żyłka detektywistyczna, która zapewne wykształciła się u mnie po przeczytaniu sporej ilości kryminałów, pozwoliła mi na odgadnięcie prawdziwych motywów niektórych osób, dzięki czemu na końcu nie spotkało mnie zaskoczenie; z drugiej strony, mam wrażenie, że autor po prostu nie dość umiejętnie próbował zwodzić czytelnika. „Stół króla Salomona”, choć nie pozbawiony wad, jest zatem lekką, interesującą historią, która powinna spodobać się miłośnikom przygód i sztuki.

1. Stół króla Salomona | 2. Łańcuch Proroka | 3. Miasto Świętych Mężów
56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane

56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane


Tytuł: Marsjanin
Tytuł oryginalny: The Martian
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
Moja ocena: 8,5/10

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
(opis z LC)

Naprawdę nie dziwię się, że Marsjanin zdobył taką popularność. Nie znam się za bardzo na science fiction, przyznaję się bez bicia, ale wydaje mi się, że autor wykorzystał świeże podejście do wątku kosmosu w literaturze. Pomysł „mężczyzna zostaje sam na Marsie icoteraz” okazał się naprawdę ciekawy i człowiek po prostu musi się dowiedzieć, co czeka bohatera na Czerwonej Planecie. Z początku wydało mi się to nieco abstrakcyjne, no bo naprawdę trudno sobie wyobrazić, że tak ekstremalna sytuacja nie skończy się szybko w nieprzyjemny sposób. A jednak udało się czymś zapełnić te niemal czterysta stron, i to w całkiem interesującą treść. Kluczowe jest tutaj słowo „całkiem” — nie da się ukryć, że spora część książki to wykonywane krok po kroku działania Marka mające na celu stworzenia sobie warunków do przeżycia, a opisy te są gęste od szczegółów techniczno-fizycznych. Nie za wszystkim nadążałam, mimo że autor i tak pozwolił sobie na pewne niezbędne uproszczenia. To bynajmniej nie sprawia, że powieść jest nudna, ale… czasami wspomniane opisy robią się trochę suche.

Chyba największym plusem Marsjanina jest przepełniający go dogłębnie optymizm. Nie myślcie sobie, że próba przetrwania na innej planecie to pikuś; myślę, że takie zdarzenie z powodzeniem można by opisać jako horror. Ta książka natomiast została napisana w zupełnie innej formie. Oczywiście bohatera spotyka masa niebezpiecznych sytuacji i niejednokrotnie wydaje się, że można już na nim postawić krzyżyk. Mark Watney to jednak tak niezwykle sympatyczna i pozytywna postać, że naprawdę nie da się go nie lubić. Jest zaradny i próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej, nawet dramatycznie beznadziejnej sytuacji. Jego humor przeszedł do legendy. Jeśli utknąć na Marsie, to tylko z nim. Warto dodać, że narracja nie prowadzi nas wyłącznie przez to, co aktualnie dzieje się z Markiem, ale też z jego jeszcze-do-niedawna załogą i naukowcami NASA — te fragmenty również dobrze się czyta.

Na zakończenie mam dwie wiadomości. Zła: nie czuję, żeby po tej książce udało mi się przetrwać na jakiejkolwiek innej planecie niż Ziemi. Dobra: zdecydowanie warto przeczytać dzieło Andy’ego Weira i wybrać się na jedyną w swoim rodzaju podróż.
45. „W sieci umysłów” — James Dashner | Zagrajmy w życie

45. „W sieci umysłów” — James Dashner | Zagrajmy w życie


Tytuł: W sieci umysłów
Tytuł oryginalny: The Eye of Minds
Autor: James Dashner
Tłumaczenie: Rafał Lisowski i Anna Dobrzańska
Seria: Doktryna Śmiertelności; tom: 1
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Moja ocena: 4/10

Michael jest graczem. I — jak większość graczy — więcej czasu niż w realnym świecie spędza w wirtualnej rzeczywistości VirtNet. Do VirtNetu można wejść i umysłem, i ciałem, a jeśli jesteś hakerem, czeka cię jeszcze więcej zabawy.
Kiedy jeden z hakerów zaczyna seryjnie mordować, rząd wie, że aby go schwytać, potrzebny będzie równie dobry haker. I to właśnie Michael wygląda na osobę, która może włamać się do najbardziej skomplikowanego systemu na świecie. Jeśli zgodzi się podjąć tej misji, będzie musiał wejść do VirtNetu nigdy nieodkrytymi ścieżkami.
(opis z LC)

Po Dashnerze, czyli autorze mojego ukochanego Więźnia labiryntu, spodziewałam się więcej. Dostałam powieść o całkiem niezłej koncepcji, z którego można by stworzyć naprawdę ciekawą historię, jednak potencjał ten nie został wykorzystany.

W powieściach science-fiction zawsze spodziewam się szczególnie dopracowanego świata przedstawionego. Tutaj go nie uświadczyłam. Owszem, mamy VirtNet, czyli tę niesamowitą fałszywą rzeczywistość (do której można podłączyć się, wchodząc do „trumny”) mającą nieograniczone wręcz możliwości. Można nią manipulować i hakować – ale na jakiej zasadzie to się właściwie odbywa, nie wiadomo, bohaterowie po prostu „przeszukują linijki kodu” i są w tym dobrzy. Można grać w bardziej specyficzne manipulacje. Za to nie ma wzmianek o innych nowoczesnych technologiach, które powinny chyba pojawić się równocześnie z tak zaawansowanym wynalazkiem jak VirtNet. Ostatecznie jednak mogę to wybaczyć, zważywszy na to, że akcja ma miejsce przez większość czasu gdzieś jeszcze dalej od realu.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zawiodłam się na całej linii. Kreacja postaci leży! Dawno nie czytałam książki, w której byłyby one tak wyprane z charakteru, bez choćby pomysłu na to, żeby stały się bardziej wyjątkowe, co ja mówię, po prostu miały w sobie jakąś iskierkę życia. O Sarze i Brysonie, czyli przyjaciołach głównego bohatera można powiedzieć tyle, że są – słowo daję, bliżej im do mówiących marionetek niż ludzi. Michael też wiele lepszy pod tym względem nie jest – ale ten przypadek jest o tyle interesujący, że autor potwierdził tym bardzo ważną dla fabuły informację, którą uzyskujemy pod sam koniec lektury. Sytuacja trochę kuriozalna, bo nie jestem pewna, czy było to działanie zamierzone.

Może nie do końca sprawiedliwie byłoby porównywać tę książkę do Więźnia labiryntu, ale wydaje mi się, że pomoże to w oddaniu moich odczuć po lekturze. W sieci umysłów zaskoczyło mnie, niestety negatywnie, swoją warstwą językową, a nie przypominam sobie, żeby podobnie było przy tej jak na razie popularniejszej serii. Czytało mi się bardzo szybko, ale styl był do bólu prosty, a narracja prowadzona w suchy sposób. Zupełnie jakby większość emocji, które powinny przecież towarzyszyć protagonistom w czasie ich niebezpiecznej wędrówki, gdzieś się ulotniła. Dodam do tego jeszcze dziurki fabularne. Jedyne plusy, jakie mogę znaleźć, to że wydarzenia były w miarę ciekawe, a zakończenie zaskakujące. 

Z przykrością stwierdzam, że W sieci umysłów nie przykuło mojej uwagi ani jako powieść science-fiction, ani jako młodzieżówka. Jest przeciętne w każdym aspekcie, tak jakby autorowi nie zależało i potraktował je po macoszemu. Szkoda, bo, jak już mówiłam, pomysł nie był najgorszy.

1. W sieci umysłów | 2. Reguła myśli | 3. Gra o życie

Wyzwania:
– Czytam Opasłe Tomiska
– Czytam fantastykę
– Czytam YA
Minirecenzje #3 „Przegląd Końca Świata. Deadline” — Mira Grant, „Stigmata” — Beatrix Gurian

Minirecenzje #3 „Przegląd Końca Świata. Deadline” — Mira Grant, „Stigmata” — Beatrix Gurian


Zapraszam na kolejne już minirecenzje i życzę miłej lektury, zwłaszcza, że zaszalałam dziś z długością. Przy okazji: dajcie znać, co aktualnie czytacie! :)

źródło
Tytuł: Przegląd Końca Świata. Deadline
Tytuł oryginalny: Deadline
Autor: Mira Grant
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Seria: Przegląd Końca Świata; tom: 2
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 495
Moja ocena: 9/10

Tak jak pisałam w recenzji pierwszego tomu, świat stworzony przez Mirę Grant przypadł mi do gustu. Nie przypuszczałam, że tematem zombie można zająć się w tak oryginalny sposób. Deadline nie różni się pod tym względem. Jednak ma kilka zalet więcej. Przede wszystkim nowa intryga wciągnęła mnie o wiele bardziej niż poprzednia. Nie powiem, żebym jakoś szczególnie interesowała się wirusologią, ale autorka bardzo ciekawie rozwijała ten wątek w powieści i ujawniała kolejne, szokujące informacje o Kellis-Amberlee. To chyba najmocniejszy punkt Deadline.

Poza tym przyjemniej czytało mi się za sprawą wprowadzenia większej dynamiki i przyśpieszenia akcji (pościgi i wybuchy, te sprawy). Mamy też do czynienia z nową ekipą Przeglądu Końca Świata, ale za bardzo nie wypowiem się o bohaterach — po prostu byli dobrze wykreowani. Nowością okazała się zmiana narracji i chociaż nic do Georgii nie mam, bardziej spodobało mi się czytanie z punktu widzenia Shauna. Skoro już dotarłam do tego tematu, sama nie wiem do końca, czy te osobliwe rozmowy między rodzeństwem były dobrym zabiegiem — ale interesującym na pewno. Na zakończenie autorka ponownie uraczyła nas mocnym cliffhangerem. Powtórzę: nie tego się spodziewałam! Nie wiem, co by się stało, gdybym nie miała pod ręką ostatniej części...

Nawet jeśli nie do końca przekonał was Feed, zdecydowanie rekomenduję pozostanie przy cyklu, bo czeka na was jeszcze solidna dawka ironii, trupów i zwrotów akcji.


1. Feed | 2. Deadline | 3. Blackout

źródło
Tytuł: Stigmata
Tytuł oryginalny: Stigmata
Autor: Beatrix Gurian
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 382
Moja ocena: 6,5/10

Po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że to musi być jakaś banalna młodzieżówka. Spójrzcie tylko: „(...) polecenie, by zaczęła szukać morderców swojej matki. Wszystko wskazuje na to, że znajdzie ich na elitarnym obozie młodzieżowym w starym zamku w górach” — dla mnie nie brzmi to zbyt poważnie. Jednakże kilka pozytywnych recenzji i niska cena w księgarni skłoniły mnie do zakupu. Przyznam, że lektura faktycznie trochę przerosła moje oczekiwania. Z drugiej strony, i tak nie były wysokie.

Powieść została napisana prostym, lekkim językiem i czyta się ją naprawdę szybko. Fabularnie wypada średnio. Pomysł, żeby szukać morderców na obozie młodzieżowym jest co najmniej dziwny. Mimo wszystko autorce udało się to jakoś wytłumaczyć. Przebieg obozu i dziwne zadania otrzymywane przez uczestników pobudzają ciekawość i każą się zastanawiać, o co tu w ogóle chodzi. Rozwiązanie natomiast wydało mi się od czapy, i do tego niemiło zapachniało Pretty Little Liars. Wtedy poziom dramaturgii nieco się obniżył, pewnie nieco wcześniej, niż było to zaplanowane. Zawodzić mogą postacie, słabo zarysowane; właściwie prawie bez charakteru. Warte uwagi były natomiast wstawki z wcześniejszego okresu oraz zdjęcia, które razem całkiem nieźle uzupełniły główną historię.

Generalnie Stigmata plasuje się gdzieś w okolicach powieści przeciętnej lub dobrej. Ma w sobie kilka oryginalnych elementów, ale nie wydaje mi się, by miała zostać w pamięci na dłużej.

Wyzwania:
– Czytam fantastykę
– Czytam opasłe tomiska
– Klucznik
– Czytam YA
Minirecenzje #2 „Przegląd Końca Świata. Feed” — Mira Grant, „Ene, due, śmierć” — M. J.Arlidge

Minirecenzje #2 „Przegląd Końca Świata. Feed” — Mira Grant, „Ene, due, śmierć” — M. J.Arlidge



Tytuł: Przegląd Końca Świata. Feed
Tytuł oryginalny: Feed
Autor: Mira Grant
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Seria: Przegląd Końca Świata; tom: 1
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 490
Moja ocena: 7,5/10


Była to pierwsza powieść o zombie, jaką przeczytałam i mam bardzo pozytywne odczucia. Przede wszystkim interesująca jest wizja świata stworzona przez Mirę Grant, w której blogosfera osiągnęła już znaczącą pozycję wśród mediów, no i oczywiście pojawienie się na Ziemi zombie, przekonująco wyjaśnione i opisane. Co ciekawe, te dwie kwestie łączą się ze sobą z naprawdę niezłym efektem. Również wpisy z blogów wplecione między rozdziały były fajnym przerywnikiem. Bohaterów polubiłam i generalnie nie mam tutaj nic do zarzucenia, ponieważ nie byli płascy i każdy miał własny charakter. Jeśli już miałabym się na coś poskarżyć, to zbyt wolne tempo akcji jak na mój gust. Nie było też tylu chwil prawdziwego napięcia, na ile liczyłam. Zakończenie zaś zostawiło mnie z szeroko otwartymi oczyma. Nie tego się spodziewałam! Tym bardziej nie mogę doczekać się drugiej części. Polecam zdecydowanie fanom zombie i innym, których intryguje pomysł na ten cykl.


1. Feed | 2. Deadline | 3. Blackout

Tytuł: Ene, due, śmierć
Tytuł oryginalny: Eeny Meeny
Autor: M. J. Arlidge
Tłumaczenie: 
Seria: Helen Grace; tom: 1
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 419
Moja ocena: 9/10

O tej książce mogę powiedzieć tyle: świetny thriller. Wciąga i oderwanie się od lektury staje się wyzwaniem. Dzięki temu, oraz przyjemnemu, lekkiemu stylowi, jakim została napisana, czyta się ją szybko. Pomysłowa intryga pochłania bez reszty i ciągle możemy się zastanawiać, czy, ile i jakie jeszcze będą ofiary.

Rozwiązanie sprawy to coś więcej niż odkrycie zbrodniarza. Mamy tu do czynienia z bardziej skomplikowaną sytuacją. Powracają demony z przeszłości — dylematy nie do rozwiązania i ostateczne wybory. Wyróżnione w książce fragmenty mają większe znaczenie, niż się wydaje.


Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić wszystkim „Ene, due, śmierć”, które na mnie zrobiło bardzo dobre wrażenie.


1. Ene, due, śmierć | 2. Powiedz, panno, gdzie ty śpisz

27. „Nowa Ziemia” — Julianna Baggott

27. „Nowa Ziemia” — Julianna Baggott


Tytuł: Nowa Ziemia
Tytuł oryginalny: Pure
Autor: Julianna Baggott
Tłumaczzenie: Janusz Maćczak
Seria: Świat po Wybuchu tom: 1
Wydawnictwo: Egmont Polska
Liczba stron: 469
Moja ocena: 8,5/10

Gdy nastąpił Wybuch, Ziemia została doszczętnie zniszczona. Budynki się zawaliły, powietrze zanieczyściło, a niemal wszyscy ludzie z czymś się stopili. Uratowani zostali jedynie mieszkańcy Kopuły, która była projektem dotyczącym życia bez wpływu na środowisko. Wszystko przebiega tam według ścisłych ustaleń.

Pressia Belze jest jednym z nieszczęśników. Niedługo skończy szesnaście lat i zostanie przymusowo wcielona do Organizacji Przenajświętszej Rewolucji, co budzi jej strach. Partridge Willux jest synem budowniczego Kopuły, ale w ogóle nie przypomina ojca. I zamierza uciec.

Początkowo ta powieść nie wzbudzała mojego dużego zainteresowania. Pomyślałam, że może kiedyś ją przeczytam, ale nie byłam za bardzo chętna. Kiedy jednak szukałam w bibliotece książek na wakacje, uznałam, że już czas. Nie żałuję!

Nowa Ziemia to naprawdę dobra powieść pokazująca świat po apokalipsie. Wszystko zostało przemyślane i nie ma tu miejsca na przypadek. Wizja przedstawiona przez autorkę jest poruszająca i działająca na wyobraźnię. Chociaż niektóre elementy tej kreacji mogą budzić wątpliwości, np. stapianie się tkanek, kodowanie, to widać, że Julianna Baggott nie zignorowała podstawowego researchu, co potwierdzają Podziękowania. Niby nie powinnam tego chwalić, bo niby jest to oczywistość przy pisaniu czegokolwiek, niestety patrząc na niektóre książki, można odnieść wrażenie, że jest inaczej.

Wydaje mi się, że ta książka wyróżnia się wśród innych młodzieżówek pod względem języka. Nie jest do bólu prosty, ale czyta się lekko. Do tego można natrafić w trakcie lektury na kilka ciekawych metafor. Zaś fabuła jest naprawdę wciągająca, a wątki miłosne obecne w śladowych ilościach nie przesłaniają innych, ważniejszych wydarzeń.

Bohaterowie nie są papierowi. Mają odmienne charaktery, ale różnice między nimi widać najwyraźniej, gdyby porównać, jak zdefiniowała ich przeszłość i własne wybory. Bradwell wybierał samotniczy tryb życia i unikał angażowania się w problemy innych. Partridge — Czysty, wybierał między bezpiecznym, ale bezwolnym życiem w Kopule, a prawdziwym światem na zewnątrz i poszedł za głosem serca. Pressia starała się nie zatracić w sobie dobra, niezależnie od tego, co robiła. Dla mnie jednak jedną z najbardziej intrygujących postaci był El Capitan, biorąc pod uwagę to, z jakim ciężarem (psychicznym i fizycznym jednocześnie) musiał sobie radzić. Przypominam sobie tylko jeden moment, w którym dwoje głównych bohaterów mocno zwolniło obroty myślenia, ale przemilczmy go.

Polecam Nową Ziemię przede wszystkim fanom dystopii czy antyutopii i generalnie fantastyki. Jest na pewno lepsza niż jakaś tam Niezgodna, a ukazany obraz nieprzyjaznego świata zasługuje na uwagę.

1. Nowa Ziemia | 2. Nowy Przywódca

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam fantastykę
– Czytam opasłe tomiska
– Klucznik

To mój ostatni post dodawany przed wyjazdem, więc jeszcze trochę informacji. Postanowiłam, że na czas mojej nieobecności posty będą pojawiać się co kilka dni, spodziewajcie się i tagów, i recenzji. Ostatnio okazało się też, że prawdopodobnie będę mieć internet, ale... w telefonie, więc jedyne, co będę mogła robić, to pisać komentarze i odwiedzać wasze blogi. W miarę możliwości, bo w końcu chcę też trochę odpocząć na tych wakacjach. ;)
18. „Tabula Rasa” — Kristen Lippert-Martin

18. „Tabula Rasa” — Kristen Lippert-Martin


Tytuł: Tabula Rasa
Tytuł oryginalny: Tabula Rasa
Autor: Kristen Lippert-Martin
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka-Sawa
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 350
Moja ocena: 7/10

Sara jest pacjentką szpitala zajmującego się wymazywaniem wspomnień. Zapomnienie o tragicznych wydarzeniach z przeszłości ma być nagrodą i szansą na lepsze życie — tak przynajmniej mówią lekarze i pielęgniarki będący częścią projektu Tabula Rasa. Mimo to dziewczyna wcale nie czuje się lepiej z białymi plamami w pamięci. Jaką rolę odgrywa w tym projekcie ona sama?

Ta książka przykuła moją uwagę od razu, gdy przeczytałam jej zapowiedź. Zwłaszcza, że, co jest od pewnego czasu rzadkością, opis z okładki nie zdradza zbyt wiele. Szczęśliwym trafem udało mi się ją zdobyć niedługo po premierze. Cieszyłam się tym bardziej, że niewiele czytałam ostatnio jednotomowych powieści młodzieżowych, a na takie miałam ochotę już od dłuższego czasu.

Nie owijając w bawełnę, Tabula Rasa spodobała mi się i wciągnęła na cały dzień. Pomysł i fabuła naprawdę mnie zainteresowały, ponieważ lubię tematy związane z mózgiem i neuroscience. Sara i towarzyszący jej przez pewien czas chłopak (którego imienia nie wyjawiam, bo byłby to nieduży, ale jednak spoiler) zdobyli moją sympatię lecz nie powiedziałabym, że znalazłam tu u jakiejkolwiek postaci szczególnie wybijający się charakter. Dziewczyna, gdyby nie jeden... atrybut nadany przez autorkę, mogłaby być główną bohaterką jakiejś innej książki — jest odważna i buntownicza, a jednocześnie wrażliwa — to schemat, który możemy znaleźć wszędzie. Poza tym reszcie postaci brakowało nieco głębi.

Narracje pierwszoosobowe i w czasie teraźniejszym nie zawsze pasują do historii, ale tutaj sprawdziły się, moim zdaniem, doskonale. Ta pierwsza pozwoliła nam zbliżyć się do Sary i razem z nią starać się odnajdywać w nowych sytuacjach, druga udynamiczniła akcję. Cieszę się też, że autorka praktycznie nie zostawiła niedopowiedzianych wątków, gdyż nie jestem fanką takiego rozwiązania. Z drugiej strony, wydaje mi się, że mogłaby rozwinąć trochę kreację świata przedstawionego. Z tego co pamiętam, nie dostajemy wiele informacji o tym, co dzieje się poza ośrodkiem. Nie jest to może jakiś wielki minus, dodaje nawet pewnej tajemniczości, ale mimo wszystko czegoś mi tu zabrakło.

Czas na podsumowanie. Tabula Rasa to ciekawa, choć niepozbawiona wad pozycja, która może nie rzuca na kolana, ale i tak jest warta przeczytania. Polecam ją głównie miłośnikom literatury młodzieżowej jako przyjemną i niezbyt ciężką lekturę z dreszczykiem emocji.

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam fantastykę
– Klucznik
10. „Unicestwienie” — Jeff VanderMeer

10. „Unicestwienie” — Jeff VanderMeer


Tytuł: Unicestwienie
Tytuł oryginalny: Annihilation
Autor: Jeff Vandermeer
Tłumaczenie: Anna Gralak
Seria: Southern Reach; tom: 1
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 227
Moja ocena: 5,5/10

Strefa X to bardzo dziwne miejsce. Jej wpływ na ludzi jest nieobliczalny i wiadomo, że może być bardzo niebezpieczny. Już kilkanaście ekspedycji wyruszyło, by ją zbadać, ale ich uczestnicy zginęli lub wrócili, ale odmienieni, i to w niezbyt pozytywnym sensie. Co się stanie z dwunastą ekspedycją, złożoną z samych kobiet? Czy uda się w końcu odkryć tajemnicę Strefy X?

Na początku warto wspomnieć o wydaniu książki, które naprawdę zasługuje na uznanie. Okładka, rysunki na początku rozdziałów są klimatyczne i dopełniają niepokojący obraz scenerii otaczającej bohaterów.

Co do treści mam mieszane uczucia. Chyba przed lekturą oczekiwałam czegoś trochę innego. Tymczasem otrzymałam powieść dobrą, ale nie zachwycającą. Sam pomysł na fabułę był ciekawy, ale w moim odczuciu autor chyba nie do końca sobie z nim poradził. Tak jakby miał kilka pomysłów, jednak nie zdołał ich zgrabnie połączyć i rozwinąć. Oczywiście to dopiero pierwsza część trylogii i niektóre wątki można lepiej poprowadzić w kolejnych, ale tak czy siak raczej z rezerwą sięgnę po drugi tom.

Styl ani nie porywał, ani nie przeszkadzał — po prostu był. Powiedziałabym, że wydał mi się trochę bez emocji. Nie dałam się książce porwać i nie wstrzymywałam oddechu, czekając na to, co będzie dalej, co zdarza mi się nawet przy czytaniu powieści niższych lotów. Zabrakło mi tego napięcia, którego oczekuje się po lekturach tego rodzaju. Nie, żeby w ogóle go nie było, ale chyba bardziej przyczyniły się do jego stworzenia grafiki w środku książki. Owszem, zdarzały się lepsze momenty, ale całość nie rzuca na kolana.

Interesująca natomiast wydała mi się narratorka, czyli biolożka i liczne retrospekcje. Głównie zaciekawił mnie wątek jej męża jako członka jedenastej z ekspedycji i jego przemiany po powrocie. Zastanawiam się, czy to jego portret widnieje na okładce Ujarzmienia.

Nie wiem do końca, co mam sądzić o Unicestwieniu. Nie jest to zła powieść, jak być może wskazuje na to moja recenzja, ale wymaga doszlifowania. Czułam się, jakby pierwsza część Southern Reach”była zaledwie wstępem do rzeczywistej akcji. Szczerze mówiąc, nie mam teraz ochoty kontynuować trylogię, bo choć Strefa X zdaje się miejscem ciekawym i zasługującym na uwagę, to jej potencjał nie został w pełni wykorzystany. Mimo to na pewno jeszcze do niej wrócę.

1. Unicestwienie | 2. Ujarzmienie | 3. Ukojenie

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam fantastykę
– Klucznik
– Czytam opasłe tomiska
6. „Niezgodna” — Veronica Roth

6. „Niezgodna” — Veronica Roth


Tytuł: Niezgodna
Tytuł oryginalny: Divergent
Autor: Veronica Roth
Tłumaczenie: Daniel Zych
Seria: Niezgodna; tom: 1
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 349
Moja ocena: 3,5/10

W mieście powstałym na terenie dawnego Chicago, gdzie społeczeństwo jest podzielone na pięć frakcji: Altruizm, Erudycję, Serdeczność, Nieustraszoność i Prawość, mieszka Beatrice. Dziewczyna niedługo będzie musiała wybrać, do jakiej frakcji chce przynależeć — czy zostanie w rodzinnym Altruizmie, a może pójdzie za głosem serca i przyłączy się do Nieustraszoności. Ten wybór może zmienić wszystko.

Czy jest w ogóle ktoś, kto jeszcze nie słyszał o Niezgodnej, zwłaszcza po całkiem przyjemnej dla oka ekranizacji? Myślę, że trudno byłoby znaleźć taką osobę. A czy miałaby czego żałować?

Ile to już powstało powieści bazujących na schemacie ludzi upchniętych we frakcjach/klasach/dystryktach? Ile razy można czytać o nudnym wątku miłosnym? Umówmy się: debiut Veronici Roth nie grzeszy oryginalnością. I to nie jedyna z jego wad.

Na początku zajmijmy się podziałem społeczeństwa, czyli wspomnianymi już przeze mnie frakcjami. Trzeba przyznać, że uniwersum stworzone przez autorkę nie jest najmocniejszym elementem powieści. Mówiąc eufemistycznie. Co najważniejsze, nie da się podsumować człowieka jedną cechą. Ludzka osobowość jest znacznie bardziej złożona. Jeśli ktoś może być albo tylko szczery, mądry lub odważny, to ja przepraszam, ale dla mnie to totalna bzdura. A gdy okaże się, że jakimś cudem łączy w sobie przynajmniej dwie (!) z tych cech, to haknął system i jest niezgodny. Niby zostało to wyjaśnione w ostatnim tomie trylogii, ale do mnie to wyjaśnienie nie trafia.

Powieść zaczyna się w dniu testu predyspozycji. Tu pojawia się pytanie: po co on w ogóle istnieje, skoro później każdy i tak sam wybiera sobie frakcję? Zresztą sam test również do najlogiczniejszych nie należy; przeczytajcie sami. Idźmy dalej. Na czym polega nowicjat Nieustraszoności, który trzeba przejść, aby zostać we frakcji? Robisz niebezpieczne rzeczy. I co z tego, że możesz się zabić podczas ich wykonywania, frakcja ponad wszystko! Granica miedzy brawurą a głupotą jest bardzo cienka, ale najwyraźniej twórcy tego systemu o tym zapomnieli.

Jeśli oblejesz nowicjat (być może nawet nie z własnej winy), wyrzucają cię i zostajesz bezfrakcyjnym. Ale nie przejmuj się! Większość ludzi ma cię gdzieś lecz totalnie nie kontrolują oni, ilu was już jest i co robicie. To przecież jasne, że taka wiedza jest bezużyteczna, a wy będziecie tylko potulnie leżeć pod mostem.

Co do miłości protagonistów: nic specjalnie porywającego. Dla mnie to raczej schemat typu „od-razu-wiedziałem-że-jesteś-wyjątkowa”. No i ta przewidywalność...

Żeby nie było, że tylko krytykuję: powieść jest niewymagająca, dobra dla odmóżdżenia i spodoba się (spodobała) głównie nieoczekującym wiele nastolatkom. Sama już dociągnęłam serię do końca, no, może nie licząc niedawno wydanego Cztery, i choć zamknięcie historii jest dość zaskakujące, nie bardzo się w ten fikcyjny świat wkręciłam.

1. Niezgodna | 2. Zbuntowana | 3. Wierna
Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger