67. „Moja walka. Księga 1” — Karl Ove Knausgård | Szczerze o sobie samym

67. „Moja walka. Księga 1” — Karl Ove Knausgård | Szczerze o sobie samym


Tytuł: Moja walka. Księga 1
Tytuł oryginalny: Min kamp. Første bok. Roman
Autor: Karl Ove Knausgård
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Seria: Moja walka; tom: 1
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 547
Moja ocena: 7/10

Moja walka — czyli powieść autobiograficzna okrzyknięta fenomenem literatury norweskiej i światowej; porównywana do W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta; ma również swoich przeciwników, którzy w tym sześciotomowym cyklu nie znajdują nic wartego uwagi. Autor w swoim dziele odważnie opowiada o rodzinie, a zwłaszcza ojcu, będącym, jak się zdaje, pretekstem do jego napisania.

Na pewno interesującą kwestią jest to, skąd biorą się tak totalnie skrajne opinie o książce. Jak to możliwe, że jedni widzą w niej arcydzieło, podczas gdy dla drugich stanowi od początku do końca stratę czasu? Moim zdaniem to forma, ostateczny kształt tej powieści sprawia, że po prostu nie może ona spodobać się wszystkim. Knausgård przyjął sobie za narrację opowiadanie o luźno powiązanych ze sobą epizodach ze swojego życia. Nie sili się na budowanie napięcia, chociaż przez długi okres wstrzymuje się z wyjawianiem kluczowych informacji i rzuca jedynie ich strzępki, skazując czytelnika na domysły; czas płynie tu bardzo wolno, a wrażenie to jest zbudowane na bardzo dokładnym oddawaniu rzeczywistości, przepełnionym niekoniecznie istotnymi szczegółami. Dlatego doskonale rozumiem, kiedy ktoś nazywa tę powieść nudną. Ale nie zgadzam się, że jest to powieść o niczym.

Czytanie jej jest jak otrzymanie zaproszenia do prywatnego świata autora, jak przyzwolenie na szpiegowanie zza firanki, za to z lornetką w ręce. W nieco ponurej, szarej scenerii Norwegii i Szwecji Knausgård odkrywa przed nami swoje spojrzenie na rzeczywistość oraz relacje z rodziną, znajomymi i samym sobą. I być może w tym tkwi przyczyna sukcesu Mojej walki – podoba nam się bycie takimi szpiegami, spoglądanie przez ramię na coś, co składa się na sferę cudzej prywatności, śledzenie wewnętrznych dramatów. Zapiski mężczyzny są jak wyznanie, które musi z siebie wylać, a pisarstwo traktuje jako sposób na uporządkowanie myśli i rozprawienie się z osobistymi sprawami: młodzieńczymi ideałami, porażkami i sukcesami na polu towarzyskim, a wreszcie skomplikowanymi stosunkami z ojcem alkoholikiem, starszym bratem podążającym zawsze własną ścieżką, nieobecną matką i zdystansowanymi dziadkami. Właśnie to żywe przedstawienie psychologii codziennego życia — ubrane w niebanalne metafory i spostrzeżenia — sprawia, że książka jest tak interesująca mimo przesady w rozdrabnianiu się na temat najprostszych czynności.

Zarazem nie da się uciec przed zadaniem sobie pytania — czy w tej historii jest coś szczególnego? Podejrzewam, że każdy z nas mógłby napisać swoją powieść autobiograficzną, i że nasze historie nie byłyby wcale mniej ciekawe. Dlatego warto zapamiętać: lektura Mojej walki będzie jedynie ucieczką z codzienności w codzienność.

1. Księga 1 | 2. Księga 2 | 3. Księga 3 | 4. Księga 4 | 5. Księga 5 | 6. Księga 6
Podsumowanie lipca 2018

Podsumowanie lipca 2018


Ostatnie (a zarazem pierwsze) podsumowanie miesiąca wyszło nieźle, więc chyba będę kontynuować ten format. Zwłaszcza, że w tych wakacyjnych miesiącach jest co pokazywać! I tak jak w czerwcu przeczytałam 11 książek, w lipcu udało mi się dobić do 12. Tak naprawdę jestem trochę zaskoczona, bo nie miałam ostatnio zbyt dużej ochoty na czytanie i niestety to się nadal utrzymuje. Nie pomaga mi fakt, że na półce czekają same opasłe i poważne tomiszcza.

W każdym razie lipiec uważam za w miarę udany, mimo że nie udało mi się za bardzo zrealizować mojego szkolno-powtórkowego planu. Za to trafiłam na parę świetnych lektur, o których chcę wam teraz pokrótce opowiedzieć. Bardzo chętnie poczytam, co u was ostatnio się działo — możecie napisać w komentarzach albo zostawić linki do podsumowań. :)

Najlepsze książki:
Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni, Alan Bradley, 💘💘💘💘💘💘💘💘💘💘
Hyperion, Dan Simmons, 💘💘💘💘💘💘💘💘1/2


Najgorsza książka:
Katedra w Barcelonie, Ildefonso Falcones, 💘💘💘💘💘


Co przeczytałam w lipcu:

1. Trzeci klucz, Jo Nesbø, 7,5/10
Powoli, ale konsekwentnie zabieram się za kolejne tomy z kryminalnej serii z Harrym Holem. Czwarta część podobała mi się trochę bardziej niż trzecia, ale wciąż nie była tak dobra jak dwie pierwsze. Dużą ich zaletą była nieprzewidywalność, a tutaj zdecydowanie mi tego zabrakło. A może po prostu zagadki w Oslo nie są tak ciekawe jak w egzotycznych krajach jak Tajlandia czy Australia.

2. Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni, Alan Bradley, 10/10
Nie wiem czy książce z cyklu Flawia de Luce mogłabym dać inną ocenę. Bardzo obawiałam się tego, czy ten tom, którego fabuła jest obsadzona w zupełnie innej scenerii niż poprzednich, dorówna poprzednikom. Po raz kolejny okazało się, że sama obecność Flawii jako bohaterki sprawia, że lektura jest fantastyczna. Jak ja się dobrze bawiłam przy tej książce!

3. Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, 8/10
Jest to kolejny bardzo poruszający reportaż, jaki przeczytałam. Autorka w świetny, interesujący sposób przybliża przeszłość i teraźniejszość amerykańskiej organizacji, która większości kojarzy się jednoznacznie. Jak to się stało, że nadal żyje i ma się dobrze — a na pewno lepiej, niż byśmy chcieli? Często zdenerwowana przerywałam czytanie, żeby poświęcić się rozmyślaniom nad społeczeństwem, jakie zbudowaliśmy. A przy tym warto zaznaczyć, że Surmiak-Domańska nie patrzy na sprawę wyłącznie z jednego punktu i przedstawia argumenty obu stron konfliktu.

4. Katedra w Barcelonie, Ildefonso Falcones, 5/10
Moje kolejne średnio udane spotkanie z literaturą historyczną. Historia zaczęła się naprawdę dobrze, zaledwie po kilku stronach wciągnęła mnie i sprawiła, że przeżywałam wydarzenia razem z postaciami. Niestety po pewnym czasie wszystko zaczęło się powoli sypać. Lektura zaczęła nużyć, a mnie denerwowało to, że postacie były tak płaskie i wyraźnie przyporządkowanie jasnej albo ciemnej stronie mocy; dzięki uprzejmości autora zawsze wiedziałam, kto jest zły i brzydki, a komu mam współczuć. Do tego książka zawiodła mnie stylistycznie: oczekiwałam epicko napisanej powieści, a tymczasem tekst jest niemal pozbawiony metafor i innych środków, dzięki którym przedstawiony świat stałby się bardziej namacalny; mamy tylko opisy kolejnych wydarzeń, podanych niemal jak kawa na ławę.

5. Hyperion, Dan Simmons, 8,5/10
Wszystko na temat tej książki opisałam w [recenzji].


6. Jesteś tylko diabłem, Joe Alex, 8/10
To był jeden z tych rzadkich strzałów, przy których biorę książkę z biblioteki bez wcześniejszej wiedzy na jej temat. Tym razem znowu mi się to opłaciło — niemal zarwałam dla niej noc! Intryga niesamowicie mnie wciągnęła, była zaskakująca, a wykorzystanie motywu diabła, który spaja całą opowieść, chyba nie mogło zostać lepiej zrobione. Jeśli szukacie dobrego kryminału w stylu Agathy Christie, to jest coś dla was.

7. Służące, Kathryn Stockett, 8/10
I znowu książka o tematyce rasowej, ale w zupełnie innym klimacie. Sięgnęłam po nią, bo jakiś czas temu obejrzałam film na jej podstawie, który bardzo mi się spodobał. Powieść zrobiła na mnie co najmniej tak samo dobre wrażenie. Dzięki lekkiej formie niezwykle przyjemnie się czyta, mimo że porusza poważny problem. Postacie są tak barwne i intrygujące, że ich losy śledzi się z czystą ciekawością. Zdecydowanie polecam.

8. Najlepszy kraj na świecie, Nina Witoszek
A teraz coś, na temat czego nie mam sprecyzowanej opinii. Po prostu zupełnie nie tego się spodziewałam. Nie jest to typowy reportaż na temat Norwegii, właściwie daleko mu do tego. Najlepszy kraj na świecie to intelektualna analiza kultury Norwegii na zderzeniu historii, socjologii i literatury. Z naciskiem na „intelektualna”. I jeszcze na „historii, socjologii i literatury”. Nie czuję się jeszcze na tyle mądra, żeby oceniać tę książkę, chociaż na pewno mogę powiedzieć, że miała parę ciekawszych momentów.

9. Modyfikowany węgiel, Richard Morgan, 6/10
Zachęcona Hyperionem, sięgnęłam po kolejną powieść science-fiction. Niestety ona już tak nie przypadła mi do gustu. Owszem, zgodzę się, że kreacja świata stoi tu na wysokim poziomie, ale zawiodłam się na fabule. Liczyłam na fascynujące śledztwo w sprawie śmierci niejakiego Bancrofta, a w rzeczywistości wyglądało to mniej więcej tak: Kovacs tu gdzieś się z kimś pobił, tam ktoś go uwięził, gdzieś indziej spędził upojną noc; w tym czasie wątek Bancrofta jakby poszedł w odstawkę — efekcie przez większość lektury śledztwo stoi w miejscu. Do tego bohaterowie za bardzo mnie nie obchodzili. No cóż, liczyłam na więcej.


10. Testament, Remigiusz Mróz, 6,5/10
Odkryłam, że przyjemnie się słucha wieczorem przed spaniem audiobooków książek Mroza. Krzysztof Gosztyła wyciąga z tej historii to, co najlepsze! W każdym razie, pamiętam ekscytację, jaką czułam, gdy czytałam Kasację — miałam poczucie, że to coś zupełnie nowego, te brudne prawnicze gierki, ta bezkompromisowa postać Chyłki, ten humor... Przy tej siódmej części naszła mnie refleksja, że staje się to coraz bardziej wtórne i nie sprawia mi takiej radości jak kiedyś. Zastanawiam się, ile jeszcze powstanie materiału na temat pary Zordona i Chyłki — bo wolałabym, żeby było tego mniej, a lepszej jakości.


11. Język – narzędzie kultury, Daniel Everett, 8/10
To była bardzo fajna pozycja popularnonaukowa odnośnie lingwistyki i tego, jak się ma kultura do języka (i na odwrót). Napisana przystępnym stylem, na pewno przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy, tak jak ja, mają jakieś zainteresowanie w tej dziedzinie.

12. Jaśnie pan, Jaume Cabré, 7/10
No i w końcu ostatnia książka lipca, czyli klasyka katalońskiej literatury. Oceniam ją pozytywnie, bo spodobał mi się sposób, w jaki autor przedstawił Barcelonę, to jak pokazał powszechne zepsucie i rozpustę, nadając temu miastu nowy historyczny rys. Wszystkie postacie były żywe i interesujące, zwłaszcza tytułowy bohater, ale mimo wszystko ta historia nie złapała mnie za serce. Na pewno jednak spróbuję innych książek Cabré.


Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy wytrwali do tego momentu. Tak na zakończenie wstawię jeszcze piosenkę, która zdominowała mój lipiec. Aha, i jeśli następnego postu nie będzie, to znaczy, że permanentnie rozpuściłam się z gorąca. Smutek.

Po godzinach #23 Seriale, które oglądam (lub oglądałam), część 3.

Po godzinach #23 Seriale, które oglądam (lub oglądałam), część 3.


Przyszedł czas, bym po raz kolejny podzieliła się z wami moimi opiniami na temat kilku seriali, które ostatnio oglądałam, a są to: Lucyfer, Brooklyn 9-9, Biuro oraz The End Of The F***ing World. Jak zwykle, będzie w miarę różnorodnie. Zachęcam też was do podzielenia się waszymi odkryciami — starszymi i nowszymi.


1. Lucifer / Lucyfer
Pamiętam, że wpadła mi w oko telewizyjna reklama Lucyfera i właśnie wtedy zainteresowałam się tym serialem. Powstał na podstawie komiksu Neila Gaimana i opowiada o postaci Lucyfera, któremu znudziła się posada w Piekle, więc przybywa na Ziemię, by poświęcić się niekończącym się hulankom. Spotkanie policjantki, która zdaje się odporna na jego czar, kompletnie zmienia bieg jego życia. W tamtym momencie trwała przerwa między drugim a trzecim sezonem. Na jednym odcinku oczywiście się nie skończyło i bardzo szybko wciągnęłam się w resztę tej produkcji. Niestety mam wrażenie, że im dalej w las, tym było gorzej. Na początku byłam zachwycona humorem, ciekawym wykorzystaniem wątków biblijnych i fantastycznych, potraktowanych raczej w luźny sposób oraz tym, w jaki sposób rozwijała się fabuła; potem zrobiła się z tego przeciętna cop-drama, a twórcy w bardzo irytujący sposób zostawiali pewne wątki, by potem już do nich nie wrócić. Dlatego początkową informację o kasacji serialu przyjęłam w miarę spokojnie, a teraz, gdy już wiadomo, że kolejny sezon powstanie, zastanawiam się, czy kontynuować oglądanie. No, na pewno zobaczę, jak wybrnęli z tego cliffhangera na koniec trzeciego sezonu, ale jak będzie dalej, to nie wiem.


2. Brooklyn Nine-Nine / Brooklyn 9-9
A teraz coś, co chyba mogę nazwać serialem mojego życia. Historia o policjantach z posterunku na Brooklynie absolutnie skradła moje serce. Mam wyliczyć, co mi się w nim tak podoba? Proszę bardzo: fenomenalny humor, który potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanych momentach; fantastyczni bohaterowie, których jest sporo, ale każdy z nich jest barwny i wyjątkowy; gra aktorska, bo widać, że aktorzy z ogromną pasją i sercem podchodzą do odtworzenia swojej postaci; ciekawe pomysły na odcinki, w tym powtarzające się motywy (np. Halloween, Doug Judy); kręcenie kamerą „z ręki”, za czym przepadam i w końcu może lekko nieoczywista różnorodność, jaką oferuje ten serial: jest w nim miejsce na radość i smutek, tematy poważne i niepoważne, przekraczanie granic i urok. Och, no i zapomniałabym o ścieżce dźwiękowej w stylu Peralty... Kiedy Fox ogłosiło zakończenie serialu, było mi bardzo przykro, ale na szczęście NBC go przejęło i mam tylko nadzieję, że przez to nie straci na jakości. Kocham tę ekipę i włączając kolejny odcinek Brooklyn 9-9 czuję się, jakbym wracała do domu.


3. The Office / Biuro
Pod wieloma względami moje uczucia co do The Office są podobne do numeru drugiego z tej listy. Po małym researchu dowiedziałam się, że jeden z twórców Brooklyn 9-9 pracował wcześniej nad tym właśnie serialem oraz Parks&Recreation. Oba mają formę mockumentu, a więc i format kamery „z ręki”, który, jak już mówiłam, lubię. Postanowiłam, że sprawdzę, czy i te produkcje mi podejdą. Parks&Rec jeszcze przede mną, za to obejrzałam już parę sezonów Biura i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jeden z najlepszych seriali komediowych, jakie powstały. Nie jestem może znawcą, ale wydaje mi się, że trudno by było przebić jego geniusz. Przyznam, że z początku byłam sceptyczna — bo i co ciekawego można stworzyć, mając za miejsce akcji położoną w niewielkim miasteczku filię firmy zajmującą się sprzedażą papieru? Okazało się, że bardzo dużo. Przede wszystkim Steve Carell wcielający się w główną postać, szefa Michaela Scotta, to mistrzostwo świata. Ale nie tylko on robi tu dobrą robotę, bo właściwie każdy z bohaterów ma swój charakter i z każdego można się pośmiać. No właśnie — znowu muszę wspomnieć o tym, jak serial kupił mnie swoim niebanalnym poczuciem humoru. Mam wrażenie, że sytuacje z Biura to totalnie inny stan umysłu. Uwielbiam jego niesamowity klimat i kultowe teksty i już nie mogę się doczekać, kiedy go skończę i... zacznę oglądać od nowa. ;)


4. The End of the F***ing World
Na koniec zostawiłam świeżynkę, czyli serial Netflixa, który wyszedł jakoś tak prawie że ukradkiem, a potem, a przynajmniej takie mam wrażenie, zrobił się na niego ogromny boom i zyskał rzesze fanów. Czy i ja do nich należę? Tu mogę was zaskoczyć, ale nie. Problemy z TEOTFW miałam od samego początku. Niedługo po premierze włączyłam sobie na próbę pierwszy odcinek i szczerze mówiąc, że nie miałam zamiaru go kontynuować. Po zachętach ze strony znajomych mówiących o tym, że potem robi się zdecydowanie lepiej, bo zaczyna się prawdziwa akcja, dokończyłam serial za jednym posiedzeniem i tak na dobrą sprawę moje zdanie nie za bardzo się zmieniło. Po prostu mam wrażenie, że ten serial jest tak bardzo obliczony na to, żeby wcelować się w target, że wszelkie żarty są tak sztuczne, że nie jestem w stanie go polubić. To znaczy niby wiem, że każdy show tak ma, że jego głównym zadaniem jest zarobienie kasy, ale w tym przypadku jakoś szczególnie rzucało mi się to w oczy. Poza tym nastoletnie dramaty i bunty niespecjalnie mnie interesują, więc może tu leży główna przyczyna tego, że nie potrafiłam zidentyfikować się z bohaterami i bardziej się wciągnąć.

To by było na tyle. Dajcie znać, czy znacie te seriale albo co aktualnie oglądacie — jestem bardzo ciekawa waszych opinii. A następna część już w przygotowaniu. :)
66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...

66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...


Tytuł: Hyperion
Tytuł oryginalny: Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperion; tom: 1
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 624
Moja ocena: 8,5/10

Nachodzi was czasem takie uczucie dotyczące jakiejś książki, którą od dawna niby chcecie przeczytać, ale jakoś nigdy nie możecie się do tego zabrać, że koniec odwlekania, to już jest ten czas? Ja tak właśnie miałam z Hyperionem. Ponieważ opis wydawcy niewiele mi mówił, niewiele wiedziałam o tej książce poza tym, że zbiera bardzo dobre recenzje. Po lekturze mogę stwierdzić, że chyba nie tego się spodziewałam — ale to nie szkodzi, bo i tak przerosła moje oczekiwania.

Znajdujemy się w dalekiej przyszłości — ludzkość opanowała część kosmosu, stworzyła nowe struktury polityczne i rozsiała się po Wszechświecie. Razem z tym przyszedł oczywiście niesamowity postęp technologiczny i nowe możliwości dotyczące chociażby zdrowia czy przemieszczania się. Sytuacja jednak nie jest stabilna, bo zbliża się wojna międzygalaktyczna, a w wyniku niejasnych powiązań z tą sprawą wybranych zostaje siedmioro ludzi: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Kapitan, Detektyw oraz Konsul, którzy muszą odbyć pielgrzymkę do jednego z najdziwniejszych miejsc, jakie znają – czyli Hyperiona.

Sama nie wiem, od czego powinnam zacząć. Może od tego, co najbardziej rzuca się w oczy podczas czytania, a mam tu na myśli świat, w jaki od samego początku bez słowa wyjaśnienia wrzuca nas Simmons. Rozmach, z jakim autor skonstruował swoją wizję, sprawia, że niełatwo od razu wciągnąć się w lekturę. Jesteśmy bombardowani nieznanymi słowami wynalazków i idei powszechnych w tym uniwersum. Stopniowo jednak większość rzeczy się wyjaśnia; wtedy można już zająć się podziwianiem pomysłowości i kunsztu, z jakimi wszystkie jego elementy zostały połączone. Ciekawych jest kilka tysięcy lat historii, które nas od niego dzielą, ciekawa jest polityka i ciekawa jest nowoczesna technika – jednym słowem, cała kultura. Dużo pojęć pozostaje w strefie niedopowiedzeń, ale cóż, to dopiero pierwsza część cyklu, więc wierzę, że jeszcze zdążą się wyjaśnić. Z drugiej strony, myślę, że to może być cecha charakterystyczna dla Hyperiona, takie pozwalanie na to, by czytelnik zastanawiał się nad niejasnościami i sam spróbował dopowiedzieć sobie, co trzeba.

To wszystko zamknięte jest w nietypowej formie — powieści szkatułkowej. Fabuły nie stanowi tylko akcja, bo większą jej część zajmują wspomnienia, opowieści snute przez pielgrzymów i w pewnym stopniu wyjaśniające ich rolę w peregrynacji. Bardzo przypadł mi do gustu ten zabieg, bo mając za protagonistę po kolei różne osoby, mogłam spojrzeć na świat z różnych perspektyw i poznać osobne historie, a każda była unikalna i skupiała się na innych aspektach życia w Hegemonii. Dan Simmons nadał każdemu z bohaterów indywidualny głos, przez co opowieści różnią się narracją i stylem. Pozwoliło to na głębokie wejście w skórę postaci i muszę przyznać, że chociaż czytelnik w pewnym momencie odgaduje, co jest wspólnym mianownikiem wszystkich retrospekcji, i tak są one cholernie wciągające.

Prozę Simmonsa określiłabym jako mocną i w jakimś sensie bezkompromisową. Przynajmniej na mnie zrobiła takie wrażenie; bohaterowie nie byli oszczędzani, zaś obrazowość przedstawianych wydarzeń nie raz wywołała u mnie ciary. Za jedyną wadę mogę uznać jedynie fakt, że Hyperiona nie czytało mi się jakoś szczególnie dobrze. Niby językowo jest okej, ale i tak do końca czułam, że styl jest przyciężkawy. A skoro już o końcu mówimy — nie mogę wybaczyć autorowi zakończenia. Tyle denerwowania się, tyle siedzenia jak na szpilkach w oczekiwaniu na rozwiązanie tej całej historii — a on zakończył to TAK?!

Gatunkowo Hyperion to przede wszystkim science-fiction pomieszane z horrorem religijnym, a znajdą się też wątki sensacyjne i nawet preteksty do rozważań filozoficznych. Ogólnie rzecz biorąc, zrobił na mnie ogromne wrażenie i gdyby nie fakt, że moją bibliotekę zamknęli na ponad miesiąc, szybko pobiegłabym tam po następną część.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona
Minirecenzje #12 „Tancerze burzy” — Jay Kristoff, „Czytelniczka” — Traci Chee

Minirecenzje #12 „Tancerze burzy” — Jay Kristoff, „Czytelniczka” — Traci Chee


Tytuł: Tancerze burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Autor: Jay Kristoff
Tłumaczenie: Paulina Breiter-Ziemkiewicz
Seria: Wojna lotosowa; tom: 1
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 480
Moja ocena: 8/10

Szczerze obawiałam się Tancerzy burzy. Jeśli na coś jest hype, to zwykle albo okazuje się naprawdę dobre, albo odwrotnie: wychodzi z tego niewypał. Na szczęście Jay Kristoff mnie nie zawiódł i stworzył coś, co przeczytałam z wielką przyjemnością i przy czym po prostu dobrze się bawiłam. Autor zabiera nas w fikcyjny świat inspirowany mitologią japońską, ale z lekkim podrasowaniem. Dlatego oprócz opowieści o mitycznych yōkai, z legendarnym arashitorą na czele, oraz odtworzenia japońskich zwyczajów i kultury (mimo że w tekście znajduje się sporo japońskich słów, wcale nie uważam, żeby to przytłaczało), fabuła jest zbudowana wokół jeszcze jednego elementu — krwawego lotosu, czyli rośliny, która dla tego świata jest niczym para dla steampunku, soma dla antyutopijnego społeczeństwa Huxleya i dezodorant w sprayu dla środowiska jednocześnie.

To chyba właśnie konstrukcja tej osobliwej, egzotycznej przestrzeni, łącząca w sobie twórcze i odtwórcze części, najbardziej przypadła mi do gustu i sprawiła, że niemal nie mogłam się oderwać od lektury. Oryginalny pomysł jest bardzo ważny w literaturze młodzieżowej i fantastyce, a tutaj właśnie z tym się spotykamy. Co prawda zdarzają się fabularne schematy, ale całość jest na tyle strawna, że wcale nie przeszkadzają. Postacie powołane do życia przez Kristoffa nie są płaskie, ale zdecydowanie mogłyby być bardziej dopracowane, na pochwałę zasługuje jednak relacja rozwijająca się pomiędzy główną bohaterką a pewnym dużym zwierzakiem. Dużo dobrego tej książce zrobił też delikatnie poetycki, plastyczny język, dzięki któremu historia nabrała kolorów i kształtów. Nie muszę pisać więcej, żeby polecić Tancerzy burzy, to po prostu świetne otwarcie trylogii.

1. Tancerze burzy | 2. Bratobójca | 3. Głosząca kres

Tytuł: Czytelniczka
Tytuł oryginalny: The Reader
Autor: Traci Chee
Tłumaczenie: Nina Wum
Seria: Morze Atramentu i Złota; tom: 1
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 472
Moja ocena: 8/10

Tak jak pisałam w ostatnim book haulu, zupełnie przypadkowo wyhaczyłam tę książkę (mimo okropnej okładki), ale w tym przypadku absolutnie nie żałuję, że to zrobiłam, bo jest naprawdę niesamowita. Opowiada o Sefii, dziewczynie, która planuje pomścić śmierć swoich rodziców i opiekunki, a w czasie swojej wędrówki spotyka tajemniczego chłopca i odkrywa magię płynącą z niezwykłego przedmiotu oddanego jej na przechowanie. Na początku historia wydała mi się dość schematyczna, ale szybko okazało się, że wyróżnia się na tle innych młodzieżówek - jest wciągająca, a  świat wykreowany przez autorkę naprawdę mi się podoba.

Przede wszystkim zauroczyła mnie ta lekko baśniowa warstwa, ta „subopowieść”, czyli wątek piracki, który jak dla mnie okazał się zdecydowanie najfajniejszą częścią książki oraz pewne szczególiki dotyczące wydania, które umilają lekturę (powiem jedno —warto zwracać uwagę nie tylko na główny tekst, ale i jego... otoczenie). Do tego do końca nie udało mi się rozgryźć narracji związanej z Biblioteką i zaskoczyło mnie to, jak została rozwiązana jej sprawa. Kreacja postaci to tutaj jeden ze słabszych elementów, bo Sefia i Łucznik, chociaż sympatyczni, jako bohaterowie nie byli zbyt oryginalni; postacie poboczne znacznie bardziej przykuwają uwagę. Najlepsze jest to, że jest to książka o książkach i o ile nie jest to moja nadinterpretacja, niesie ze sobą piękne przesłanie dotyczące czytania i jego roli w życiu człowieka. Nie mogę się doczekać, kiedy Bukowy Las wyda kolejną część!

1. Czytelniczka | 2. Mówczyni
Podsumowanie czerwca 2018

Podsumowanie czerwca 2018


Zwykle nie robię podsumowań miesiąca, ale akurat w czerwcu przeczytałam sporo książek (aż 11), o których mogłabym wam opowiedzieć; nie dałabym jednak rady zrobić osobnych postów dla każdej z nich, dlatego uznałam, że równie dobrze mogę bardzo krótko opowiedzieć o nich za jednym zamachem.

Z informacji bardziej osobistych: to dla mnie ostatnie lato przed maturą, wiec planuję porządnie usiąść do książek, chociaż nie pomaga mi fakt, że jeszcze nie wiem, w jakim kierunku chcę pójść po skończeniu szkoły. Liczę na jakieś olśnienie, a w międzyczasie zajmę się też wyczytywaniem mojego książkowego wakacyjnego stosu (czy może lepiej: wakacyjnej sterty). Ostatni był całkiem niedawno, ale może zrobię haula, bo naprawdę jest co pokazywać.

Co przeczytałam w czerwcu:

1. Czytelniczka, Traci Chee, 8/10
O tej książce akurat zbyt wiele nie powiem, bo pojawi się na jej temat minirecenzja. Nie wdając się w szczegóły, bardzo polecam ją fanom powieści młodzieżowych i książek o książkach — to moje małe odkrycie tego roku, jeśli chodzi o młodzieżówki.

2. Niewidzialna korona, Elżbieta Cherezińska, 7/10
Powieść historyczna przeczytana na Klub Książki; mam wobec niej mieszane uczucia. Najwyraźniej jest ciężka tylko pod względem wagowym, bo czytało mi się ją dobrze i byłam miło zaskoczona brakiem pełnego patosu stylu. Historia okazała sie dość interesująca, jednak mnogość wątków sprawiła, że siłą rzeczy niektóre okazały się lepsze, a inne gorsze. Chyba bardziej przypadło mi do gustu czytanie o dworskich intrygach niż popisach na polu walki. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł z ożywieniem herbów — nie spodziewałam tego typu elementow fantastycznych. Nadal się zastanawiam, czy sięgać po inne części z trylogii.

3. Portret Doriana Graya, Oscar Wilde, 6.5/10
Zawsze czuję się trochę nieswojo, mówiąc o klasykach. Jeszcze trudniej jest, kiedy nie do końca podzielam powszechne uwielbienie. Tak jest niestety w tym przypadku. Historia związana z samym portretem jest świetna i jej nietuzinkowe skonstruowanie z płynącym z niego przesłaniem zrobiło na mnie duże wrażenie, tylko szkoda, że trochę ginie w tłoku stron zapisanych znacznie mniej interesującymi dialogami i opisami. Może i znajduje się tu doskonały obraz ówczesnej angielskiej elity, ale będąc zupełnie szczerą, nie obeszło mnie to jakoś szczególnie. Miałam wrażenie, że przez dużą część powieści nic się nie działo i dlatego trochę się zawiodłam.

4. Świat Andrzeja Fidyka, Andrzej Fidyk i Aleksandra Szarłat, 8,5/10
Ta książka ma tylko jedną wadę: jest za krótka! Fidyka poznałam za sprawą Defilady. Film siedział mi w głowie przez lata, aż w końcu postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o reżyserze, czego efektem stało się przeczytanie Świata.... W tej pozycji opowiada on krótko, ale treściwie o swoich najgłośniejszych filmach dokumentalnych, które realizował praktycznie na całym świecie i robi to w sposób lekki, ale pasjonujący. Dzięki niej możemy zobaczyć, jak wygląda świat innych kultur oraz poznać realia filmowe dzięki wskazówkom reżysera. Jeśli macie choćby śladowe zainteresowanie filmami dokumentalnymi, innymi krajami lub historią, to jest to coś dla was.

5. Sein letzter Fall, Sandra Meyer, 8/10 oraz 6. Gestern am Rhein, 7,5/10
Tutaj też nie będę się rozpisywać, bo przecież napisałam osobną recenzję tych pozycji — klik. Jeśli ktoś czuje, że chce wejść z niemieckim na trochę wyższy poziom, polecam obie książki.

7. Z nowego wspaniałego świata, Gunther Walraff, 6/10
Miałam duże oczekiwania co do tego reportażu i nie zostały one do końca spełnione. Walraff z pewnością opowiada o ważnych sprawach, czyli pogwałceniach praw pracownika i człowieka w ogóle; włos się jeży na głowie, gdy czyta się o przedstawionych zachowaniach. Ale czegoś tu zabrakło. Autor, chociaż ma oczywiście ogromne zasługi dla świata, podejmując takie tematy jak wyzysk czy rasizm i zwracając uwagę na koszmarną sytuację wielu osób, nie pisze w taki sposób, że lektura przyciąga i nie pozwala na oderwanie swoich myśli od sprawy. Jako narrator jest za bardzo przezroczysty i wykłada fakty bez pisarskiego polotu. Mimo to zachęcam do spróbowania, bo może właśnie niektóre osoby wolą takie reportaże.

8. Tancerze burzy, Jay Kristoff, 8/10
Recenzję tej książki również zachowam sobie na post z minirecenzjami, ale jak widać po mojej ocenie, darzę ją zdecydowanie pozytywnymi uczuciami.

9. Slade House, David Mitchell, 7,5/10
Po długim czasie od przeczytania Czasomierzy przyszedł czas na to, by zapoznać się wreszcie z kolejną książką tego pisarza. Z Czasomierzy pamiętam naprawdę bardzo niewiele, więc zaskoczyło mnie, że podczas tej lektury wyłapałam pewne nawiązania, bo spodziewałam sie, że to zupełnie osobna opowieść. W każdym razie była to przyjemna fantastyka, niezbyt straszna, za to z ciekawym pomysłem zarówno pod względem fabularnym, jak i konstrukcyjnym (bo mamy tu kilka łączących się ze sobą opowiadań, a linia czasowa jest dość rozstrzelona). Najlepsza część to ta, w której wszystko się wyjaśnia, więc warto doczekać tego momentu, nawet jeśli nie wciągneliście się wcześniej.

10. I cóż, że o Szwecji, Natalia Kołaczek, 7/10
Wiele razy już pisałam o moim zainteresowaniu krajami nordyckimi. Szwecjobloga zdarzało mi sie podczytywać, więc kiedy usłyszałam o Szwecjoksiążce, wiedziałam, że muszę ją zdobyć. Okazała sie naprawdę przyjemną, szybko lekturą, która obejmuje najważniejsze zagadnienia zwązane ze Szwecją. Nie jest może specjalnie odkrywcza, jeśli siedzi się w temacie, ale myślę, że każdy znajdzie dla siebie w niej coś nowego. Do tego można popatrzeć na ładne zdjęcia.

11. Morderstwa w Somerset, Anthony Horowitz, 8/10
Nie wiem, jak Horowitz to robi, że tworzy tak wciągające fabuły, że wprost oderwać się nie mogę od każdej kolejnej jego książki. Uwielbiam to, że potrafi potraktować kryminał w klasyczny sposób, ale dodać do tego jakąś innowację, tak jak w tym przypadku, kiedy czytamy dosłownie książkę w książce. Morderstwa w Somerset traktują w końcu o pisarzu, który umiera, pozostawiając po sobie ostatnią, zdaje się, niedokończoną powieść, a dzięki temu narracja płynie dwoma strumieniami. W takim ukłądzie czytelnikowi pozostają do rozwiązania właściwie dwie zagadki. Co prawda ten „wewnętrzny” kryminał z akcją w Saxby-on-Avon był ciut lepszy, bo zagadka śmierci pisarza potoczyła się mniej więcej tak, jak przewidywałam. Nie zmienia to faktu, że całość stanowi interesującą historię, a dodatkowo ucieszył mnie fakt związania fabuły z pewnymi książkowymi easter eggami, który to motyw uwielbiam.

Znacie którąś z tych książek? A jak w ogóle wyglądał wasz czerwiec i jakie macie plany na lato?
65. „Sein letzter Fall” — Sandra Meyer, „Gestern am Rhein”, czyli kryminały do nauki niemieckiego

65. „Sein letzter Fall” — Sandra Meyer, „Gestern am Rhein”, czyli kryminały do nauki niemieckiego


Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam poznawać nowe języki obce. Nigdy nie czułam, że robię to, bo muszę, tylko zawsze sprawiało mi to przyjemność. Chętnie szukam nowych metod nauki i kiedy zobaczyłam, że wydawnictwa zaczęły wypuszczać serie książek z historiami kryminalnymi przeznaczonych właśnie do uczenia się języków, uznałam to za świetny pomysł. Postanowiłam je przetestować, a że aktualnie najintensywniej pracuję nad niemieckim, sięgnęłam najpierw po Sein letzter Fall oraz Gestern am Rhein — obie są przeznaczone na poziom początkujący (A1-A2).

Tytuł: Sein letzter Fall
Autor: Sandra Meyer
Wydawnictwo: Edgard
Liczba stron: 248
Moja ocena: 8/10

Zacznę od opowiedzenia o pozycji od wydawnictwa Edgard. Struktura książki przedstawia się następująco: jest tu zawarte jedno opowiadanie podzielone na dłuższe i krótsze fragmenty — na początku mają po około jednej stronie, pod koniec dochodzi nawet do czterech stron. W tekście pogubione są trudniejsze słówka z podanymi na marginesie tłumaczeniami i fajne jest to, że tłumaczone są nie tylko pojedyncze słowa, ale też konkretne wyrażenia. Fragmenty poprzetykane są segmentami teoretycznymi i ćwiczeniowymi, to znaczy najpierw mamy ćwiczenie dotyczące rozumienia tekstu i utrwalające poznane słownictwo, potem opracowanie jakiegoś zagadnienia z gramatyki i ćwiczenia gramatyczne. Pojawia się tam również pełna lista pogrubionych słówek z ostatniego fragmentu. Na samym końcu książki znajduje się test podumowujący, słowniczek i lista czasowników nieregularnych (za to duży plus)

Tę książkę na pewno będę dobrze wspominać. Jeśli chodzi o samą historię, opowiadającą o rozwiązywaniu sprawy morderstwa byłego policjanta, przez większość czasu była umiarkowanie interesująca i chociaż zakończenie było jak dla mnie dość przewidywalne, były momenty, że naprawdę ciekawił mnie kierunek, w jakim podążało śledztwo. Nie będę zresztą oceniać tego opowiadania w zwykłych kategoriach, skoro zostało specjalnie spreparowane do tego, by uczyć się języka, a nie podziwiać walory literackie. I w tym sprawuje się znakomicie. Poziom jest odpowiednio dopasowany, przetłumaczone odpowiednie, trudniejsze słówka. Nie przeszkadza to, że pojawiają się proste zwroty dotyczące pogody i ubioru.

Super sprawą są dodatkowe ćwiczenia po rozdziałach, chociaż przyznam, że po cichu liczyłam na to, że będzie ich więcej. Są zróżnicowane, to prawda, ale jednorazowe wpisanie wyrazu do luki nie sprawi jeszcze, że zapamiętam go na dłużej. Gramatyka jak zwykle u Edgarda jest przedstawiona zwięźle i w poprawny sposób, ale trochę jest tutaj „na doczepkę”, bo nie uważam, żeby można było się porządnie jej nauczyć z tej książeczki; może raczej służyć jako przypomnienie najważniejszych tematów. Lektorka w audiobooku mówi przyjemnie, w miarę wolno i wyraźnie.

Tytuł: Gestern am Rhein
Wydawnictwo: PONS
Liczba stron: 80
Moja ocena: 7/10

Sprawa z książką od wydawnictwa PONS wygląda już trochę inaczej. Jak sam tytuł mówi, znajduje się tutaj „10 niesamowicie intrygujących opowieści po niemiecku”. Każda historia zajmuje około sześciu stron, a kilka słów ze strony opatrzonych jest przypisami z tłumaczeniem na dole. Tu również na samym końcu mamy słowniczek. I to właściwie byłoby na tyle, bo do tekstów nie mamy dołączonych już żadnych dodatkowych ćwiczeń.

W tym przypadku uważam, że historie są ciekawsze niż ta z Sein letzter Fall. Dzięki temu, że jest ich 10, są różnorodne i krótsze, przez co nie wywołują nudy. Niekoniecznie też są typowymi kryminałami — raczej mają wywoływać dreszczyk niepokoju, dlatego znajdziemy tu opowieści nie podążające za policyjnym śledztwem, tylko wiążące się z popełnieniem różnych zbrodni. To stanowi właśnie największą zaletę tej pozycji: czytelnik ma stale utrzymujący sie wysoki poziom zainteresowania i nie będzie chciał sie oderwać od lektury.

Trochę gorzej wypada aspekt związany z naukowym przeznaczeniem tej książki. Przede wszystkim plasuje się ona raczej na stopniu średniozaawansowanym niż początkującym, zarówno pod względem słownictwa, jak i struktur gramatycznych. Do tego dochodzi fakt, że niewiele słów jest przetłumaczonych, przez co w praktyce trzeba poświęcić więcej czasu na samodzielne wyszukiwanie tłumaczeń wyrazów i rozgryzanie gramatyki, a to chyba nie do końca tak miało wyglądać. Lektor w audiobooku też mówi trochę szybciej i mniej wyraźnie, więc trzeba się bardziej skupić, żeby zrozumieć, co mówi, a więc znowu coś dla trochę bardziej zaznajomionych z tematem osób.

Porównując więc obie książki, Edgard punktuje swoim profesjonalizmem, dopasowaniem poziomu i ćwiczeniami, za to PONS broni się bardziej wciągającymi fabułami. Z czystym sumieniem mogę polecić obie, bo z każdej da się wynieść dużo dobrego, zaznaczam tylko, że do żadnej z nich nie należy podchodzić, jeśli w ogóle nie ma się jeszcze żadnego doświadczenia z językiem — mimo wszystko jakieś podstawy trzeba mieć, zwłaszcza w przypadku tej drugiej. Ja w każdym razie na pewno sięgnę po kolejne z tych serii.
Po godzinach #22 5 serii młodzieżowych do nadrobienia w lato

Po godzinach #22 5 serii młodzieżowych do nadrobienia w lato


Wiosna jakoś nie trafiła w tym roku do Polski, a nawet jeśli, to chyba szybko jej się tu znudziło. Upał od paru tygodni atakuje nasz kraj i nie wiem jak wy, ale ja najchętniej nie wychodziłabym na zewnątrz, tylko zaszyłabym się gdzieś w domu przy wentylatorze — może z książką...? No właśnie, kończy się rok szkolny, nadchodzą wakacje, warto więc wykorzystać ten czas i nadrobić zaległość czytelnicze. Dzisiaj prezentuję wam 5 cykli młodzieżowych, które (przynajmniej w części) czytałam i polecam, a które zostały wydane już jakiś czas temu — ich zaletą jest to, że są wydane w całości, więc nie na pewno nie spotkacie się z sytuacją, że znajdziecie nową serię do ubóstwiania, a tu się okaże, że na wydanie finałowego tomu trzeba czekać do końca roku.

Koniecznie napiszcie, czy macie ochotę na któreś z tych książek — a może macie je już wszystkie za sobą? :)

1. Grisza — Leigh Bardugo
„Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje…
Alina Starkov nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju.”
Ostatnio recenzowałam drugi tom i po ostatnim przejrzeniu tej opinii stwierdziłam, że potraktowałam ją dość krytycznie. To dla tego, że czytałam już wiele młodzieżówek i wydaje mi się, że trudno mnie w tej kwestii zaskoczyć. Natomiast nie zmienia to faktu, że Grisza jest serią wartą polecenia i w swoim gatunku zajmuję dobrą pozycję. Jakby komuś było mało, można znaleźć jeszcze kilka dodatków do cyklu, w tym niedawno wydany Język cierni.
2. Lumikki Anderson — Salla Simukka
„Główną bohaterką barwnej trylogii (zainspirowanej Królewną Śnieżką braci Grimm), którą rozpoczyna powieść Czerwone jak krew, jest siedemnastoletnia licealistka Lumikki Andersson. Prześladowana w dzieciństwie przez dwie silniejsze koleżanki nauczyła się maskować i uciekać. Ta umiejętność przyda się nastolatce, gdy w ciemni w liceum plastycznym odkryje mokre banknoty o dużym nominale i plamy krwi na podłodze.”
Jest to chyba seria trochę zapomniana, jeśli nie w ogóle mało znana. A szkoda! Owszem, książki są krótkie, przez co historia nie jest może tak rozwinięta, jak by mogła być, ale mimo to czyta się ją niezwykle dobrze. Przede wszystkim jest to lektura z dreszczykiem i bardzo ciekawą główną bohaterką, która wyróżnia się na tle innych, tendencyjnych postaci występujących w powieściach młodzieżowych. Fińska pisarka z pewnością wie, jak przyciągnąć uwagę czytelnika i konstruje intrygujące fabuły.
3. Mara Dyer — Michelle Hodkin
„Każdy kryje w sobie tajemnicę, wystarczy ją obudzić. Kim jest Mara Dyer?
W tajemniczych okolicznościach giną dwie dziewczyny, przyjaciółki głównej bohaterki. Wygląda na to, że ich śmierć została przepowiedziana, ktoś wiedział co się wydarzy.
Powieść z paranormalnym twistem i przesłaniem: pozory mylą. Spodoba się nastolatkom płci żeńskiej, szczególnie, że główna bohaterka – wbrew przestrogom - zakochuje się w najbardziej nieodpowiednim i intrygującym chłopaku ze szkoły.”
Swego czasu była to całkiem popularna seria, ale od dawna o niej nie słyszałam. Tak jak pisałam w recenzji, mimo że nie jest może bardzo ambitna, ma w sobie coś takiego, że fascynuje i przyciąga. Minęło już trochę czasu, odkąd ją przeczytałam, ale pamiętam, że fabuła była wypełniona niepokojącymi wydarzeniami i tajemnicami. Dla fanów paranormal romance jak znalazł!
4. Mroczne umysły — Alexandra Bracken
„Mam na imię Ruby.
Potrafię wedrzeć się do twojego umysłu, a nawet wymazać wspomnienia. Jako dziecko zostałam wysłana do obozu „rehabilitacyjnego” dla takich jak ja. Zieloni, Niebiescy, Żółci, Pomarańczowi, Czerwoni. Mroczne umysły. Zostałam przydzielona do Zielonych, ale w rzeczywistości jestem ostatnią z Pomarańczowych. Ukrywam to, żeby przetrwać.”
Z przeczytaniem Mrocznych umysłów trafiłam idealnie — akurat wtedy, kiedy byłam zapatrzona we wszelkie dystopie młodzieżowe. Dlatego nie wiem, jak inaczej mogłabym polecić ten cykl niż powiedzieć, że jeśli lubicie powieści z motywem supermocy, osadzone w dystopijnym świecie i jesteście przygotowani na lekką, ale wciągająca lekturę, to to jest coś dla was. Poza tym dostępne są  też dwa tomy z materiałami dodatkowymi.


5. Wojownicy — Erin Hunter
„Od wieków cztery klany wojowniczych kotów dzieliły las według praw ustanowionych przez przodków. Jednak jeden z nich odrzucił odwieczny porządek, stwarzając zagrożenie dla pozostałych. Bezwzględne koty z Klanu Cienia otaczają siedlisko walecznych, choć mniej licznych kotów z Klanu Pioruna. Błękitna Gwiazda, ich przywódczyni, i jej dumni wojownicy – Lwie Serce i Tygrysi Pazur – nie poddadzą się bez walki, zdecydowani bronić za wszelką cenę swoich pobratymców i młodych. Gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, w lesie pojawia się zwyczajny, domowy kot, o którym mówiło proroctwo i który odmieni losy tych ziem.”
Ten cykl jest idealny nie tylko dla młodzieży, ale dla wszystkich, którzy pragną czegoś świeżego w literaturze fantastycznej. Zakochałam się w tej wypełnionej przygodami, baśniowej lekturze, w której bohaterami są wyłącznie koty, której wspomnienie od razu przywołuje uśmiech na moją twarz. Warto wspomnieć, że cykl ma swoją kontynuację w postaci Nowej Przepowiedni oraz wydana została dodatkowa powieść graficzna Bicz. Początek legendy.

Opisy w cudzysłowach pochodzą od wydawców.
Minirecenzje #11 „Próba” — Eleanor Catton, „Wieczna księżniczka”— Philippa Gregory

Minirecenzje #11 „Próba” — Eleanor Catton, „Wieczna księżniczka”— Philippa Gregory


Tytuł: Próba
Tytuł oryginalny: The Rehearsal
Autor: Eleanor Catton
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 336
Moja ocena: 7,5/10

Twórczość Catton postanowiłam poznać najpierw nie przez nagrodzone Bookerem Wszystko, co lśni, ale przez jej debiut. Na pewno chcę teraz przeczytać drugą książkę autorki, ale przyznam, że Próba nie była tym, czego się spodziewałam. Mamy tu dwie perspektywy — jedna jest związana ze szkołą muzyczną i prywatnymi lekcjami, a druga z akademią teatralną; każda ma swoich bohaterów i nietrudno domyślić się, że obie w jakiś sposób się łączą. Według blurba historia kręci się wokół skandalu związanego z romansem nauczyciela z uczennicą, na podstawie którego ma powstać sztuka teatralna. Mnie jednak skandal wydał się raczej pretekstem do snucia jakiejś opowieści, sprawą trochę ukrytą za dekoracjami, pobrzmiewającą gdzieś w tle, a dzięki której możemy eksplorować charaktery osób z otoczenia. Nie mówiąc już o tym, że wątek przedstawienia pojawia się dopiero pod koniec powieści.

Próba to obserwacja uczuć i namiętności buchających w sercach nastolatków, próba ekstrakcji zmysłowości i napięcia seksualnego rodzących się w czasie dojrzewania. Bo to jest na pewno powieść o dojrzewaniu (choć nie tylko, czego przykładem jest fantastyczna postać nauczycielki gry na saksofonie). Przy pomocy sugestywnego języka Catton wykreowała tajemniczą, lekko oniryczną, związaną ze sztuką atmosferę i nigdy nie możemy być pewni, czy bohaterowie mówią prawdę i należy im ufać, czy nie — to pozostaje całkowicie w kwestii czytelnika. Nie podobało mi się natomiast urwane, jakby zupełnie olane zakończenie, i niechronologiczność fragmentów, przez co trudno mi się było momentami zorientować w fabule. Jest to książka trochę dziwna i zdecydowanie oryginalna, tak że do teraz nie do końca wiem, co o niej sądzić. Ostatecznie mogę jednak stwierdzić, że mi się podobała.

Tytuł: Wieczna księżniczka
Tytuł oryginalny: The Constant Princess
Autor: Philippa Gregory
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 552
Moja ocena: 3/10

Co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po tę książkę...? To było pytanie retoryczne, bo dobrze znam odpowiedź: chciałam zacząć czytać różne gatunki literackie, nawet takie, których wcześniej nie tykałam. Powieść historyczna do takich należała. Na moje nieszczęście zaczęłam niefortunnie, bo Wieczna księżniczka okazała się być czymś zupełnie innym niż przewidywałam. Mam wrażenie, że to była taka stereotypowa powieść kobieca, taka obyczajówka z szesnastego wieku w dworskich realiach. Jej konstrukcja opiera się na śledzeniu losów Cataliny Aragońskiej, a jest pisana zarówno w narracji trzecioosobowej, jak i pierwszoosobowej w przemyśleniach księżniczki. Niestety książka jest nudna i wtórna dla samej siebie.

Postać Cataliny nie znalazła u mnie sympatii: oczywiście każdy napotkany mężczyzna określa ją jako piękną, do tego często okazuje się mądrzejsza niż wszyscy wokół i ma najlepsze intencje, po prostu typowa Mary Sue; działała mi na nerwy, kiedy w kółko i w kółko powtarzała, że jej przeznaczeniem jest być królową Anglii, że to wola boska i że zrobi wszystko, by tak się stało. Oprócz tego wymęczyła mnie ta cała miłosna drama z Arturem, Henrykiem VII i Henrykiem VIII, i znowu, ciągłe powtarzanie opisów tych samych uczuć. Do tego wszystkiego dochodzi patetyczny ton, w jakim utrzymana jest powieść — niby pasujący do konwencji historycznej, a w praktyce nużący. Mam wrażenie, że na tych prawie sześciuset stronach niewiele się działo. Moja opinia jest jednak subiektywna, po Wieczną księżniczkę sięgnęłam trochę z przypadku i okazało się, że to totalnie nie mój gust. Jeśli jednak znajdą się tu fani historycznego romansu, ta książka może nie być takim złym wyborem.
64. „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” — Åsne Seierstad | Jestem. Tylko. Ja.

64. „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” — Åsne Seierstad | Jestem. Tylko. Ja.


Tytuł: Jeden z nas. Opowieść o Norwegii
Tytuł oryginalny: En av oss. En fortelling om Norge
Autor: Åsne Seierstad
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 521
Moja ocena: 9/10

Dzień 22. lipca 2011 roku zaszokował świat i zapisał się na stałe w historii Norwegii. To dzień, na który Anders Behring Breivik zaplanował przeprowadzenie zamachów terrorystycznych. I udało mu się – bomba zdetonowana w pobliżu budynku rządowego zabiła 8 osób, a sam zastrzelił kolejnych 69 na wyspie Utøya, gdzie odbywał się letni obóz młodzieżowy Partii Pracy. To nie był dżihadysta. Nie stała za nim żadna organizacja terrorystyczna. Breivik określa siebie jako wybawiciela Norwegii.

Zanim przejdę do właściwej oceny, przedstawię, czym właściwie jest Jeden z nas. To fabularyzowany reportaż skupiony wobec Breivika i masakry, jakiej dokonał, a obejmuje szeroki zakres czasu: zaczynamy od poznania losów rodziców zamachowca, a życie jego samego śledzimy od narodzin, przez okres dziecięcy i nastoletni, wkraczanie w dorosłość, samodzielne życie, kształtowanie własnej skrajnie prawicowej ideologii, aż po dzień ataku, proces oraz pobyt w więzieniu. Dodatkowo pojawia się narracja dotycząca osób ze środowiska lewicowej młodzieżówki norweskiej.

Historia jest bogata w szczegóły i czytelnik czuje się, jakby znajdował się w środku wszystkich wydarzeń; bardzo przypadło mi do gustu to, jak Seierstad wypełniła w niej białe plamy, tworząc relację, którą czyta się jak powieść. To także po trosze zasługa przejrzystego języka i zdań, które mimo swej neutralności i braku jednoznacznych osądów, każą głęboko zastanawiać się nad lekturą. Chyba jedynym mankamentem jest zostawiona pewna dziura w okresie dorosłości Andersa, kiedy najwyraźniej przeskakujemy parę lat, a potem Breivik jest już człowiekiem o ugruntowanych poglądach nacjonalistycznych. Odczuwa się lekki niedosyt i potrzebę zrozumienia, jak coraz bardziej przesuwał się w stronę skrajnej prawicy, a co w pewnej części zostało ominięte.

Reportaż naturalnie stanowi bogate źródło wiedzy o wszelkich aspektach związanych z tragedią. Przyznam, że przed przeczytaniem znałam sprawę bardzo pobieżnie, bo nigdy się nią specjalnie nie interesowałam, a kiedy doszło do ataków, byłam jeszcze dzieckiem. Jeden z nas dostarcza pełen obraz sytuacji, nie szczędząc nawet, wydawałoby się, nieistotnych detali. Dowiedziałam się chociażby tego, że Breivik przez pół roku samodzielnie tworzył w niemalże domowych warunkach bombę „przeznaczoną” dla norweskiego premiera; że będąc dzieckiem, kolegował się z imigrantami; że napisał ogromny objętościowo Manifest, w którym zawarł swoje tezy i pomysł na konstrukcję przyszłej Norwegii (Seierstad przywołuje wiele fragmentów z tej książki, niektóre budzą wręcz grozę). Początek przypominał mi trochę akcję z ekranizacji Musimy porozmawiać o Kevinie, bo główne postacie obu dzieł w dzieciństwie były nieco inni od reszty dzieci.

Ale gdy myślę o tym reportażu, tak naprawdę na myśl przychodzi mi jedno – to, jak ogromne emocje we mnie wywołał. Momentami, głównie przy opisach strzelaniny, musiałam przerywać czytanie, by ochłonąć, a coś takiego nie zdarza mi się praktycznie nigdy. Mieszały się we mnie autentyczne przerażenie, smutek i złość, byłam dosłownie wstrząśnięta i czułam straszną bezsilność. Najgorsza przez cały czas była świadomość, że czytam o prawdziwych wydarzeniach, że to nie jest czysta fikcja literacka albo przynajmniej koszmar senny. Jednak to stanowi największą siłę tej książki i absolutnie nie uważam, że przez to nie warto jej czytać – wręcz przeciwnie. Poznanie tej historii zmusza do tego, żeby się zastanowić nad paroma aktualnymi, choć niewygodnymi kwestiami i skonfrontować z własnymi poglądami.

Osobną sprawę stanowi interpretacja tytułu. Kiedy wiadomość o zamachach dotarła do świadomości publicznej, Norwedzy byli przekonani, że to atak jakiegoś islamisty. Tymczasem był to właśnie „jeden z nich”, i to jeden – nikt więcej. Ale w tej opowieści kryje się więcej, to opowieść nie tylko o jednostce, ale o całym kraju; o imigracji, o mentalności, o nastawieniu. To po prostu diablo dobry reportaż.
Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger