Po godzinach #12 50 książek, które chcę przeczytać w 2019 roku

Po godzinach #12 50 książek, które chcę przeczytać w 2019 roku


W zeszłym roku wymyśliłam sobie wyzwanie, które zmobilizowałoby mnie do przeczytania książek, które już jakiś czas miałam w planach przeczytać. Wyszło całkiem nieźle, bo faktycznie udało mi się w końcu sięgnąć po książki, na które jakoś nigdy nie było czasu, więc chętnie będę je kontynuować w tym roku. Parę tytułów wzięłam z tych, które zostały mi z ostatniego razu, większość jednak jest nowa. Jedna książka jest szczególna — Paragraf 22 chcę przeczytać po raz drugi, bo za pierwszym razem zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Koniecznie napiszcie, czy przeczytaliście któreś z tych książek i co o nich sądzicie; a może dzielimy niektóre plany czytelnicze? Czy wolicie robić inny typ wyzwań?

Moje ulubione książki z 2018 roku

Moje ulubione książki z 2018 roku


I kolejny raz zapraszam was na drugą część rocznego podsumowania na moim blogu. W poprzednich latach miałam wiele pozycji, które mogły znaleźć się na liście najlepszych w danym roku, i teraz też trochę się ich znalazło, ale mimo to nie czuję, żebym w 2018. często trafiała na wyśmienite lektury. Oby ten rok był łaskawszy pod tym względem.
Myślałam też o zrobieniu listy najgorszych książek, ale praktycznie takich nie czytałam. Pewnym rozczarowaniem okazały się Katedra w Barcelonie, Gra anioła i Lśnij, morze EdenuSzyfr, Przyjaciele zwierząt oraz Sztuka śmierci były nijakie; największy problem miałam z Wieczną księżniczką, ale prawda jest taka, że żadna z tych książek nie była tragiczna. Dlatego zostawmy te drobne niewypały i porozmawiajmy o książkach, które zrobiły na mnie lepsze wrażenie. :)


Bratobójca, Jay Kristoff [recenzja]

Wojna lotosowa opowiadająca o dystopijnym świecie czerpiącym ze steampunku i kultury japońskiej jest w ogóle świetną trylogią Young Adult, ale to właśnie druga część zostawiła po sobie najlepsze wrażenie. Obfitowała w ciekawe wydarzenia, intrygujące postacie, zwroty akcji; od początku do końca trzymała w napięciu, a czytanie jej było ogromną przyjemnością. Było widać, że Kristoff nie stara się wciskać kitu, jak to czasami bywa szczególnie w tym gatunku, tylko traktuje pisanie dla młodzieży poważnie — a jednocześnie sprawia mu to radość.


Hyperion, Dan Simmons [recenzja]

„Rozmach, z jakim autor skonstruował swoją wizję, sprawia, że niełatwo od razu wciągnąć się w lekturę. Jesteśmy bombardowani nieznanymi słowami wynalazków i idei powszechnych w tym uniwersum. Stopniowo jednak większość rzeczy się wyjaśnia; wtedy można już zająć się podziwianiem pomysłowości i kunsztu, z jakimi wszystkie jego [świata] elementy zostały połączone. Ciekawych jest kilka tysięcy lat historii, które nas od niego dzielą, ciekawa jest polityka i ciekawa jest nowoczesna technika – jednym słowem, cała kultura.” — fragment recenzji. Hyperion to dla mnie absolutny hit tego roku.


Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska

Rewelacyjny (polski!) reportaż o rasistowskiej organizacji musiał znaleźć się na tej liście. Bardzo poruszający, ale nie nachalnie promujący jedyne słuszne poglądy, wręcz przeciwnie — podejmuje temat z szerokiej perspektywy. Warto go przeczytać ze względu na przytoczoną historię KKK oraz jego znaczenie w obecnych czasach.


Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni, Alan Bradley

Już od dawna polecam na tym blogu Flawię de Luce i będę to robić dopóty, dopóki będzie ona trzymała taki poziom.  W tym tomie następuje znacząca zmiana dotychczasowej scenerii i o dziwo wcale mi to nie przeszkadzało, a wręcz dodało cyklowi świeżości. Może i jest to historia skierowana głównie do młodszych osób, ale styl pisania autora sprawia, że dobrze się ją czyta nawet starszym wielbicielom powieści detektywistycznych.


Morderstwa w Somerset, Anthony Horowitz

Za każdym razem, kiedy czytam kryminały Horowitza, nie mogę się nadziwić temu, jak umiejętnie łączy klasyczne fabuły z nowatorskimi rozwiązaniami. Dużą zaletą tej konkretnej powieści jest to, że właściwie otrzymujemy dwie książki za jednym razem i dwie intrygi do rozwikłania, a każda jest niezwykle zajmująca. Wątek „zewnętrzny” był na końcu przewidywalny, ale nie zmienia to faktu, że cała powieść jest pomysłowa i czyta się ją z wypiekami na twarzy.


Świat Andrzeja Fidyka, Andrzej Fidyk, Aleksandra Szarłat

Ta książka to niesamowita podróż dookoła świata śladem jednego z najwybitniejszych polskich dokumentalistów. Fidyk, wspominając miejsca, które odwiedził podczas kręcenia swoich filmów, otwiera nam drzwi do miejsc i czasów, które teraz raczej byłyby dla nas zamknięte. Ma żyłkę do wynajdowania nietuzinkowych wydarzeń i opowiadania o nich. Fajne jest też pokazanie tego wszystkiego z perspektywy osoby stojącej za kamerą, od „drugiej strony”.


Jeden z nas. Opowieść o Norwegii, Åsne Seierstad [recenzja]

„Ale gdy myślę o tym reportażu, tak naprawdę na myśl przychodzi mi jedno – to, jak ogromne emocje we mnie wywołał. Momentami, głównie przy opisach strzelaniny, musiałam przerywać czytanie, by ochłonąć, a coś takiego nie zdarza mi się praktycznie nigdy. Mieszały się we mnie autentyczne przerażenie, smutek i złość, byłam dosłownie wstrząśnięta i czułam straszną bezsilność. Najgorsza przez cały czas była świadomość, że czytam o prawdziwych wydarzeniach, że to nie jest czysta fikcja literacka albo przynajmniej koszmar senny. Jednak to stanowi największą siłę tej książki i absolutnie nie uważam, że przez to nie warto jej czytać – wręcz przeciwnie. Poznanie tej historii zmusza do tego, żeby się zastanowić nad paroma aktualnymi, choć niewygodnymi kwestiami i skonfrontować z własnymi poglądami.” — fragment recenzji.


Silva rerum, Kristina Sabaliauskaitė

Tak jak nie przepadam za powieściami historycznymi, tak ta książka wyłamuje się ze schematu.  To właśnie dlatego czytałam w tym roku tyle powieści historycznych — szukałam drugiej takiej perełki (i niestety nie znalazłam). Absolutnie mnie oczarowała swoją opowieścią o rodzinie Narwojszów i siedemnastowiecznym Wilnie, a do tego jest napisana wspaniałym, bogatym językiem. Przeczytałam ją właściwie przypadkiem i dlatego chyba mogę ją nazwać największym zaskoczeniem roku.


Jądro ciemności, Joseph Conrad

Wahałam się, czy umieścić tę książkę na liście, bo prawda jest taka, że bardzo opornie mi się ją czytało. Jednak po omówieniu jej jako lektury w szkole i przeczytaniu paru opracowań, dochodzę do wniosku, że zasłużenie nazywa się ją wybitną, bo jej przesłanie i poruszana tematyka są wciąż nie tylko aktualne, ale i cholernie interesujące. Podbijają je jeszcze mroczny, duszny, monotonny klimat, który z łatwością udziela się czytelnikowi.


Tak prezentują się moje ulubione książki przeczytane w 2018. roku — a jak wasze? Czujcie się zaproszeni do tego, żeby opowiedzieć o swoich ulubieńcach w komentarzach albo zostawić linki do blogów. :)

źródło zdjęć
Podsumowanie roku 2018 + konfrontacja z wyzwaniem 50 książek na rok 2018

Podsumowanie roku 2018 + konfrontacja z wyzwaniem 50 książek na rok 2018

Jak zwykle zapraszam na podsumowanie roku — tym razem już czwarte.


Blog
Łączna liczba wyświetleń: 18 100
Miesiąc z największą liczbą wyświetleń: sierpień
Liczba postów: 34 (122 ogółem)
Liczba zrecenzowanych książek: 20 (98 ogółem)
Łączna liczba komentarzy: 854
Liczba obserwatorów: 105

Na pewno mogę zaobserwować poprawę względem poprzedniego roku. Trochę słabo wypada liczba zrecenzowanych książek, ale z drugiej strony wprowadziłam formę podsumowań miesięcznych, w których jeszcze trochę opowiadałam o swoich ostatnich lekturach. Mam nadzieję, że w przyszłym roku w końcu uda mi się wyrobić w sobie nawyk częstszego pisania recenzji.

Książki
Liczba przeczytanych książek: 83

Ostatnio mam duży problem ze znalezieniem czasu na czytanie, w wakacje też nie sięgnęłam granic moich możliwości, ale ogólnie i tak jestem zadowolona, że tyle udało mi się przeczytać. Jestem bardzo zaskoczona tym, jak rozłożyły się gatunki, jakie czytałam — królowała raczej literatura faktu. Zaskakująco dużo było literatury historycznej, chociaż nie podbiła ona mojego serca. Z kolei mało czytałam fantastyki (ale zawiera się ona też w YA). No i kryminały — wydawało mi się, że czytam ich coraz mniej, ale liczby pokazują co innego. Moje gusta wciąż ulegają zmianom i nadal poszukuję jakiejś swojej tożsamości literackiej. Chyba jeszcze jej nie znajdę w kolejnym roku, ale wcale mnie to nie martwi. :)


W marcu wymyśliłam sobie wyzwanie czytelnicze i dobrze by było teraz skonfrontować wyniki z rzeczywistością. A zatem: nie udało mi się go ukończyć, ale przynajmniej przeczytałam większość. Muszę przyznać, że trochę olałam sprawę; niby miałam ustalone pozycje, ale i tak w kilku miesiącach czytałam tylko książki z poza listy. Częściowo wynikało to z tego, że brałam to, co akurat było w bibliotece (a z asortymentem bywa różnie). Wyszło słabo o tyle, że w tamtym poście wyraźnie napisałam, że się do tego przyłożę. Dlatego w następnym roku będę kontynuować wyzwanie, ale naprawdę postaram się trochę bardziej skupić na liście. Oczywiście biorąc poprawkę na to, że mogą w międzyczasie wyjść nowe interesujące książki.

W każdym razie to wyzwanie zmobilizowało mnie trochę do sięgnięcia po odwlekane lektury. W sumie sięgnęłam po 35 książek. W dwóch przypadkach zaczęłam czytać, ale dość szybko porzuciłam książkę, bo nie było to to, czego oczekiwałam. Niestety najgorzej mi poszło z klasyką. Co ciekawe, o czym przed chwilą już wspomniałam, łatwo uporałam się z książkami historycznymi, tylko że to mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że to nie do końca moja bajka. Raczej ograniczę ten gatunek w przyszłości. Moimi największymi odkryciami są Hyperion i Jeden z nas, ale większość przeczytanych pozycji uważam za dobre.


W styczniu wypatrujcie jeszcze postów z listą moich ulubionych książek z 2018 roku oraz listą pięćdziesięciu książek — tym razem na rok 2019. I koniecznie napiszcie coś o waszym roku 2018, możecie podesłać linki do postów. :)

źródło zdjęć
Minirecenzje #13 „Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści” — Sam Kean, „Wyspa” — Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Minirecenzje #13 „Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści” — Sam Kean, „Wyspa” — Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Tytuł: Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści
Tytuł oryginalny: The Disappearing Spoon: And Other True Tales of Madness, Love, and the History of the World from the Periodic Table of the Elements
Autor: Sam Kean
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Wydawnictwo: Feeria Science
Liczba stron: 390
Moja ocena: 8/10

Jeśli nigdy nie lubiliście chemii w szkole, ta pozycja może was do niej przekonać. Znikająca łyżeczka to nie jest książka, dzięki której nauczycie się pisać reakcje chemiczne czy obliczać zawartości roztworów. Sam autor pisze, że według niego najlepiej przyswaja się informacje dzięki anegdotom i faktycznie dokładnie to zawarł w swojej książce: przedstawił historię odkrywania pierwiastków i powstawania (oraz zapełniania) układu okresowego. Jak się okazuje, za wieloma z tych zjawisk stały ciekawe postaci badaczy i zwykłych ludzi, choroby i ozdrowienia, przypadki i niepohamowana dociekliwość. Sam Kean atakuje temat z różnych stron, uciekając się czasem do przywołania zagadnień teoretycznych (ale w strawny sposób, więc nawet laik powinien się w nich odnaleźć), lecz przede wszystkim cofa się w przeszłość, aby zrozumieć, skąd bierze się wiedza na temat pierwiastków, jaką mamy dzisiaj. W większości podane są raczej informacje ciekawostkowe, z gatunku tych zdobywanych dla własnej satysfakcji z wiedzy, i może dlatego Znikająca łyżeczka wydaje mi się tak przystępna — na przykład nareszcie dowiedziałam się, skąd wzięły się nazwy niektórych pierwiastków, co zawsze mnie interesowało. Może jednak lepiej byłoby czytać ją na raty, bo pod koniec lektury czułam już mały przesyt materiałem i to jest chyba jedyna rzecz, jaką mogę jej zarzucić. No, może jeszcze ten układ przypisów na końcu, który jest bardzo nieintuicyjny. Ale tak poza tym to jestem całkiem zadowolona.

Tytuł: Wyspa
Tytuł oryginalny: Eyland
Autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
Tłumaczenie: Jacek Godek
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 288
Moja ocena: 6/10

Koncept Wyspy nie jest wcale nowy i oryginalny — ileż powstało tekstów kultury mówiących o skrajnych przypadkach czy katastrofach, w wyniku których jakaś grupa ludzi została odizolowana i skazana na radzeniu sobie samej. Tym, co wyróżnia tę powieść, jest fakt, gdzie ta sytuacja nastąpiła, a więc na już teraz dość oddalonej od kontynentów Islandii, kraju lodu i ognia, jak mówi frazes. Czy w obecnym świecie takie „odcięcie się” od reszty świata pozostawia realne szanse na przeżycie? Autorka analizuje możliwą postawę Islandczyków, którzy w jej wizji mogliby próbować wywołania narodowej mobilizacji w oparciu o historyczne, patriotyczne wzorce. Ale jednocześnie jest tu zawarta refleksja dotycząca ludzkości w ogóle: chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od innych. I chociaż jako czytelnicy poznajemy losy dorosłych i dzieci, rodowitych Islandczyków, imigrantów i zwykłych podróżnych, rządzących i rządzonych, to odczuwam duży niedosyt. W istocie jest to powieść niezbyt długa i miałam wrażenie, że temat potraktowano pobieżnie. Podkreśla to jeszcze dynamiczne budowanie akcji dzięki dłuższym, poprzedzielanym przecinkami zdaniom, przez co książkę czyta się niezwykle szybko. Chociaż zdaje się, że takie właśnie mogły być intencje Björnsdóttir, bo pozostawiła wiele kwestii otwartych i świadomie nie dokończyła tego obrazu, myślę, że Wyspie wyszłoby na dobre, gdyby jeszcze bardziej wgłębić się w wydarzenia. Z tego powodu uważam ją za niezłą książkę, ale raczej nie zostanie w mojej pamięci na długo.
____

Niestety przez najbliższy czas posty będą się pojawiały raczej rzadziej niż częściej (wcale nie nowość na tym blogu). Obecnie nie wyrabiam się z czytaniem lektur szkolnych, a co dopiero mówić o książkach „własnych”; do tego nie mogę czytać waszych blogów tak często, jak bym chciała. Taka sytuacja utrzyma się prawdopodobnie do maja, kiedy będę już po maturze i w końcu będę mogła robić wszystko, na co obecnie nie mam czasu. :)
71. „Atlas chmur” — David Mitchell | Historia o wymiarze globalnym?

71. „Atlas chmur” — David Mitchell | Historia o wymiarze globalnym?


Tytuł: Atlas chmur
Tytuł oryginalny: Cloud Atlas
Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 544
Moja ocena: 6,5/10

Po Atlas chmur sięgnęłam zachęcona licznymi pozytywnymi opiniami, które informowały o niezwykłości tej książki i wpływie, jaki miała na życie wielu czytelników. Zdążyłam też przeczytać już dwie inne książki Mitchella, Czasomierze oraz Slade house, więc miałam już pewne pojęcie co do tego, jak autor pisze (bo pisać zdecydowanie umie). Ten tytuł zdobył jednak zdecydowanie największy rozgłos. Podobnie jak poprzednie, jest to powieść szkatułkowa i wyróżnia się naprawdę nietypową konstrukcją — zawiera w sobie sześć historii, ale kiedy przejdziemy przez wszystkie po kolei, wracamy z powrotem do przedostatniej, czyli piątej, potem czwartej i tak dalej aż skończymy na tej opowieści, od której zaczęliśmy. Na dodatek historie te są ze sobą powiązane, co nadaje każdej z nich nowy wymiar. I faktycznie jest to świetny zabieg. Kunszt pisarski autora pozwolił mu na stworzenie pozornie oddzielnych opowieści i fantastyczne jest to, jak bardzo zindywidualizowane są pod względem języka, a także formy. W Atlasie chmur przenosimy się w miejscu i w czasie i poznajemy postacie charakterystyczne, pełne życia (w tym momencie mrugam do osób, które już mają za sobą lekturę), których kreacja jest po prostu w punkt. Osobowość bohatera właściwie oddziałuje na to, jak on sam jest przedstawiany. Myślę, że duże brawa należą się tłumaczce, której udało się unieść ciężar tego zróżnicowania.

Nie będę za bardzo opowiadać o fabule tej książki, bo tak naprawdę trudno byłoby to zrobić, zważywszy na to, jak jest napisana. I tutaj niestety trochę wychodzi to, z czym miałam i nadal mam problem w jej sprawie. Losy opisanych w niej ludzi i świata są dość interesujące, ale nie porywające. Oczywiście zdarzały się wzloty, na przykład przy fragmentach o Frobisherze czy Sonmi, jednak dzieło Mitchella w zasadzie ma w sobie bardzo wiele dłużących się momentów i chociaż początkowo fajne jest oczekiwanie na to, co będzie w następnej historii i jak ona połączy się z poprzednią, to na dłuższą metę zagłębianie się w poszczególne opowieści było dla mnie nużące. Mam wrażenie, że wynika to z tego, czym ta książka próbowała być — czyli jakąś metaforą życia obudowaną w nielinearną strukturę, próbą zwrócenia uwagi na to, w jaką stronę zmierza nasz świat, pokazaniem walki, jaką toczą jednostki z masami i innymi jednostkami; a więc dokładne analizowanie akcji, konkretnych nazw i symboli nie miałoby sensu. I ten cały koncept wydaje się super, ale tylko dopóki wynika on z przemyśleń i interpretacji „polekturowych”, bo samo czytanie bywa zwyczajnie męczące. Jednocześnie nie jestem przekonana o wielkości tej powieści, jej przesłanie nie jest dla mnie do końca jasne; nawet jeśli mam rację co do tego, o czym pisałam dwa zdania temu, nie zostało to przedstawione w sposób, który by mną wstrząsnął i sprawił, że zaczęłabym postrzegać pewne rzeczy inaczej.

Najmocniejszym punktem Atlasu chmur jest pomysłowość dotycząca formy i świata przedstawionego (historia wspomnianej wcześniej Sonmi zdaje się boleśnie nieuchronna). Bardzo podoba mi się też zabawa Mitchella z własnym uniwersum, to, że nawiązuje do innych swoich książek. Myślę, że ta konkretna świetnie nadaje się do tego, żeby o niej dyskutować i zastanawiać nad problemami, jakie porusza — tylko trzeba najpierw przez nią przebrnąć.
Book haul #10 Życie zaczyna się dopiero jesienią, kiedy robi się chłodniej...

Book haul #10 Życie zaczyna się dopiero jesienią, kiedy robi się chłodniej...

Mam nadzieję, że cytat z Wielkiego Gatsby'ego wprowadził was w odpowiedni nastrój. Następny post i tak pojawiłby się najwcześniej za parę dni, a ostatnio pisałam jeszcze o podsumowaniu października, więc pomyślałam, że nie zaszkodzi w międzyczasie pochwalić się, co ostatnio udało mi się zdobyć. Jestem bardzo zadowolona z moich zakupów i już tylko czekam, aż podczas przerwy świątecznej albo w ferie będę mogła zawinąć się w kocyk i na spokojnie zapoznać się z tymi pozycjami. :)

'
Teraz jestem w trakcie czytania Znikającej łyżeczki. Dziwne opowieści chemicznej treści Sama Keana i jest to akurat książka wypożyczona, na którą bardzo długo czekałam, bo ciągle była niedostępna (jak się zaraz okaże, to nie jedyna lektura, którą w końcu udało mi się dorwać w tym miesiącu). Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu książki popularnonaukowe dają mi większe ukojenie niż zwykła beletrystyka i tutaj też jak na razie mi się podoba. Dalej mamy Podniebnego Kerstin Gier; od samej premiery wiedziałam, że po prostu muszę go zdobyć — pisałam już parę razy o tym, jaką przyjemność sprawiają mi powieści tej autorki. No i muszę powiedzieć, że okładka wygląda jeszcze lepiej na żywo.

Tamte dni, tamte noce André Acimana zrobiły się głośne za sprawą ekranizacji i mnie też ona zachęciła do przeczytania pierwowzoru. Z tego co wiem, zbiera skrajne opinie i jestem bardzo ciekawa tego, czy przypadnie mi do gustu. Kolejnego pana na pewno znacie — nie mam wątpliwości, że Stanisław Barańczak ze swoim Pegaz zdębiał mnie nie zawiedzie. Prawdopodobnie jest to mój ulubiony poeta i po prostu wybitny twórca.

Na samym dole znajduje się trochę chyba niepozornie wyglądająca nominacja do ostatniej Nagrody Bookera. Przyznam, że do niedawna w ogóle nie interesowałam się literackimi nagrodami, zresztą nadal nie jest to dla mnie jakiś istotny wskaźnik tego, co warto czytać, ale stałam się trochę bardziej świadoma w tym temacie i zdarza mi się znaleźć coś ciekawego wśród wyróżnionych pozycji. Przykładem tego jest właśnie Siódma funkcja języka Laurenta Bineta, która podbiła moje serce swoim blurbem; miejmy nadzieję, że właściwa treść da to samo wrażenie. Z tyłu jest jeszcze jedna książka: Harry Potter. Podróż przez historię magii wydana przez Bibliotekę Brytyjską. Przeglądałam ją i zapowiada się naprawdę świetnym dodatkiem dla fanów cyklu. Bardzo się cieszę, że to uniwersum cały czas żyje i coś się w nim dzieje (Zbrodnie Grindelwalda, oczekujcie mnie!).


Jak wspomniałam, udało mi się też w końcu wypożyczyć książki, na które czaiłam się parę miesięcy, i oto są: Lśnij, morze Edenu Andresa Ibáñeza oraz Wyspa Sigríður Hagalín Björnsdóttir. Trochę się obawiam, że nie dorosną do moich oczekiwań, ale przecież nie przekonam się, dopóki ich nie przeczytam.

Koniecznie napiszcie mi, co wy ostatnio sobie sprawiliście i cieszcie się weekendem. :)
Podsumowanie października 2018

Podsumowanie października 2018


W październiku prawie nie publikowałam, co oczywiście było wynikiem nawału pracy w związku ze szkołą. Odbiło się to też na moim liczniku książek, bo w tym miesiącu przeczytałam 4 i 1/4 książki, co jak na mnie nie jest najlepszym wynikiem; ale chyba będę się musiała do tego przyzwyczaić. Za to udało mi się powiększyć moją biblioteczkę, bo kupiłam parę pozycji za pierwsze zarobione pieniądze. W planach na listopad mam przeczytanie Mapy i terytorium Houellebecqa, Atlasu Chmur Mitchella i Zabić drozda Lee, do tego postaram się przesłuchać paru audiobooków z akcji Czytaj PL — znalazło się tam parę fajnych rzeczy.

Najlepsza książka:
Światu nie mamy czego zazdrościć, Barbara Demick, 💘💘💘💘💘💘💘💘

Najgorsza książka:
Chłopi, Władysław Reymont, 💘💘💘

Co przeczytałam w październiku:

  

1. Uczeń architekta, Elif Shafak, 7/10
Powieść przedstawia historię Dżahana, opiekuna białego słonia na dworze Sulejmana. Jego droga kształcenia pod opieką wielkiego architekta Sinana jest zawiła i usiana namiętnościami. Jest to naprawdę skrótowy opis, a w samej książce poruszonych jest wiele wątków — dzięki temu otrzymujemy imponujący obraz Stambułu, możemy zobaczyć go z szerszej i węższej perspektywy. Jest naprawdę ciekawa ze względu na orientalizm miejsca o jakim opowiada (mówimy wszak o Turcji na przełomie średniowiecza i nowożytności) i nietypowe losy głównego bohatera, ma jednak pewne wady: fabuła niekiedy jest poprowadzona w nieco naiwny sposób, wykorzystując zbiegi okoliczności i wprowadzając tajemnice, których rozwiązania czytelnik szybko może się domyślić. Czasami miałam też problem z określeniem, ile czasu upłynęło od ostatniego epizodu, bo nie jest to precyzowane, a Dżahanowi towarzyszymy niemal przez całe życie. Tak czy siak uważam, że Uczeń architekta jest warty polecenia.

2. Gra Anioła, Carlos Ruiz Zafón, 5/10
Pełną recenzję możecie przeczytać [tutaj]. W skrócie mogę powiedzieć, że trochę się rozczarowałam, chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że książka w ogóle mi się nie podobała.

3. Chłopi (tom I — jesień), Władysław Reymont, 3/10
Zwykle nie mówię na blogu o lekturach, ale uznałam, że skoro w tym miesiącu przeczytałam niewiele, to tym razem włączę jeszcze do listy jedną z tych pereł polskiej literatury. I tak jak absolutnie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ta powieść dostała Nagrodę Nobla, tak nie zmienia to faktu, że zupełnie nie przypadła mi do gustu i czytanie jej było istną męczarnią. Nieważne, jakie ma walory artystyczne — po prostu obraz dziewiętnastowiecznej polskiej wsi jest dla mnie boleśnie nieinteresujący.



4. Światu nie mamy czego zazdrościć, Barbara Demick, 8/10
Kolejny reportaż o Korei Północnej, jaki przeczytałam, i nawet lepszy od pierwszego. Od większości źródeł mówiących o tym totalitarnym systemie różni się tym, że bardziej niż na Pjongjangu skupia się na mniejszych miastach i toczącym się w nich życiu. Jest po prostu świetny, bogaty w szczegóły o sytuacji Koreańczyków z Północy i jedyne, co mogłabym mu zarzucić, to że czasami historie prywatne bohaterów są trochę mniej wciągające — na przykład nie bardzo interesował mnie rozwój relacji między Mi-ran a Jung-sunem. Ale to naprawdę drobnostka.

5. Szyfr, Jia Mai, 5/10
Ciężko mi opisać tę książkę poza tym, że była po prostu przeciętna — ani specjalnie dobra, ani specjalnie zła. Na pewno jednak nie można nazwać jej thrillerem; zamiast na wartkiej akcji opiera się na snuciu przemyśleń. Spodobała mi się forma „wywiadów” z postaciami pobocznymi i w ogóle podjęcie tematu kryptografii, z czym chyba się jeszcze nie spotkałam. Czy Szyfr ma jednak jakiś głębszy sens? Raczej nie, a ponieważ fabuła nie porywa, sama nie wiem, czy go polecać.

A jak wam minął październik?
70. „Gra Anioła” — Carlos Ruiz Zafón | Czar pryska

70. „Gra Anioła” — Carlos Ruiz Zafón | Czar pryska


Tytuł: Gra Anioła
Tytuł oryginalny: El juego del Angel
Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodán Casas
Seria: Cmentarz Zapomnianych Książektom: 2
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 608
Moja ocena: 5/10

Pięć lat minęło, odkąd po raz drugi przeczytałam Cień wiatru (a jakieś dziewięć od pierwszego przeczytania). Tyle lat musiało upłynąć, abym zdecydowała się w końcu sięgnąć po drugą część Cmentarza Zapomnianych Książek. Myślę, że wiem, dlaczego tak długo zwlekałam — Cień wiatru za każdym razem był dla mnie lekturą magiczną, wciągającą i wzbudzającą wiele emocji i bałam się, że wrażenie to zostanie zatarte, gdy następna część nie okaże się już tak dobra. Moje obawy okazały się trochę prorocze, bo niestety nie mogę powiedzieć, by Gra Anioła zasłużyła na moje uznanie.

Akcja ma oczywiście miejsce w Barcelonie, niesamowitej, a zarazem mrocznej, jak to ją zwykle Zafón kreuje. Fabuła ma też związek z rodziną Sempere, ale przedstawia przede wszystkim niespokojne losy aspirującego pisarza Davida Martina, który po otrzymaniu i przyjęciu niespodziewanej propozycji daje się wplątać w sieć intryg i zbrodni.

Gra Anioła klimatem zdecydowanie przypomina poprzednią część cyklu. Można by się nawet pokusić o powiedzenie, że podobieństwo jest zachowane również w linii fabularnej — oto mamy młodego człowieka wychowanego głównie przez ojca, zachowującego pewną relację z literaturą i nieszczęśliwie zakochanego. Do tego pojawia nam się tajemniczy mężczyzna o nie do końca znanych nam motywacjach. Problem polega na tym, że historia jest ciekawa tylko do pewnego stopnia. Jeśli próbować wnikać głębiej, okazuje się, że pod powierzchnią nie ma nic, co by jakoś szczególnie przykuwało uwagę.

Zafón od początku tworzy atmosferę tajemniczych zdarzeń i dość łatwo z nimi popłynąć, ale przeszkadzało mi to, że pewne rzeczy nie zostały wyjaśnione, a powieść dzięki temu straciła swoją wewnętrzną wiarygodność. Rozumiem, że pisarze często posługują się niedomówieniami, bo pozostawia to czytelnika w poczuciu istnienia różnych możliwych interpretacji, tylko że w tym przypadku to niedomówienie jest według mnie zbyt duże i historię można było bardziej dopracować pod tym względem. Myślę, że trochę pokazuje to, do czego dążył autor — do napisania książki wielkiej, może ponadczasowej. W konstrukcji intrygi i stylu jest też jakaś patetyczność, która jednak nie do końca zgrywa mi się z pobieżnie potraktowanymi aspektami takimi jak chociażby kreacja postaci. Były niestety w większości albo miałkie, albo przerysowane i w sumie nie mogę powiedzieć, żeby bardzo obchodziły mnie ich losy. Niejednokrotnie miały miejsce rzeczy dramatyczne, a jednak nie mam poczucia, bym faktycznie przeczytała opowieść o wielkiej miłości, ogromnym talencie tudzież niezwykłym poświęceniu.

Nie chciałabym też za bardzo pojechać po Grze Anioła, bo prawda jest taka, że dobrze czyta się tę książkę. Może jest to trochę przedramatyzowane czytadło, ale nie nudzi, ma swój klimat i na pewno może służyć jako dobra odskocznia od rzeczywistości. Szkoda tylko, że moja znaczna sympatia do prozy Carlosa Ruiza Zafona najwyraźniej nie przetrwała próby czasu.

1. Cień wiatru | 2. Gra Anioła | 3. Więzień nieba | 4. Labirynt duchów
___

Wywiało mnie na jakiś miesiąc z blogosfery, ale mam nadzieję, że po uporaniu się z paroma obowiązkami już nie będę musiała robić tak długich przerw. Koniecznie dajcie znać, jakie jest wasze zdanie na temat książek Zafona. :)
 69. „Głosząca kres” — Jay Kristoff | Troszeczkę rozczarowanie

69. „Głosząca kres” — Jay Kristoff | Troszeczkę rozczarowanie

Recenzja wolna od wszelkich spoilerów.


Tytuł: Głosząca kres
Tytuł oryginalny: Endsinger
Autor: Jay Kristoff
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Seria: Wojna lotosowatom: 3
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 608
Moja ocena: 7/10

Zupełnie nie spodziewałam się, że tak wyjdzie, ale Głosząca kres okazała się dla mnie najgorszą z części cyklu. Pisanie finału zapewne nigdy nie jest łatwe, bo trzeba spiąć wszystkie wątki i niejako wybrać już ostateczną drogę dla bohaterów i zawiodłam się na tym polu, o czym za chwilę. Generalnie trochę ciężko szło mi czytanie, na początku miałam trudności z tym, żeby wciągnąć się w tę historię, styl też już nie czarował tak, jak to miało miejsce wcześniej — metafory stały się nieco wtórne (zbyt dużo w nich pocałunków). Od połowy robi się jednak lepiej pod tym względem. Znacznie poważniejsze zarzuty mam co do poprowadzenia fabuły. Wojna lotosowa jako seria najbardziej kupiła mnie oryginalnością, którą niestety częściowo straciła w tym tomie: niemal wszystkie główne wątki były dla mnie przewidywalne. Spodziewałam się ich już od kiedy dostrzegłam drobne aluzje (może nawet nie takie drobne...) zasiane przez Kristoffa w Tancerzach burzy i Bratobójcy, ale nawet, gdyby ich nie było, z łatwością można by się ich domyślić, jeśli tylko ma się jakieś doświadczenie z literaturą młodzieżową. Nie chcę rzucać spoilerami, ale uwierzcie mi, że prawie wszystkie problemy, z jakimi spotykają się postacie, są jak oczywiste ścieżki wydeptane przez autorów w obliczu ostatecznej konfrontacji; mówię tu chociażby o przedłużeniu pewnej sytuacji z Bratobójcy, która potoczyła się dokładnie tak, jak to przewidziałam. Kristoff już wcześniej nie ustrzegł się wykorzystywania schematów, ale chyba nie w takiej ilości. Może to wina tego, że trzeci tom po prostu nie potrafi być tak świeży jak dwa pierwsze. Może nie zawsze element zaskoczenia jest tak bardzo potrzebny w powieściach, jednak mając do czynienia z literaturą tego typu, gdzie akcja ma stanowić główny trzon, a czytelnik powinien pozostawać w napięciu, trochę szkoda, że ten sam czytelnik jest zwykle o kilka kroków przed bohaterami.

No dobrze, trochę sobie ponarzekałam (nie miałam nawet za bardzo gdzie uciąć akapit), ale przecież Głosząca kres to nadal bardzo dobra książka, którą czyta się z chęcią. Każdy, kto zżył się z Yukiko i jej ekipą, dalej będzie im kibicował, a końcówka nie pozostawi go obojętnym. Chodzi w końcu o ratowanie wysp Shima trawionych przez zło pochodzące ze wszystkich stron. Chyba właśnie to należy do największych zalet tej lektury — przywiązanie do świetnych bohaterów. Jedno jest pewne: rewolucja wymaga ofiar. Autor nie boi się wpędzać swoje owieczki w wielkie kłopoty i poddawać je próbom, a z tych nie wszyscy wyjdą cało.

W podsumowaniu cała seria wypada lepiej niż przyzwoicie i tak jak już powtarzałam, uważam ją za jedną z lepszych w gatunku. Na pewno warto ją przeczytać i dać się porwać emocjom, jakie ze sobą niesie.

1. Tancerze burzy | 2. Bratobójca | 3. Głosząca kres
___

Na marginesie — Strona Pierwsza świętuje dzisiaj swoje czwarte urodziny. Bywało lżej, bywało ciężej, ale nadal ten statek jakoś utrzymuje się na morzu i bardzo się z tego cieszę. :)
Podsumowanie sierpnia 2018

Podsumowanie sierpnia 2018


Stało się. Oficjalnie po raz ostatni zaczęłam rok szkolny we wrześniu. Oznacza to, że już niedługo stanę się niewolnikiem repetytoriów, zbiorów zadań i herbatek uspokajających. Może jednak nie będzie tak źle i znajdę zawsze chwilę czasu, by poczytać coś „swojego” (a nuż przyda się do matury z polskiego)? Takie myśli krążą teraz w mojej głowie, razem z czytelniczymi wspomnieniami z sierpnia, o których chcę wam teraz opowiedzieć. :)

Najlepsza książka:
Bratobójca, Jay Kristoff, 💘💘💘💘💘💘💘💘1/2

Najgorsza książka:
Sztuka śmierci, Aleksandra Marinina, 💘💘💘💘💘

Co przeczytałam w sierpniu:


1. Sztuka śmierci, Aleksandra Marinina, 5/10
Było to moje pierwsze spotkanie z kryminalną prozą Marininy, popularnej rosyjskiej pisarki. I niestety zniechęciło mnie ono do innych jej książek — powieść jest gruba, a nudna jak flaki z olejem. Śledztwo w ogóle mnie nie zaangażowało, za to denerwował natłok podobnych nazwisk i nazw funkcji pracowników teatru, zupełnie też nie rozumiałam zabiegu związanego z personifikacją tegoż teatru, który był po prostu zbędny, bo pojawiło się dosłownie tylko parę scen w takiej konwencji. To samo mogę powiedzieć o wątku „spoza czasu”. Nie wiem, czy coś podobnego pojawia się też w innych kryminałach Marininy, w każdym razie nie odczułam, by to cokolwiek wnosiło do fabuły. Spodziewałam się trzymającej w napięciu książki, a otrzymałam miałką historię.

2. Moja walka. Księga 1, Karl Ove Knausgård, 7/10
Tak jak pisałam w [recenzji], lekkie zaskoczenie, ale nie powalające na kolana.

3. Obfite piersi, pełne biodra, Mo Yan, 7,5/10
Trochę dziwna to książka. Z jednej strony, nie brak tutaj brutalności, naturalizmu i ukazania ważnych momentów dziejowych dla Chin, z drugiej czyha czarny humor i to groteskowe uzależnienia narratora opowieści od kobiecych piersi. Bohaterowie w jednej chwili z poniewierki wpadają w luksus i na odwrót. Cała historia jest nietypowa i po przmemyśleniach dochodzę do wniosku, że ma feministyczne przesłanie. Jednakże dość trudno mi się ją czytało, nawet w pewnym momencie chciałam przerwać lekturę, czego ostatecznie nie zrobiłam, i na szczęście, bo uważam, że warto było ją przeczytać w całości.


4. Język cierni, Leigh Bardugo, 8/10
Ta książka stanowi dodatek do uniwersum stworzonego przez Bardugo i zawiera historie, które są wariacjami na temat tradycyjnych baśni. Trzeba tu jednak przywołać kilka faktów. Baśnie zawierają proste morały, a jednak są przeznaczone dla starszych czytelników (młodzieży i dorosłych). Na pierwszy rzut oka widać, skąd autorka czerpała inspirację, ale jej opowieści zawsze w którymś momencie skręcają w inną, nietypową stronę i łamią znane nam schematy. Przy tym koniecznie trzeba zwrócić uwagę na to, że Bardugo stawia akcent na postaciach, kobiet i dziewczyn, pozwalając im rozwinąć skrzydła, co bardzo mi się spodobało. No i jeszcze do tego dochodzi cudna oprawa graficzna — wraz z rozwojem historii następuje rozwój ilustracji. Mogę polecić tę książkę, nawet jeśli nie zapoznaliście się jeszcze z dorobkiem tej autorki.

5. Wszystko, co lśni, Eleanor Catton, 7/10
Miałam pewne oczekiwania co do tej książki, ale zweryfikowała je rzeczywistość, kiedy w końcu do nie usiadłam. Catton snuje tu opowieść, która jest niezmiernie zawikłana i przysporzyło mi to trochę kłopotów w czasie czytania, ponieważ ciąglę się zastanawiałam, co już znam jako fakt, a co jest tylko elementem wykreowanej intrygi. Mimo to, czytało mi się ją dobrze, bo autorka operuje lekkim językiem, dzięki któremu łatwo można się wciągnąć, a poza tym na pewno nie można odmówić jej pomysłowości. Wydaje mi się, że nieźle odtworzyła klimat epoki gorączki złota, ale spodziewałam się po tej książce więcej.

6. Bratobójca, Jay Kristoff, 8,5/10
Udana kontynuacja Tancerzy burzy, o której więcej przeczytacie w [recenzji].

7. Obce dziecko, Rachel Abbott, 7/10
Problem z tą powieścią jest taki: w czasie samej lektury bawiłam się wybornie, ale po jej skończeniu równie dobrze mogłabym o niej zapomnieć. Jest to naprawdę ciekawy psychologiczny thriller, mimo pewnej sztuczności w zachowaniu bohaterów, i wprost nie mogłam się od niego oderwać, ale nie było w nim nic tak szczególnego, bym chciała zachować go w pamięci.

A co wy ostatnio przeczytaliście?
Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger