77. „Dwie siostry” — Åsne Seierstad

77. „Dwie siostry” — Åsne Seierstad


Tytuł: Dwie siostry
Tytuł oryginalny: To søstre
Autor: Åsne Seierstad
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 448
Moja ocena: 8,5/10

Kryzys uchodźców to wciąż temat, który porusza Europę i resztę świata, mimo że problem narasta już od lat. Jest jednak druga strona tego medalu — mnóstwo ludzi rusza w przeciwną stronę niż uchodźcy, by dotrzeć właśnie do jądra konfliktu. Norweska dziennikarka Åsne Seierstad zainteresowała się i postanowiła opisać jeden z takich przypadków. Historia dotyczy somalijskiej rodziny osiadłej w Norwegii, rodziców i ich pięciorga dzieci, którą dotknął tragiczny rozłam spowodowany wyjazdem dwóch córek do Syrii. Ojciec wyruszył w ślad za nimi, by je uratować i sprowadzić z powrotem, nie dopuszczając jeszcze do siebie w pełni myśli o tym, jaką miały motywację. Wyjechały po to, by wspierać dżihad.

Po przeczytaniu jedna rzecz szczególnie rzuca się w oczy: ogrom pracy, jaką wykonała Seierstad przy tworzeniu tej książki. Jest to fabularyzowany reportaż, co oznacza, że relacje z wydarzeń konstruowała na podstawie opowiadań różnych osób, a do tego czerpała z wielu pozycji na temat islamu i wojny w Syrii (na końcu został dołączony indeks). Widać to po oddaniu detali i poruszeniu bardzo różnych aspektów związanych ze sprawą. Autorka przede wszystkim szczegółowo odtwarza losy rodziny, poczynając od tego, jak znalazła się w Norwegii, jaki przebiegała ich aklimatyzacja, przez radykalizację córek i planowanie ucieczki, aż po okres, w którym dziewczyny już od dawna przebywały w Syrii. Jednak na tym nie poprzestaje. Odwołuje się też do tego, jak wyglądały działania niektórych islamskich organizacji w Norwegii i opisuje życie niektórych ich członków, w tym znajomych Ayan i Leili. Dużo miejsca w książce poświęca się też samej wojnie domowej na Wschodzie, jej przyczynach i przebiegu. Dzięki takiemu rozrzutowi tematów możemy lepiej zrozumieć niektóre zjawiska i wydarzenia, dostrzec szerszy kontekst, w jakim znajduje się radykalizacja ludzi w Europie.

Podobnie jak poprzedni przeczytany przeze mnie reportaż Seierstad, Jeden z nas, tak i ten zapisze się w mojej pamięci między innymi poprzez to, jak wielkie emocje wzbudza. To, co czują bohaterowie jest bardzo ważne dla tego reportażu i ich stany udzielają się czytelnikowi, czego zasługą jest świetny warsztat pisarski autorki. Zresztą sam podejmowany problem i jego skala są porażające. Ale nie chodzi tu tylko zagrożenie dla świata, jakie stanowi dżihad; jak pokazuje nam lektura, decyzja dziewczyn o wyjeździe to dramat dla rodziny. Od tamtej pory jej członkowie coraz bardziej się od siebie oddalają: ojciec podejmuje coraz to nowe rozpaczliwe próby przedarcia się przez granicę i dotarcia do córek, matka tęskni za ojczystym Somaliliandem i w końcu do niego wraca, jeden z synów izoluje się. Okazuje się, że każdy wyznaje inne wartości i niełatwo jest je pogodzić na małej przestrzeni.

Wreszcie trzeba powiedzieć, że spoiwem dla całej tej opowieści jest islam. Kultura islamska przewija się nieustannie, stanowi przecież pobudkę i uzasadnienie dla wielu wyborów podejmowanych przez opisywanych ludzi. Dziennikarka raczej unika jednoznacznych osądów, pozwala, by odbiorca sam wyciągnął wnioski i zastanowił się, jaka jest jego ocena, gdy wypowiadają się dwie strony sporu. Przyznam, że bardzo często przerywałam czytanie, żeby przemyśleć sobie dokładniej pewne rzeczy, na przykład gdy mowa była o tym, jak muzułmanie mogą postrzegać sekularną kulturę Norwegii w stosunku do swojej. Osobiście uważam, że szczególnie interesujące w tej historii jest to, że przedstawia sytuację być może nieco nietypową albo trudną do zrozumienia dla przeciętnej osoby nie mającej zbyt wielkiego pojęcia w tej kwestii — gdy myślimy o myślimy o islamie i radykalizacji, przychodzą nam do głowy głównie mężczyźni, uprzywilejowani przez religię, chcący walczyć, by zginąć podczas dżihadu i zagwarantować sobie miejsce w raju. Tymczasem tutaj to młode, mające przed sobą całe życie dziewczyny wyjeżdżają z własnej woli, by zostać żonami dżihadystów, a niedługo później ich brat porzuca wiarę.

Trudno byłoby skondensować, o czym traktują Dwie siostry. Myślę, że najogólniej spotykają się na pograniczu religii, polityki i tragedii rodziny, ale myślę, że nieważne czy akurat taka tematyka was interesuje, reportaż jest absolutnie warty przeczytania. To prawda, że zmusza nas do zderzenia z niewygodnymi pytaniami, jednak taki jest właśnie sens tego typu literatury i taka jest jej siła.
Podsumowanie czerwca 2019

Podsumowanie czerwca 2019


Po raz pierwszy od dłuższego czasu publikuję podsumowanie miesiąca. W czerwcu na dobre wróciłam na bloga, mając w końcu za sobą maturę i część stresu za sobą (ale tylko część, bo jeszcze trzeba czekać na wyniki rekrutacji) i mogąc wreszcie czytać książki nie stricte pod egzaminy. Nie oznacza to, że mam teraz labę, bo znalazłam pierwszą pracę, a do tego w lipcu będę pisać kolejny egzamin, ale na szczęście mam trochę wolnego czasu. W czerwcu przeczytałam 6 tytułów, w tym jeden komiks paragrafowy. Na miesiąc bieżący nie robię sobie wielkich planów ze względu na wspomniany egzamin, ale myślę, że uda mi się sięgnąć po trzy książki: Dziwną pogodę, Pentagram oraz To, co najlepsze. Tom 1. Tak więc życzcie mi powodzenia — będę go potrzebować. :)

Najlepsza książka:
Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, Stuart Turton 💘💘💘💘💘💘💘💘1/2 oraz
Dwie siostry, Åsne Seierstad 💘💘💘💘💘💘💘💘1/2

Najgorsza książka:
Z mgły zrodzony, Brandon Sanderson 💘💘💘💘💘

Co przeczytałam w czerwcu:



1. Miasto ślepców, José Saramago, 7,5/10
To bardzo dobra, metaforyczna powieść, która zadaje pytania o naturę człowieka i jednocześnie nie daje łatwych do odczytania odpowiedzi. Tak jak napisałam w recenzji, jej lektura nieustannie zmusza do myślenia. Ma raczej wolne tempo narracji i jest napisana w specyficzny sposób, za to intryguje niedopowiedzeniem. Choć nie da się uniknąć skojarzeń z Dżumą Alberta Camusa, Saramago udało się przekuć stary dobry motyw apokalipsy w coś nowego, dlatego myślę, że warto dać szansę temu portugalskiemu nobliście. Jeśli o mnie chodzi, z pewnością przeczytam jego inne dzieła.

2. Dwie siostry, Åsne Seierstad, 8,5/10
Dłuższą opinię na temat tej książki opublikuję niedługo, ale już teraz mogę ogłosić, że jest równie dobra co pierwsza książka tej pisarki, jaką przeczytałam, czyli Jeden z nas. Opowieść o Norwegii. Seierstad zdaje się pisać z łatwością o trudnych tematach, niezwykle plastycznie kreując historię na podstawie wspomnień i relacji i nadając jej olbrzymi ładunek emocjonalny. Jest w tej książce coś takiego, że po prostu nie można przejść obok niej obojętnie.

3. Pegaz zdębiał, Stanisław Barańczak, 8/10
Dawno temu pokazałam Pegaza w book haulu i w końcu się za niego zabrałam. Barańczak jest jednym z moich ulubionych poetów, jeśli nie ulubionym, a do tego przepadam za różnego rodzaju grami słownymi, no więc ta książka była dla mnie absolutnym musem. Faktycznie znalazłam w niej sporą dawkę okołoliterackich gierek, które mimo braku większego celu potrafiły poprawić mi humor. Nie wszystkie rozdziały są tak samo interesujące, po pewnym czasie lektura może zacząć też nużyć, ale ogólnie rzecz biorąc, wiele kawałków jest na tyle dobrych, że będę do nich wracać.


4. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, Stuart Turton, 8,5/10
Na zagranicznej książkosferze głośno było o tej książce i w końcu została wydana i u nas. Miała niezwykle ciekawy zarys fabuły i nie mogłam się doczekać, żeby zanurzyć się w tę historię. Opowiada o mężczyźnie, który nagle przytomnieje i zdaje sobie sprawę z tego, że całkowicie stracił pamięć. Szybko okazuje się, że został wciągnięty w specyficzną grę: codziennie będzie budził się w nowym wcieleniu, by rozwiązać zagadkę śmierci młodej kobiety i odnaleźć jej zabójcę. A teraz: dlaczego ta książka jest tak świetna? Bo wykorzystuje klasyczny motyw pętli czasowej w świeży sposób. Bo przedstawia fascynujące portrety psychologiczne postaci. Bo atmosfera tajemnicy nie pozwala na oderwanie się od lektury. Bo sprawia, że czytelnik sam desperacko stara dojść do rozwiązania. Bo potrafi nieźle zaskoczyć — szczególnie na końcu. Zdecydowanie jest to jedno z moich odkryć tego roku.

5. Z mgły zrodzony, Brandon Sanderson, 5/10
Fani Sandersona, nie strzelajcie! Jednak smutną prawdą jest to, że moje pierwsze spotkanie z tym legendarnym autorem nie skończyło się najlepiej. Być może wybrałam ją w złym momencie życiowym, być może miałam zbyt duże oczekiwania. Fabuła generalnie okazała się niezbyt interesująca, a bohaterowie nie bardzo mnie obchodzili; sami na pewno wiecie, że jeśli te dwa elementy nie działają, niewiele już może uratować książkę — a tak było w moim przypadku. Poza tym ten słynny system magiczny też nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Ale wiecie co? Spróbuję z innymi seriami Sandersona. Nie chcę tak szybko stawiać na nim krzyżyka.

6. Technomagowie, Yuio i Cetrix, 7/10
Na koniec został jeszcze ostatni komiks paragrafowy, z jakim się zapoznałam. I zarazem jeden z lepszych; oferuje wiele ścieżek wyboru, bo możemy wykonywać oddzielne zadania w kilku różnych lokacjach, zawsze możemy też je przejść na kilka sposobów. Zagadki są na fajnym poziomie trudności, bo nie są ani zupełnie oczywiste, ani też niemal niemożliwe do rozwiązania. Urozmaiceniem są walki z możliwością rzucania czarów i kompas. Technomagowie to dobra pozycja zarówno dla początkujących, jak i bardziej doświadczonych w temacie komiksów paragrafowych.

A jaki był wasz czerwiec?
76. „Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa” i „Wilkołak” | Komiksy paragrafowe

76. „Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa” i „Wilkołak” | Komiksy paragrafowe


Niedawno zrelacjonowałam moje pierwsze spotkanie z komiksami paragrafowymi, czyli Mystery oraz Łzy bogini Nuwy [recenzja]. To była dla mnie zupełnie nowa forma rozrywki i choć nie obyło się bez kilku problemów, wspominam je raczej dobrze. Bardzo szybko zabrałam się za kolejne dwa i tak się złożyło, że oba podwyższyły postawioną wcześniej poprzeczkę — a mowa o Czterech śledztwach Sherlocka Holmesa i Wilkołaku.

Najpierw przypomnę jeszcze tym, którzy tego nie wiedzą, na czym polega komiks paragrafowy. To gra w postaci komiksu z konkretnym motywem przewodnim, w której wcielamy się w jakąś postać (albo kilka postaci) i staramy się osiągnąć cel, który dla każdej fabuły jest inny: w niektórych komiksach paragrafowych chodzi po prostu o to, żeby przeżyć, w innych trzeba wykonywać różne zadania. W kadrach mamy do wyboru kilka akcji, i aby je wykonać, należy przejść do kadru o podanym numerze; w ten sposób rozwija się historia. Dzięki temu zwykle poszczególne rozgrywki mogą się od siebie różnić, bo pójdziemy do innych miejsc albo spotkamy innych ludzi.

Tytuł: Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa
Tytuł oryginalny: Quatre enquêtes de Sherlock Holmes
Autor: Ced
Tłumaczenie: Anna Ślubowska
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 178

Najpierw do czynienia miałam z komiksem nawiązującym do słynnego detektywa z Baker Street i jego przyjaciela. Od początku zresztą było dla mnie oczywiste, że muszę się z nim zapozanć, bo od zawsze uwielbiam Sherlocka Holmesa, klasyczne kryminały i samodzielne rozwiązywanie tego typu łamigłówek, z jakimi spotykamy się w Czterech śledztwach. Tytuł właściwie mówi sam za siebie — zabawa polega na tym, by przeprowadzić dochodzenie w czterech podejrzanych sprawach, a następnie wytypować odpowiedzi na postawione pytania. Jednocześnie nie jest to typowy komiks paragrafowy, bo nie ma tu możliwości zginięcia ani rozwijania umiejętności. Wszystko skupia się wokół uważnego obserwowania kadrów i zdolności łączenia faktów.

Powiem tak: trochę nie doceniłam tego komiksu. Nie był wcale taki oczywisty, jak mi się wydawało, że może być. Dlatego, podobnie jak przy Łzach bogini Nuwy, nie sprawdziło się moje luźne podejście i przez to rozwiązałam za pierwszym razem tylko dwie zagadki. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że nie wiedziałam, na jakie rzeczy powinnam zwracać uwagę i jakiego typu wskazówki będą podrzucane. Bo choć kategoria wiekowa jest niska, dobrze jest naprawdę skupić się i poświęcić mu odpowiednio dużo czasu, analizując tropy. Szczególnie dodatkowe mini-zagadki mogą być problematyczne (jeśli chodzi o mnie, aż do teraz...). Ale niezależnie od tego jak mi poszło, rozgrywka była bardzo przyjemna; może i sprawy nie były dla mnie jakoś wyjątkowo interesujące, jednak prowadzenie śledztw dawało satysfakcję i pozwalało poczuć się jak detektyw. A chyba o to w tym przypadku chodziło. Dlatego oceniam go zdecydowanie pozytywnie.

Tytuł: Wilkołak
Tytuł oryginalny: Loup Garou
Autor: 2D i Moon
Tłumaczenie: Anna Ślubowska
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 144

Drugi komiks, o któym chcę powiedzieć, wprowadza moim zdaniem ciekawą perspektywę. Nasza postać jest w nim wilkołakiem, a więc można by powiedzieć: anty-bohaterem. Zanim zapoznałam się z jego fabułą, myślałam, że będzie dokładnie odwrotnie — że naszym zadaniem będzie złapanie jakiegoś wilkołaka, tymczasem to my musimy uciekać przed łowcą. Muszę przyznać, że fabularnie ze wszystkich komiksów paragrafowych, które przeszłam, Wilkołak podobał mi się chyba najbardziej. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale autentycznie mnie wciągnęło i nie mogłam się doczekać, by dowiedzieć się, co zdarzy się dalej. Do zalet na pewno mogę też zaliczyć różnorodność wyborów, jakich można dokonywać oraz połączenie fantastyki z kryminałem — to po prostu dobrze zagrało.

Wilkołak ma dość skomplikowane zasady na tle innych komiksów, z czym wiąże się parę moich zarzutów. Po pierwsze, nieustannie miałam wrażenie, że czegoś nie do końca zrozumiałam, jeśli chodzi o umiejętności, bo zasady ich dotyczące były napisane nie do końca jasno. Poza tym nie podobało mi się to, że na sam koniec zachowana jest najtrudniejsza walka i mimo że w desperacji oszukiwałam (!) i tak nie udało mi się jej wygrać. Brakowało mi sporo i nie mam pojęcia, jak trzeba było poprowadzić tę historię, żeby zwyciężyć. A taka porażka jest szczególnie bolesna, bo sprawia, że trzeba wracać do samego początku gry — trochę to bez sensu. Dodam jeszcze, że nieco zawiodło mnie to, że w tym komiksie niewiele jest do wypatrywania w kadrach i rzadko kiedy możemy znaleźć ukryte przedmioty i wybory.

Podsumowując, oba komiksy przypadły mi do gustu i z czystym sumieniem mogę je polecić, nawet jeżeli nie są idealne. Świetnie nadają się do tego, by urozmaicić sobie czytelnicze życie, do czego zachęcam.
75. „Miasto ślepców” — José Saramago | Memento videre

75. „Miasto ślepców” — José Saramago | Memento videre


Tytuł: Miasto ślepców
Tytuł oryginalny: Ensaio sobre a Cegueira
Autor: José Saramago
Tłumaczenie: Zofia Stanisławska
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 346
Moja ocena: 7,5/10

Wyobrażenie apokalipsy jest dobrym sposobem na to, by zagłębić się w tunele ludzkiej psychiki. Sytuacje ekstremalne zdają się odsłaniać pewne prawdy, ponieważ wymagają zdania się na spontaniczność i wyrwania z zaprogramowanej rutyny, która być może narzuca jakąś zasłonę na faktyczne oblicze człowieka. Takim tropem poszedł portugalski pisarz José Saramago, tworząc Miasto ślepców. Historia zaczyna się, gdy pewien mężczyzna siedzący w samochodzie na środku ulicy nagle ślepnie. Ślepota ta jest nietypowa, swoje wrażenia nieszczęśliwiec określa jako zalanie świata mleczną mgłą, a przecież zwykle osoby z uszkodzonym wzrokiem widzą ciemność. Co więcej, choroba zdaje się przechodzić na inne osoby w otoczeniu i wkrótce można zacząć mówić o epidemii, wobec czego chorzy zostają zamknięci w szpitalu. Wśród nich pozostaje już tylko jedna kobieta, która — przekornie mówiąc — nosi brzemię widzenia.

Kilka faktów, o których warto wiedzieć przed przeczytaniem: choć na pierwszy rzut oka brak tu dialogów, są, ale specyficznie zapisane, ciągiem i bez podziału na akapity. Niektórym ta forma może nie odpowiadać, moim zdaniem dobrze dopasowała się do treści. Po drugie, to nie jest thriller i nie ma tu dążenia do odkrycia, co dokładnie wywołało chorobę, jak się rozprzestrzenia i jakie jest na nią lekarstwo — przynajmniej nie w sensie dosłownym. Poza tym Saramago dba o to, by zachować uniwersalność swojej prozy, dlatego jest praktcznie pozbawiona wszelkich nazw własnych.

W książce dość łatwo można dostrzec jej związki z inną powieścią-parabolą traktującą o zarazie — mówię o Dżumie Camusa. O ile we francuskim dziele choroba, mimo mnogości możliwych interpretacji: wojna, totalitaryzm, kataklizm, więzienie, symbolizuje w najszerszym znaczeniu po prostu zło, a pandemia ukazuje, jakie postawy przyjmują wobec niego ludzie, o tyle mam wrażenie, że w przypadku Miasta ślepców plaga jest bardziej enigmatyczna. Przede wszystkim dotyka czegoś wewnętrznie ludzkiego i sama w sobie nie prowadzi do śmierci, za to pozostawia w stanie bezbronności. Wzrok jest zmysłem, na którym instynktownie polegamy przy pierwszej próbie oceny rzeczywistości, dlatego tak dotkliwa jest jego utrata; tym dotkliwsza, im więcej osób w otoczeniu to spotkało. Długo zastanawiałam się, czego metaforą może być epidemia, i doszłam do wniosku, że sensownym wyjaśnieniem byłoby odsłonięcie kruchości cywilizacji.

Bardzo szybko okazuje się, że rząd nie ma pomysłu na poradzenie sobie z sytuacją i decyduje się na odizolowanie chorych i pozostawienie ich sobie samym, tymczasem miasto stopniowo gaśnie i przestaje „działać”, jest pogrążone w chaosie i dezorganizacji. Saramago obrazuje je w naturalistyczny sposób: zewsząd bije fetor, ludzie mają problemy trawienne i brodzą w ekskrementach; panuje brud, a na ulicach leżą ciała tych, którym się nie udało. Autor podkreśla jednocześnie zwierzęcość zachowań mieszkańców: konkurują o zasoby środowiska, chodzą na klęczkach, próbując wywąchać pożywienie, wreszcie kierują się popędem płciowym, czasami zaspokajając swoje żądze przy użyciu siły. To niemiła diagnoza dla ludzkości, wiedzieć, że w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od powrotu do źródeł naszej natury.

Szczególnie interesującą postacią w powieści jest oczywiście widząca żona lekarza. Dlaczego cały czas widzi? Chyba kluczowe dla zrozumienia jej postaci są jej dwie wypowiedzi, jedna z początku, a druga z końca. Nie będę ich przytaczać, aby nie zdradzać za dużo, ale one kierują do czytelnika ważne przesłanie — nie trzeba być ślepym, żeby nie dostrzegać pewnych rzeczy.

Literatura jest niezwykłym medium, które pozwala odbiorcy na poczucie, że jest częścią odkrywanej historii. To właśnie jeden z tych przypadków, w których czytelnik silnie utożsamia się z tym, o czym czyta. Tutaj mniej ważne jest, co dokładnie czynią bohaterowie, nasze myśli kierują się na to, jak my byśmy postępowali w tej sytuacji, tak samo czy inaczej. W głowie cały czas postępuje analiza: a gdyby coś takiego przytrafiło się mi — nam? Czy mamy w ogóle prawo być przygotowani na taką okoliczność — w której tracimy coś, co zawsze braliśmy za pewnik, co było nam dane z góry, co do tej pory uważaliśmy za prozaiczne? W tym wymiarze ślepota jest nie tylko próbą dla mieszkańców nienazwanego miasta, ale przede wszystkim prowokacją mającą skłonić do refleksji.
Po godzinach #13 Seriale, które oglądam (lub oglądałam), część 4.

Po godzinach #13 Seriale, które oglądam (lub oglądałam), część 4.


Już dawno nie publikowałam kolejnej części z tej serii, a przez ten czas przewinęło się na moim ekranie sporo seriali, więc chyba pora to nadrobić. Znowu będzie całkiem różnorodnie, bo powiem o The Mick, Suits, The Good Place i Sex Education.


1. The Mick / Cioteczka Mick
Zacznę może od serialu dość niepozornego. Sama trafiłam na niego po prostu przeglądając ofertę na stronie streamingowej. Nigdy nie słyszałam, żeby ktokolwiek o nim mówił albo pisał, ale jakoś zaintrygował mnie plakat promujący i pomyślałam, że skoro odcinek trwa tylko 20 minut, to mogę zobaczyć, o co chodzi. Fabuła zaczyna się od przyjścia Mickey na przyjęcie swojej nadzianej siostry, które ma dość niespodziewany finał — siostra wraz z mężem zostają aresztowani przez FBI, a na Mickey spada obowiązek zajęcia się ich trojgiem dzieci. Kobieta nie bardzo jest zadowolona z takiego obrotu spraw, jednak wizja zamieszkania w wielkiej rezydencji jest całkiem kusząca. Serial to lekka komedia i szczerze mówiąc, nie przypuszczałam, że okaże się tak fajny. Jest po prostu bardzo zabawny i często sprawiał, że się śmiałam, a mnie nie jest tak łatwo rozśmieszyć. Pojawia się w nim wiele ciekawych postaci, których spotkania doprowadzają do komicznych sytuacji. Do tego trzeba dodać, że potrafi nawet podejmować kontrowersyjne tematy. Trochę wstyd się przyznać, ale tak mnie wciągnął, że jakąś połowę zagranicznej wycieczki spędziłam na oglądaniu, bo dosłownie nie mogłam się oderwać... Szkoda, że został anulowany po drugim sezonie — to pokazuje, że niestety nie wszystko, co dobre jest doceniane.


2. Suits / W garniturach
Od dawna przymierzałam się do obejrzenia Suits. Lubię seriale prawnicze, a ten jest już chyba swego rodzaju klasykiem w tym gatunku. Opowiada o młodym Mike'u, który chociaż nie ukończył szkoły prawniczej, zostaje zatrudniony przez Harveya Spencera do prestiżowej firmy przyjmującej jedynie absolwentów Harvarda. Trudne sprawy, wieczne balansowanie na granicy legalności i niebezpieczeństwa nadciągające ze wszystkich stron sprawiły, że byłam zafascynowana Suits i łykałam odcinek za odcinkiem, ale po paru sezonach trochę mi się przejadło. Często mi przeszkadza, że w długich produkcjach takich jak ta wątki są sztucznie rozciągane, przez co zainteresowanie spada. Wciąż jednak na pochwałę zasługują świetna obsada (z fantastycznym Gabrielem Machtem w roli Harveya!), która zawsze daje radę oraz spora dawka humoru równoważąca dramatyzm. Trzeba tylko uważać, by nie wypaczyć sobie tym serialem wizji prawdziwej rzeczywistości prawników — jeszcze ktoś pójdzie na prawo, a po skończeniu studiów srodze się zawiedzie... Po czterech sezonach robię sobie przerwę, ale na pewno wrócę do tego serialu.


3. The Good Place / Dobre miejsce
Jak się okazuje, w każdym odcinku tej mojej mini serii musi się znaleźć jakiś serial, na który kręcę nosem. Tym razem niestety padło na The Good Place, co bardzo mnie smuci, i to z różnych powodów. Po pierwsze, byłam bardzo pozytywnie nastawiona po obejrzeniu początku pierwszego odcinka i uznałam koncept za niezwykle intrygujący. Po drugie, wiele osób go polecało i nigdzie nie usłyszałam choćby słowa krytyki na jego temat. Historia kobiety, która przypadkowo trafia po śmierci do „dobrego miejsca” zamiast do „złego” i próbuje się nie wychylać, wydawała mi się murowanym strzałem w dziesiątkę, a jednak serial okazał się dla mnie nudny i strasznie miałki, na tyle, że nie dotrwałam do końca sezonu. Trudno mi się nawet wytłumaczyć, po prostu nie wzbudziło to we mnie żadnych emocji; czekałam cały czas, aż zacznie być śmiesznie, bo w końcu to miała być komedia, a ten moment nie nadchodził. The Good Place jakoś całkowicie minął się z moimi oczekiwaniami. Jedyne, co mogę teraz powiedzieć, to szkoda.


4. Sex Education
Jeśli chodzi o seriale, to w przeciwieństwie do książek, zwykle nie sięgam po nowe z polecania, raczej trafiam na nie przypadkowo. Ale w tym przypadku było inaczej. To znaczy słyszałam wcześniej o Sex Education, ale wydawało mi się, że to chyba nie będzie w moim guście. Natomiast kiedy Jakbyniepaczec nagrali jego recenzję, postanowiłam dać mu szansę. I cóż, skończyło się na ostrym binge-watchingu. To naprawdę świetny serial nie tylko dla młodzieży, inteligentny i podejmujący tematy, o których zwykle się nie mówi. Nastolatkowie z pewnością mogą odnaleźć w nim odzwierciedlenie niektórych swoich problemów. Aktorzy doskonale odgrywają swoje role, a widz bardzo szybko przywiązuje się do bohaterów. Jedyne, co mogę temu serialowi zarzucić, to nałożona nakładka amerykańskości (ale jednocześnie rozumiem, że to po to, by produkcja mogła znaleźć większe grono odbiorców) i jedna relacja, która rozwija się w dość toksyczny sposób. Poza tym Sex Education potrafi wzbudzić silne emocje, i wzrusza, i rozśmiesza. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon.

Co ostatnio oglądaliście?
74. „Podniebny” — Kerstin Gier | Gościu, siądź na hotelowym tarasie...

74. „Podniebny” — Kerstin Gier | Gościu, siądź na hotelowym tarasie...


Tytuł: Podniebny
Tytuł oryginalny: Wolkenschloss
Autor: Kerstin Gier
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 440
Moja ocena: 7/10

Pewnie większość z nas marzy o tym, żeby przenocować w luksusowym hotelu. Udało się to Fanny Funke, tyle że nie była w roli gościa, a pracownika. Rzuciła szkołę i trafiła na roczny staż w położonym w Alpach Podniebnym, oficjalnie jako opiekunka do dzieci, nieoficjalnie — jako pomoc do wszystkiego. Hotel ma niezwykły, nieco staroświecki klimat i przyjmuje prominentnych gości. W obecności zimowej pogody i świątecznego nastroju ujawniają się jednak jego problemy i tajemnice, a Fanny musi się przygotować na zmierzenie nie tylko z rodzącymi się uczuciami, pracowniczymi obowiązkami i własnymi aspiracjami, ale także z kryminalną zagadką, która może kosztować ją życie...

Nie czytam już tyle młodzieżówek co kiedyś, ale dla Kerstin Gier zawsze zrobię wyjątek. Zaskarbiła sobie moją sympatię już Trylogią Czasu, a przy Trylogii Snów bawiłam się równie dobrze. Podniebny to jej pierwszy stand-alone dla młodzieży. Byłam bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie. Jak się okazało, Gier po raz kolejny mnie zaczarowała mimo paru uchybień.

Pierwsze rozdziały ewidentnie służą temu, by zapoznać czytelnika z rzeczywistością Fanny — „oprowadza” nas trochę po hotelu, zapoznając z pracownikami i gośćmi hotelu, pokazując swoją pracę i opowiadając o swojej sytuacji życiowej. Dalej oczywiście te kwestie są rozwijane i nie ma tu nachalnej ekspozycji. Ogólnie rzecz biorąc, zdziwiło mnie nieco rozłożenie akcentów w tej powieści: fabuła rozwija się dość powoli i przez większość czasu trudno się zorientować, co jest głównym wątkiem, do czego dąży ta historia; dopiero na sam koniec akcja gwałtownie przyspiesza, kiedy wszystkie elementy układanki łączą się w całość. Ale nie uważam tego za wadę, bo dzięki temu lektura jest lekka i łączy w sobie różne gatunki: romans, kryminał, sensację. Poza tym Podniebnego, podobnie jak inne książki autorki, czyta się niezwykle przyjemnie. Chyba to mi się najbardziej w nich podoba, że Gier pisze prosto i zabawnie, a jednocześnie tak, że historia jest wciągająca. Odkrywanie zakamarków ekskluzywnego hotelu i poznawanie ciekawych osobistości zatrzymało mnie nad książką na długo.

Fanny jest sympatyczną młodą dziewczyną, której szybko zaczyna się kibicować. Dzięki pierwszoosobowej narracji łatwo możemy się z nią utożsamić. Poza tym wykorzystanie motywu hotelu stwarza idealną wymówkę do skupienia w jednym miejscu wielu intrygujących postaci, co i tutaj zostało skrzętnie wykorzystane. Na drugi plan wysuwają się brakujące części trójkąta miłosnego — Ben oraz Tristan. Obaj są niestety dość stereotypowi, Ben to typ „chłopaka z sąsiedztwa”, miły i z sercem na właściwym miejscu, z kolei Tristan jest zabójczo-przystojnym-i-tajemniczym pół-Azjatą z Oksfordu (sic!). I obaj interesują się Fanny. Wszyscy wiemy, że to się może skończyć tylko w jeden sposób. Tak więc niektóre wydarzenia są przewidywalne, ale też autorce udało się mnie zaskoczyć końcową intrygą, a to sobie zawsze cenię.

Na szczęście schematy znane z książek młodzieżowych zdają się ograne z samoświadomością, więc łatwiej je znieść. Mam wrażenie, że owszem, niektóre rzeczy może i są przerysowane, ale to z jednoczesnym puszczeniem oka do czytelnika, a Podniebny, chociaż ma do opowiedzenia raczej cukierkową historię, nigdy nie traktuje siebie zanadto poważnie, i z tego względu daje frajdę z czytania. Ach, no i na koniec koniecznie muszę zwrócić uwagę na okładkę, która jest po prostu boska — sami przyznajcie, że nie da się przejść obok niej obojętnie!
73. „Mystery” i „Łzy bogini Nuwy” | Komiksy paragrafowe

73. „Mystery” i „Łzy bogini Nuwy” | Komiksy paragrafowe



Komiks paragrafowy — co to w ogóle jest? O ile pierwszy człon nazwy nie budzi wątpliwości, to drugi nie jest już tak oczywisty. Chodzi tak naprawdę o komiks, który służy do gry. To stosunkowo nowa rzecz w Polsce i została wprowadzona tu przez FoxGames, które obecnie oferuje chyba kilkanaście różnych komiksów. Ponieważ jestem wielbicielką zarówno gier planszowych, jak i książek, pomyślałam, że jest to coś idealnego dla mnie i muszę spróbować zagrać. Dwie pierwsze książki, które obrałam na swój celownik, to Mystery oraz Łzy bogini Nuwy.

Idea jest całkiem prosta. Na początku komiksu mamy pewne wprowadzenie które zapowiada, czego dotyczyć będzie fabuła. Wtedy wcielamy się w jakąś postać, a naszym zadaniem jest kierowanie jej ruchami, tak by osiągnąć pewien ustalony cel. Działa to w ten sposób, że trafiamy do wybranej lokacji na odpowiednim kadrze, a tam znajdują się numery innych kadrów, do których powinniśmy się udać, jeśli chcemy gdzieś podejść albo coś zrobić. Na początku gry zwykle możemy też wybrać sobie różne umiejętności, od których zależeć będą nasze możliwości wyboru w niektórych momentach zmagań. Zasady mogą się trochę komplikować w zależności od konkretnego komiksu. Chcę też zwrócić uwagę, że w trakcie rozgrywki należy być uważnym i dokładnie przeszukiwać kadry — niejednokrotnie okazuje się, że spostrzegawczość popłaca... W końcu, jeśli uda nam się przejść całość, należy podliczyć punkty według instrukcji i przejść do odpowiedniego zakończenia.

Tytuł: Mystery
Tytuł oryginalny: Mystery
Autor: Ced i Stivo
Tłumaczenie: Julia Chimiak
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 298

Cieszę się, że wypadło tak, że moim pierwszym wyzwaniem był Mystery, dlatego że miał proste zasady i fajnie wprowadził mnie do tej formy rozrywki. Choć nie obyło się bez problemów, mimo że kategoria wiekowa to zaledwie 8+ (komiksy paragrafowe zwykle mają niskie kategorie wiekowe, ale to nie znaczy, że dorosły nie ma w nich czego szukać). Zaczynamy jako aspirujący superbohater, który chce zostać przyjęty do organizacji zajmującej się oczyszczaniem miast Chicago z przestępców. Wykonujemy zadania i zbieramy punkty Wielkiej Klasy, dzięki którym możemy wskoczyć na kolejne poziomy, mamy też do rozdysponowania punkty w trzech umiejętnościach. Nie jestem wielką fanką klimatów superbohaterskich, ale tutaj było to naprawdę przyjemne. Sama się zdziwiłam, jak bardzo wciągnęła mnie gra i nie chciałam się od niej odrywać.

Jak wspomniałam, tylko na początku spotkały mnie dwie trudności: najpierw nie mogłam sobie poradzić z mylącą informacją, a potem brakowało mi punktów, by przejść dalej. Na szczęście po jakimś czasie udało mi się je przezywciężyć — dzięki pomocy innej osoby oraz bardzo ważnej wskazówki, o której po prostu zapomniałam. Niestety te sytuacje uwydatniły pewne wady komiksu. W obu przypadkach nie byłam pewna, co robię źle, a jednocześnie nie mogłam nic dalej robić. W związku z tym, stwierdziłam, że muszę wykonać wszystkie możliwe opcje, nawet te, których wcześniej nie chciałam robić — i oczywiście okazało się, że nie tylko mi nie pomogły, ale też okazały się niekorzystne. Widać więc, że w trakcie gry nie zawsze można być pewnym, że idzie się w prawidłowym kierunku, a jeśli się zablokujemy, to w skrajnych wypadkach będziemy mieć problemy z dokończeniem gry. Muszę jednak stwierdzić, że ten komiks powinien być w miarę łatwy dla wszystkich, którzy są dostatecznie uważni (a przynajmniej bardziej niż ja).

Tytuł: Łzy bogini Nuwy
Tytuł oryginalny: Les larmes de Nüwa
Autor: Manuro i Ben Jurdic
Tłumaczenie: Julia Chimiak
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 236

Drugim komiksem, który trafił na tapetę, były Łzy bogini Nuwy. Według wydawnictwa jest przeznaczony dla młodszych i starszych, ale ja mimo wszystko nie polecałabym go tym naprawdę młodszym — jest zdecydowanie trudniejszy i brutalniejszy od Mystery. Ma też bardziej dojrzałą kreskę. Wcielamy się w nim w młodą zabójczynię, która zostaje zwerbowana, by odzyskać skradzione pędy ze świątyni Nuwy. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że poziom trudności tak wzrośnie. Praktycznie w każdym wypadku, gdy miałam do wyboru kilka opcji, wybierałam... tę najgorszą. Naprawdę, nie wiem jak to możliwe, że szło mi aż tak źle.

Ważny jest fakt, że parę błędnych decyzji może spowodować, że tracimy życie i zaczynamy grę od początku. Bardzo szybko znudziło mnie zaczynanie od nowa i powiem wprost, że zaczęłam oszukiwać: zwyczajnie udawałam, że po śmierci powróciłam do tego samego miejsca i kontynuowałam grę. Myślę, że po prostu przyjęłam niewłaściwą taktykę co do tego komiksu. Wymagał on wiele skupienia i skoncentrowania, a ja wzięłam się do niego z nastawieniem, że nie będę musiała za bardzo wytężać mózg. Mimo tych wielu porażek, podobała mi się fabuła, a poza tym, im większa trudność, tym większa radość z wygrania.

Na koniec jeszcze parę słów podsumowania. Pierwszą rzeczą, na jaką trzeba się przygotować przed grą, to kartkowanie. Dużo kartkowania. Kadry odwiedzamy absolutnie nie po kolei, więc często trzeba latać z początku na koniec. Drugą rzeczą, nad którą warto się zastanowić, jest regrywalność. Dopóki przechodzimy grę po raz pierwszy, fajne jest to, że możemy zacząć od różnych miejsc i podjąć różne akcje. Jednak osobiście już po przejściu gry nie chce mi się do niej wracać, żeby osiągnąć wyższy wynik, bo ostatecznie i tak dąży się do tego samego. Mam teraz jakieś takie wrażenie, że w tej recenzji więcej krytykowałam niż chwaliłam, więc chcę wyraźnie zaznaczyć: nie czuję, żebym straciłam na tych komiksach paragrafowych czas. Przeciwnie, chociaż zdarzały się trudniejsze momenty, zawsze brnęłam dalej, bo taka rozrywka sprawiała mi przyjemność. Dlatego zachęcam wszystkich, którym wydaje się, że coś takiego może trafić w ich gusta, by spróbowali na własnej skórze. Jeśli nie te komiksy — to inne. Sama też nie mogę się już doczekać kolejnych i na pewno zrecenzuję je na blogu.

Macie jakieś doświadczenie z komiksami pararafowymi?
72. „Harry Potter. Podróż przez historię magii” | Różdżki i rękopisy

72. „Harry Potter. Podróż przez historię magii” | Różdżki i rękopisy


Tytuł: Harry Potter. Podróż przez historię magii
Tytuł oryginalny: Harry Potter. A Journey Through a History of Magic
Autor: zbiorowe
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 144

O tym, że Harry Potter doprowadził do powstania jednego z największych fandomów, nie trzeba nikogo przekonywać. Mimo że od wydania pierwszej części minęło już sporo lat, ten cykl nadal cieszy się ogromnym zainteresowaniem: ciągle powstają nowe gadżety, filmy, nawet sztuki teatralne, no i oczywiście kolejne książki. Jedną z nich jest Podróż przez historię magii, która została wydana z okazji wystawy zorganizowanej przez Bibliotekę Brytyjską, której przyczynkiem była 20. rocznica istnienia Harry'ego Pottera na rynku wydawniczym. Książka, którą kupiłam, bo sama będąc jego fanką, nie mogłam tego nie zrobić.


Jest to tak naprawdę album i jego głównym zadaniem jest zaprezentowanie przedmiotów ze wspomnianej wystawy na papierze. Przyznam, że aż do jego otworzenia nie bardzo wiedziałam, co w nim znajdę. Być może też macie taki problem — dlatego zaraz opowiem wam dokładnie, co się tam dokładnie znajduje. Książka ma oczywiście nietypowy format i została wydana na kredowym papierze, a jeśli chodzi o treść, to została ona podzielona na kilka działów, odnoszące się w większości do różnych dziedzin związanych z magią, a inaczej po prostu konkretnych przedmiotów, która można znaleźć w planach lekcji uczniów Hogwartu. W działach znajdują rozdzialiki zajmujące jedną-dwie strony, opisujące poszczególne eksponaty, i są one naprawdę zróżnicowane. Mamy tu zarówno notatki Rowling, na przykład rękopisy scen czy odręczne szkice i rysunki postaci (nie miałam pojęcia, że robiła coś takiego i miło było to zobaczyć), ale również historyczne ryciny i przedmioty niezwiązane bezpośrednio z cyklem, tylko mające jakiś związek z magią — chociaż jakieś odniesienie do nich możemy w nim znaleźć. Są to astrolabium, korzeń mandragory, karty wróżebne i tym podobne. Temu wszystkiemu towarzyszą komentarze objaśniające, sporo cytatów z serii, metryczki nauczycieli, ciekawostki i proste zadania do wykonania samemu. Na końcu chciałam powiedzieć jeszcze o wspaniałych ilustracjach Jima Kaya, które stanowią moją ulubioną część Podróży przez historię magii i są przepiękne.


Tutaj dochodzę do najważniejszej sprawy, jaką chciałam poruszyć w tej opinii — to nie jest pozycja do czytania, tylko do oglądania. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko; ilustracje, jak już napisałam, kradną show i sprawiają, że czytelnik czuje się jakby, naprawdę trafił na chwilę znów do magicznego świata. Zastanawiam się tylko, ile z nich zostało po prostu przeniesionych z ilustrowanych wydań podstawowych książek serii. Eksponaty też są dość ciekawe, ale mają głównie lakoniczne opisy nierzadko konstatujące oczywiste rzeczy, więc nie ma tu zgromadzonej jakiejś wielkiej wiedzy. Rubryczki z zadaniami do zrobienia zdradzają, że ten dodatek jest skierowany w dużej mierze do dzieci; takie wrażenie daje też wiele ciekawostek. Poza tym niektóre z nich, podobnie jak metryczki nauczycieli, zdają się jedynie przypominać o pewnych faktach z uniwersum... o których będzie wiedział każdy, kto przeczytał Harry'ego Pottera. Mimo wszystko fani na pewno znajdą tu trochę smaczków i pokontemplują fantastyczną oprawę graficzną. Dlatego biorąc to wszystko pod uwagę, mam bardzo duży problem z ocenieniem tej pozycji i ostatecznie ani jej nie polecam, ani nie odradzam.

Można by się zacząć zastanawiać, jakie dodatki do serii w ogóle powinny być wydawane. Zdarzają się takie, które poszerzają perspektywę czytelnika i odkrywają nowe fakty, a inne to jawny skok na kasę. Na szczęście aż tak drastycznie nie jest w przypadku Podróży przez historię magii, choć nie ukrywam, że po pewnych poprawkach mogłaby być lepsza.
Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee

Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee


Tytuł: Upadek Hyperiona
Tytuł oryginalny: The Fall Of Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperiontom: 2
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 611
Moja ocena: 8,5/10

Czy Upadek Hyperiona przewyższa poprzednią część? Myślę, że najlepiej będzie powiedzieć, że trochę się od siebie różnią. Hyperion był bardzo równy, imponował mi klimatem i tajemniczością i służył głównie wprowadzeniu do wydarzeń. Kontynuacja z kolei miała swoje lepsze i gorsze momenty: już nie było w niej tego szkatułkowego zabiegu, który wcześniej sprawił, że stale na nowo rozbudzało się moje zainteresowanie historią, a przez to tutaj mniej więcej do połowy miałam wrażenie, że akcja nie bardzo posuwa się do przodu. Brakowało mi tej różnorodności, którą otrzymałam od relacji poszczególnych bohaterów. Natomiast kiedy pewne rzeczy zaczęły się wyjaśniać, kiedy autor zaczął powoli odkrywać, o co w tym wszystkim chodzi, byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego, jak Simmons umiejętnie połączył rozważania filozoficzne, religijne, a nawet ekologiczne z pytaniami o naturę człowieka i przyszłość ludzkości. Wszystko to jest ściśle związane z wymyśloną przez niego wizją świata; jest ona niezwykle obrazowa i frapująca. Zdecydowanie warto przedrzeć się przez ten średnio zachęcający początek dla takiego rozwinięcia. Muszę jednak zwrócić uwagę, że lekko zawiodły mnie niektóre rozwiązania, które okazały się zbyt proste. Mimo to Hyperion jako cykl jest niezwykle inteligentną opowieścią dostarczającą nie tylko rozrywki, ale też podstaw do przemyśleń na temat naszej teraźniejszości i przyszłości.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona

Tytuł: Mówczyni
Tytuł oryginalny: The Speaker
Autor: Traci Chee
Tłumaczenie: Nina Wum
Seria: Morze Atramentu i Złotatom: 2
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 536
Moja ocena: 6/10

Mam wrażenie, że na polskim rynku Morze Atramentu i Złota prześlizgnęło się niemal niezauważenie. Po lekturze Czytelniczki trochę nad tym ubolewałam, bo wydawało mi się, że wiele osób mogło przeoczyć całkiem interesującą trylogię dla młodzieży, a przecież w obecnym zalewie książek wszelkiej maści trudno wyłowić te najbardziej wartościowe. Jednak kontynuacja przyniosła ze sobą lekki zawód. Przede wszystkim opowieść częściowo straciła dla mnie swój baśniowy klimat, a zaczęła mocniej razić schematycznością. Niestety, ale coraz rzadziej jestem w stanie docenić powieści młodzieżowe, bo im więcej ich czytam, tym częściej dostrzegam szablony, jakimi posługują się pisarze. W końcu o czym właściwie jest ten drugi tom? Sefia i Łucznik postanawiają skończyć z ukrywaniem się i zacząć działać — chcą rozprawić się z Impressorami i rozbić siatki zajmujące się porywaniem chłopców przy pomocy przepowiedni. Czyli po raz kolejny głównym motywem jest przemoc i walka uciśnionych z uciskającymi oraz proroctwa naprowadzające bohaterów na właściwie tory. Taka formuła, przynajmniej w moim przypadku, przestała być angażująca. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest absolutnie nudna; Traci Chee odsłania przed nami kolejne tajemnice i w niektórych przypadkach również rozwiązania, co przyczynia się do lepszego zrozumienia stworzonego przez nią świata, a „perspektywa piracka” nadal jest jednym z lepszych wątków. Podobało się też pogłębienie psychologiczne postaci (w porównaniu do pierwszej części), chociażby Łucznika, którego postać zyskała trochę więcej wymiaru. Problem w tym, że to nie wystarcza, by wybić się ponad przeciętność, i Mówczyni raczej nie zostanie w mojej głowie na długo.

1. Czytelniczka | 2. Mówczyni
Po godzinach #12 50 książek, które chcę przeczytać w 2019 roku

Po godzinach #12 50 książek, które chcę przeczytać w 2019 roku


W zeszłym roku wymyśliłam sobie wyzwanie, które zmobilizowałoby mnie do przeczytania książek, które już jakiś czas miałam w planach przeczytać. Wyszło całkiem nieźle, bo faktycznie udało mi się w końcu sięgnąć po książki, na które jakoś nigdy nie było czasu, więc chętnie będę je kontynuować w tym roku. Parę tytułów wzięłam z tych, które zostały mi z ostatniego razu, większość jednak jest nowa. Jedna książka jest szczególna — Paragraf 22 chcę przeczytać po raz drugi, bo za pierwszym razem zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Koniecznie napiszcie, czy przeczytaliście któreś z tych książek i co o nich sądzicie; a może dzielimy niektóre plany czytelnicze? Czy wolicie robić inny typ wyzwań?

Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger