Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
76. „Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa” i „Wilkołak” | Komiksy paragrafowe

76. „Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa” i „Wilkołak” | Komiksy paragrafowe


Niedawno zrelacjonowałam moje pierwsze spotkanie z komiksami paragrafowymi, czyli Mystery oraz Łzy bogini Nuwy [recenzja]. To była dla mnie zupełnie nowa forma rozrywki i choć nie obyło się bez kilku problemów, wspominam je raczej dobrze. Bardzo szybko zabrałam się za kolejne dwa i tak się złożyło, że oba podwyższyły postawioną wcześniej poprzeczkę — a mowa o Czterech śledztwach Sherlocka Holmesa i Wilkołaku.

Najpierw przypomnę jeszcze tym, którzy tego nie wiedzą, na czym polega komiks paragrafowy. To gra w postaci komiksu z konkretnym motywem przewodnim, w której wcielamy się w jakąś postać (albo kilka postaci) i staramy się osiągnąć cel, który dla każdej fabuły jest inny: w niektórych komiksach paragrafowych chodzi po prostu o to, żeby przeżyć, w innych trzeba wykonywać różne zadania. W kadrach mamy do wyboru kilka akcji, i aby je wykonać, należy przejść do kadru o podanym numerze; w ten sposób rozwija się historia. Dzięki temu zwykle poszczególne rozgrywki mogą się od siebie różnić, bo pójdziemy do innych miejsc albo spotkamy innych ludzi.

Tytuł: Cztery śledztwa Sherlocka Holmesa
Tytuł oryginalny: Quatre enquêtes de Sherlock Holmes
Autor: Ced
Tłumaczenie: Anna Ślubowska
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 178

Najpierw do czynienia miałam z komiksem nawiązującym do słynnego detektywa z Baker Street i jego przyjaciela. Od początku zresztą było dla mnie oczywiste, że muszę się z nim zapozanć, bo od zawsze uwielbiam Sherlocka Holmesa, klasyczne kryminały i samodzielne rozwiązywanie tego typu łamigłówek, z jakimi spotykamy się w Czterech śledztwach. Tytuł właściwie mówi sam za siebie — zabawa polega na tym, by przeprowadzić dochodzenie w czterech podejrzanych sprawach, a następnie wytypować odpowiedzi na postawione pytania. Jednocześnie nie jest to typowy komiks paragrafowy, bo nie ma tu możliwości zginięcia ani rozwijania umiejętności. Wszystko skupia się wokół uważnego obserwowania kadrów i zdolności łączenia faktów.

Powiem tak: trochę nie doceniłam tego komiksu. Nie był wcale taki oczywisty, jak mi się wydawało, że może być. Dlatego, podobnie jak przy Łzach bogini Nuwy, nie sprawdziło się moje luźne podejście i przez to rozwiązałam za pierwszym razem tylko dwie zagadki. Na swoją obronę mogę tylko dodać, że nie wiedziałam, na jakie rzeczy powinnam zwracać uwagę i jakiego typu wskazówki będą podrzucane. Bo choć kategoria wiekowa jest niska, dobrze jest naprawdę skupić się i poświęcić mu odpowiednio dużo czasu, analizując tropy. Szczególnie dodatkowe mini-zagadki mogą być problematyczne (jeśli chodzi o mnie, aż do teraz...). Ale niezależnie od tego jak mi poszło, rozgrywka była bardzo przyjemna; może i sprawy nie były dla mnie jakoś wyjątkowo interesujące, jednak prowadzenie śledztw dawało satysfakcję i pozwalało poczuć się jak detektyw. A chyba o to w tym przypadku chodziło. Dlatego oceniam go zdecydowanie pozytywnie.

Tytuł: Wilkołak
Tytuł oryginalny: Loup Garou
Autor: 2D i Moon
Tłumaczenie: Anna Ślubowska
Wydawnictwo: FoxGames
Liczba stron: 144

Drugi komiks, o któym chcę powiedzieć, wprowadza moim zdaniem ciekawą perspektywę. Nasza postać jest w nim wilkołakiem, a więc można by powiedzieć: anty-bohaterem. Zanim zapoznałam się z jego fabułą, myślałam, że będzie dokładnie odwrotnie — że naszym zadaniem będzie złapanie jakiegoś wilkołaka, tymczasem to my musimy uciekać przed łowcą. Muszę przyznać, że fabularnie ze wszystkich komiksów paragrafowych, które przeszłam, Wilkołak podobał mi się chyba najbardziej. Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale autentycznie mnie wciągnęło i nie mogłam się doczekać, by dowiedzieć się, co zdarzy się dalej. Do zalet na pewno mogę też zaliczyć różnorodność wyborów, jakich można dokonywać oraz połączenie fantastyki z kryminałem — to po prostu dobrze zagrało.

Wilkołak ma dość skomplikowane zasady na tle innych komiksów, z czym wiąże się parę moich zarzutów. Po pierwsze, nieustannie miałam wrażenie, że czegoś nie do końca zrozumiałam, jeśli chodzi o umiejętności, bo zasady ich dotyczące były napisane nie do końca jasno. Poza tym nie podobało mi się to, że na sam koniec zachowana jest najtrudniejsza walka i mimo że w desperacji oszukiwałam (!) i tak nie udało mi się jej wygrać. Brakowało mi sporo i nie mam pojęcia, jak trzeba było poprowadzić tę historię, żeby zwyciężyć. A taka porażka jest szczególnie bolesna, bo sprawia, że trzeba wracać do samego początku gry — trochę to bez sensu. Dodam jeszcze, że nieco zawiodło mnie to, że w tym komiksie niewiele jest do wypatrywania w kadrach i rzadko kiedy możemy znaleźć ukryte przedmioty i wybory.

Podsumowując, oba komiksy przypadły mi do gustu i z czystym sumieniem mogę je polecić, nawet jeżeli nie są idealne. Świetnie nadają się do tego, by urozmaicić sobie czytelnicze życie, do czego zachęcam.
63. „Łaska” — Anna Kańtoch | O darze niepamięci

63. „Łaska” — Anna Kańtoch | O darze niepamięci


Tytuł: Łaska
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 400
Moja ocena: 8/10

Rok 1955. W lesie odnaleziona zostaje sześcioletnia Marysia, która zaginęła tydzień wcześniej. Na odzieży i ciele ma plamy zaschniętej krwi. Co się wydarzyło? Marysia nic nie pamięta. Rok 1985. Maria jest już dorosła, ale tajemnica sprzed lat nadal kładzie się cieniem na jej życiu. Kobieta pracuje jako nauczycielka w podstawówce. Pewnego dnia jej nastoletni uczeń zamiast kartkówki oddaje jej rysunek przestawiający czworo dzieci i Kartoflanego Człowieka. Tego samego dnia zostaje znaleziony w miejskim parku powieszony na gałęzi. Pojawiają się kolejne ofiary. Milicja rozpoczyna wyścig z czasem, aby schwytać niebezpiecznego mordercę. Tymczasem Maria a przeczucie, że rozwiązanie zagadki kryje się głęboko w jej pamięci…
(zaadaptowany opis z okładki)

Przed sięgnięciem po Łaskę Annę Kańtoch kojarzyłam głównie z fantastyką, między innymi za sprawą Tajemnicy Diabelskiego Kręgu, którą przeczytałam i która spodobała mi się bardziej, niż tego wcześniej mogłam oczekiwać. Tym bardziej byłam podekscytowana możliwością przeczytania kryminału tej pisarki. I zdecydowanie było warto.

Wierzcie lub nie, ale moja ciekawość i napięcie, które pojawiły się na samym początku lektury, nie odpuszczały do samego końca. Łaska jest bowiem w skrócie doskonale skonstruowaną, fascynującą powieścią kryminalną z oryginalnym pomysłem. Główna akcja ma miejsce w roku 1985, ale każda część rozpoczyna się retrospekcją do roku 1955, co już sugeruje, że do wyjaśnienia są dwie, powiązane ze sobą mroczne tajemnice. Te retrospekcje nie tylko uzupełniają historię, lecz także są dla niej kluczowe i stale podtrzymują zainteresowanie czytelnika. Fabuła jest przemyślana – mimo stosunkowo niedużej objętości książki, skupionych jest w niej sporo równomiernie rozwiniętych wątków (nie tylko ściśle związanych z głównym tematem), przez co czytanie niesamowicie wciąga i pozbawione jest dłużących się momentów. 

Powieść dobrze się czyta również dzięki kunsztowi pisarskiemu Kańtoch. Autorka za pomocą sugestywnych opisów świetnie odmalowuje szarą peerelowską rzeczywistość niewielkiego polskiego miasteczka w środku zimy. Jest zimno, ponuro i niepokojąco – i właśnie tak powinno być. W budowaniu tego obrazu mają też swój udział bohaterowie, których poznajemy całkiem sporo, jednak nie sposób pogubić się w ich wzajemnych relacjach, gdyż nie ma tu przypadkowych kreacji, a za każdą z postaci stoi jakaś historia: jest milicjant Adam Bogusz czekający na sprawę, która zapewni mu awans i podziw ze strony otoczenia; są dzieci, których niewinność niejednokrotnie budzi wątpliwości; jest w końcu zmęczona swoim pełnym niedopowiedzeń życiem Maria. Tylko kto odgrywa główną rolę w rodzącym się na nowo koszmarze?

Jeśli już mogłabym tej książce coś zarzucić, to nie w pełni satysfakcjonujące zakończenie. Nie chcę zdradzać konkretów, ale ostatecznie okazało się, że autorce nie udało się do końca zmylić mi tropów i mogła być bardziej subtelna w podrzucaniu wskazówek. Do tego można by polemizować nad sensownością takiego, a nie innego przebiegu zdarzeń, co nieco zmniejsza wiążący się z nim ładunek emocjonalny. Nie zmienia to jednak faktu, że przez większość lektury czytelnik jest oderwany od świata zewnętrznego, całkowicie pochłonięty szukaniem odpowiedzi na pytania dotyczące ostatnich zabójstw, sekretów z przeszłości i chyba przede wszystkim – tożsamości Kartoflanego Człowieka, co stanowi dla mnie najważniejszą zaletę Łaski.

Książka pod kryminalnym płaszczykiem zdaje się tworzyć krytyczny komentarz do świata, którym żyjemy: gdzie są granice zachowania? Co można wybaczyć, a czego nie? Biorąc pod uwagę skomplikowanie człowieka, jak można ustalić odpowiedzialność za popełnione czyny? Łatwych odpowiedzi nie ma.
Minirecenzje #10 „Analfabetka, która potrafiła liczyć” — Jonas Jonasson, „Klucz Blackthorna” — Kevin Sands

Minirecenzje #10 „Analfabetka, która potrafiła liczyć” — Jonas Jonasson, „Klucz Blackthorna” — Kevin Sands


źródło
Tytuł: Analfabetka, która potrafiła liczyć
Tytuł oryginalny: Analfabeten som kunde räkna
Autor: Jonas Jonasson
Tłumaczenie: Bratumiła Pawłowska Pettersson
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 416
Moja ocena: 5,5/10

Analfabetka mnie rozczarowała. Jest to nie najgorsza powieść, ale mimo to mnie rozczarowała. Właściwie od samego początku miałam problem z tym, żeby wgryźć się w tę historię, popłynąć z kolejnymi nieprawdopodobnymi wydarzeniami i zapomnieć o wszystkim, co się wokół mnie dzieje. Jonasson w powieści z właściwym sobie zamiłowaniem do absurdu kreuje coraz to nowsze zaskakujące sytuacje i zbiegi okoliczności – a mimo to fabuła nie porywa, do tego całość jest przeciągnięta. Trochę też oszukała mnie okładka, bo Nombeko, główna bohaterka, tytułowa analfabetka, szybko analfabetką być przestaje (ale najwyraźniej tytuł musi być zabawny, więc no, czego się czepiam?), zaś książka nie jest za bardzo śmieszna. Może to tylko kwestia narodowości, domyślam się, że Szwedów żarty ze szwedzkiego króla i ustroju oraz cały wątek Ingmara/Holgera ubawiłyby bardziej – w każdym razie mnie średnio to poruszało. Łączę tę kwestię z zarzutem dotyczącym prowadzenia fabuły, które niestety opierało się głównie na irytującym (choć w założeniu pewnie komicznym) schemacie: jeśli trzeba było popchnąć historię do przodu, należało którejś z mniej inteligentnych postaci kazać zrobić coś głupiego, czym zniweczyła wysiłek innej, „dobrej” postaci. Formuła ta szybko się wyczerpała, a ja wzdychałam ciężko za każdym razem, kiedy bohaterowie naciskali czerwony guzik z napisem „Nie naciskać”.

Powtórzę to jeszcze raz: to nie jest zła książka. Zwraca uwagę na dość uniwersalny problem dyskryminacji innych ze względu na pochodzenie i ma parę ciekawszych momentów, jednak jej przeciętność sprawia, że nie mogę jasno sprecyzować, czy ją polecam.

źródło
Tytuł: Klucz Blackthorna
Tytuł oryginalny: The Blackthorn Key
Autor: Kevin Sands
Tłumaczenie: Aleksandra Stan
Wydawnictwo: Wilga
Liczba stron: 364
Moja ocena: 7/10

O Kluczu Blackthorna chyba nie ma się za bardzo co rozpisywać. Jest to skierowana głównie do młodszych czytelników mieszanka fantastyki, thrillera i literatury kryminalnej — całkiem zresztą udana. Historia ma miejsce w siedemnastowiecznym Londynie i da się to odczuć, bowiem jego obyczajowość została dość realistycznie oddana, a plastyczny, choć prosty język pozwala na wyobrażenie sobie opisywanych miejsc i sytuacji. Ciekawa fabuła sprawiła, że chętnie wracałam do lektury po tym, jak musiałam ją przerwać. Alchemia, zagadki, śledztwo w sprawie tajemniczych morderstw — to wszystko naprawdę tu jest! Są to znane motywy, jednak autorowi udało się połączyć je w taki sposób, że wszystko ze sobą gra i tworzy przyjemny klimat. Nieźle się bawiłam, próbując wraz z głównymi bohaterami odczytać zaszyfrowane wiadomości i zastanawiając się, komu można wierzyć, a komu nie. Powieść ma też wyważone tempo akcji, co sprawia, że czytelnika raczej nie czeka wiele przestojów i szybko ją przeczyta. Największą jej wadą jest schematyczna konstrukcja postaci: czy to Christopher, jego przyjaciel Tom, czy mistrz Benedict — pojawiające się w książce charaktery to klisze, przez co trudno nawiązać z nimi emocjonalną więź. Ogólnie rzecz biorąc, zważywszy na jego grupę docelową, Klucz Blackthorna uważam za przyzwoitą lekturę, mimo że nie wzbudziła we mnie głębszych uczuć.
Minirecenzje #9 „Księżniczka z lodu” — Camilla Läckberg, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” — Stieg Larsson

Minirecenzje #9 „Księżniczka z lodu” — Camilla Läckberg, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” — Stieg Larsson


Dzisiaj na tapetę biorę pierwsze części słynnych szwedzkich cykli kryminalnych — tak wyszło przypadkiem, ale może to zasługa ciemnych jesiennych wieczorów. Nie na tyle długich, żeby wreszcie móc porządnie nauczyć się na sprawdziany z biologii. ;)

źródło
Tytuł: Księżniczka z lodu
Tytuł oryginalny: Isprinsessan
Autor: Camilla Läckberg
Seria: Saga o Fjällbace; tom: 1
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 424
Moja ocena: 6/10

Pamiętam, jak czytałam swoją pierwszą książkę Camilli Lackberg, Pogromcę lwów. Byłam absolutnie zachwycona. Mogłam go nazwać thrillerem idealnym dla mnie – głównie za sprawą rosnącego napięcia, które osiągnęło apogeum pod koniec lektury. Niestety kolejna przeczytana powieść szwedzkiej pisarki wywarła na mnie już zupełnie inne wrażenie i chyba nie za sprawą zmienionej formy – bo tym razem wysłuchałam audiobooka. Historia od początku niezbyt mnie wciągnęła i śledziłam ją z umiarkowanym zainteresowaniem. Największy problem miałam z tempem akcji; było zbyt wolne na całej przestrzeni książki, więc nawet momenty kulminacyjne nie wzbudzały we mnie większych emocji. Wiąże się to najprawdopodobniej z rozrostem warstwy obyczajowej, która momentami przysłaniała wątek kryminalny. Część bohaterów okazała się tendencyjna, mówię tu chociażby o Erice, Mellbergu czy Nelly. Jeśli chodzi o styl, nie mam większych zastrzeżeń, jednakże miejscami słychać było jakieś lekko niewprawne konstrukcje (możliwe, że wynikające z tłumaczenia) – ogólnie przyjemnie się tego słuchało. Plus za nieoczywiste zakończenie, bo chyba takie było zamierzenie autorki. Konkludując, myślę, że Księżniczka z lodu jest powieścią dobrą, ale lepiej nie podchodzić do niej z wygórowanymi oczekiwaniami.

1. Księżniczka z lodu | 2. Kaznodzieja | 3. Kamieniarz | 4. Ofiara losu | 5. Niemiecki bękart
6. Syrenka | 7. Latarnik | 8. Fabrykantka aniołów | 9. Pogromca lwów | 10. Czarownica

źródło
Tytuł: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Tytuł oryginalny: Män som hatar kvinnor
Autor: Stieg Larsson
Seria: Millenium; tom: 1
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 640
Moja ocena: 8/10

Niedawno wyszła piąta część Millenium, a ja zorientowałam się, że mimo dawno ustalonych planów jeszcze nie miałam okazji zaznajomić się z tą kultową serią. Na szczęście udało mi się to nadrobić – a moje wrażenie są więcej niż pozytywne. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to rasowy skandynawski kryminał z mroczną zagadką i mający za scenerię głównie niewielką szwedzką osadę. Brzmi banalnie? Raczej tak, ale to tylko pozory. Historia jest napisana z rozmachem, pomysłem, a Larsson żongluje wątkami i wyciąga niejednego trupa z szafy. Mamy tu parę mocnych akcentów, a poczynania bohaterów śledzi się z zainteresowaniem. Trzeba jednak przyznać, że jeśli chodzi o główne postacie, to kreacja Blomkvista trochę blednie przy totalnie oryginalnej Salander.

Mój chyba jedyny zarzut dotyczy dynamiki powieści. Pierwsza część książki zaczyna się efektownie, a później napięcie rośnie, wraz z dalszym zagłębianiem się w szczegóły sytuacji. W środku jednak autor za bardzo skupia się na wątkach pobocznych, po czym nagle przeskakuje do śledztwa. W pewnym momencie, kiedy do finału sprawy jeszcze daleko, następuje zwrot akcji, przez co końcówka jest rozciągnięta. Mimo to, poznawanie ponurych losów rodziny Vanger było dla mnie na każdym etapie fascynujące. Chociaż żadnego z tytułowych mężczyzn wolałabym nigdy nie spotkać…

1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet | 2. Dziewczyna, która igrała z ogniem
3. Zamek z piasku, który runął | 4. Co nas nie zabije | 5. Mężczyzna, który gonił swój cień
54. „Motylek” — Katarzyna Puzyńska | Miasteczka mają swoje tajemnice

54. „Motylek” — Katarzyna Puzyńska | Miasteczka mają swoje tajemnice


Tytuł: Motylek
Autor: Katarzyna Puzyńska
Seria: Lipowo; tom: 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 608
Moja ocena: 4/10

W mroźny zimowy poranek na skraju mazurskiej wsi zostaje znalezione ciało zakonnicy. Początkowo wydaje się, że kobietę potrącił samochód. Szybko okazuje się jednak, że ktoś ją zabił i potem upozorował wypadek. Kilka dni później ginie kolejna osoba. Ofiary nie wydają się być ze sobą w żaden sposób związane. Zaczyna się wyścig z czasem. Policja musi odnaleźć mordercę, zanim zginą następne kobiety. Śledztwo ujawnia tajemnice mrocznej przeszłości zakonnicy, przy okazji odkrywając też mniejsze lub większe przewiny mieszkańców sielskiej – tylko na pozór – miejscowości.
(opis z LC)

Obiecywano mi perełkę. Obiecywano mi wyśmienity kryminał. Tak się cieszyłam, że cudem znalazłam w bibliotece egzemplarz Motylka! Niestety, skończyło się na kolejnym zawodzie z polską powieścią w roli głównej.

Być może to rzecz gustu, jednak jak dla mnie za dużo było w tym obyczajówki, przez co śledztwo ciągnęło się i ciągnęło. Może nawet w pewnych momentach zeszło na dalszy plan, co oczywiście nie odbiło się pozytywnie na wątku kryminalnym. Muszę przyznać, że intryga była całkiem nieźle skonstruowana; pojawiło się wiele tropów, które trudno było ze sobą powiązać, niektóre były bardziej oczywiste, inne mniej. Z drugiej strony, pościgów i wybuchów się nie doczekałam, a zwalam to na wspomniane już rozwleczenie fabuły oraz styl – miałam wrażenie, jakby pewne sceny czy też zachowania bohaterów były sztuczne, wymuszone. Albo po czyjejś wypowiedzi dopisane zostały czasowniki opisujące jej ton – zupełnie niepotrzebnie, bo można się było go domyślić już po samej wypowiedzi. Zaburzało to trochę dynamikę dialogów. No a co z tą atmosferą niczym z powieści Agathy Christie? Przykro mi. Tu był li i jedynie klimat polskiej wsi, co pewnie nie powinno być traktowane jako wada, mimo to mnie on nie oczarował.

Autorka nie usatysfakcjonowała mnie również kreacją postaci. Stworzyła ich cały szereg, ale na każdą starczyło po około jednej cesze i to by było na tyle. Ten mężczyzna nie umie zapanować nad dziećmi, ten mieszka z matką, ten jest bogatym snobem; ta kobieta jest umęczona, tamta zmartwiona, a tamta dalej to jest w powieści chyba tylko dlatego, żeby zacząć powieść od przeprowadzki (nie, to wcale nie jest sztampowe rozwiązanie). Nie do końca udało się też z Klementyną Kopp, czyli w zamyśle ekscentryczną panią komisarz mającą na koncie wiele sukcesów w prowadzeniu śledztw. Owszem, miała pewne intrygujące cechy (na przykład wygląd, tajemniczy związek z Teresą), ale czy jakoś wyjątkowo popisała się jako policjantka albo detektyw? Oprócz wytknięcia lokalnej policji podstawowych uchybień na drodze rozwiązywania sprawy, za bardzo nie mam ją za co chwalić. Że już nie wspomnę o jej powiedzonkach, które, nie przesadzam, doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Ja wiem, że wyróżniający się sposób mówienia to też część konstrukcji bohatera, jednak w tym przypadku mogę tylko powiedzieć, że zwroty „Czekaj. Stop.” oraz „Dobra. Ale!” będą mi się śniły po nocach.

Wygląda na to, że na Motylku zakończę swoją przygodę z prozą Katarzyny Puzyńskiej. Był on w pewien sposób męczący, więc na pewno nie miałoby sensu więcej się tym katować. Nie chciałabym mimo wszystko jednoznacznie skreślać jej twórczości, po prostu każde dzieło musi znaleźć swoich amatorów, ale tym razem nie będę to ja.

1. Motylek | 2. Więcej czerwieni | 3. Trzydziesta pierwsza
4. Z jednym wyjątkiem | 5. Utopce | 6. Łaskun | 7. Dom czwarty
8. Czarne narcyzy | 9. Nora
Minirecenzje #6 „Chemia śmierci” — Simon Beckett, „Bezlitosny labirynt” — Rainer Wekwerth

Minirecenzje #6 „Chemia śmierci” — Simon Beckett, „Bezlitosny labirynt” — Rainer Wekwerth


Tytuł: Chemia śmierci
Tytuł oryginalny: The Chemistry of Death
Autor: Simon Beckett
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Seria: Dr David Hunter; tom: 1
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 248
Moja ocena: 8/10

Od początku do końca przy lekturze Chemii śmierci towarzyszyło mi ogromne napięcie. Pod koniec ono jeszcze wzrosło; wciąż mam w pamięci to, jak dudniło mi serce w kluczowych momentach książki. Autorowi oprócz zbudowania atmosfery ogarniętego niepokojem miasteczka, w którym każdy ma swoje za uszami, udały się również obrazowe opisy – nie tylko miejsc zbrodni, chociaż te chyba szczególnie działały na wyobraźnię. W ciekawy sposób przybliżył czytelnikowi metody pracy antropologa sądowego. Kolejnym pozytywem jest kreacja bohaterów. Jest to thriller na wysokim poziomie, ze świetną zagadką i zwrotami akcji, więc jak najbardziej go polecam.

1. Chemia śmierci | 1,5. Dzień jak dzień | 2. Zapisane w kościach
3. Szepty zmarłych | 4. Wołanie grobu | 5. Niespokojni zmarli

Tytuł: Bezlitosny labirynt
Tytuł oryginalny: Das Labirynth ist ohne Gnade
Autor: Rainer Wekwerth
Tłumaczenie: Aldona Zalewska
Seria: Labirynt; tom: 3
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 301
Moja ocena: 6/10

O Bezlitosnym labiryncie mogę powiedzieć tyle, że nie jest ani gorszy, ani lepszy od poprzednich części. To się Wekwerthowi udało – utrzymać ten sam poziom przez cały cykl. Tylko czy to wystarcza, żeby był warty przeczytania? W zakończeniu trylogii nie ma ani lepszego przedstawienia postaci, ani zbyt wielu zwrotów fabularnych; historia toczy się tym samym rytmem co wcześniej. Bardzo czekałam na wyjaśnienie istnienia labiryntu i znaczenia drogi, jaką musieli przejść bohaterowie, czyli notabene sensu całej opowieści, niestety – okazało się przewidywalne i dosyć banalne. Podobnych rozwiązań jest pełno w dzisiejszej literaturze młodzieżowej.

Podsumowując, cały Labirynt miał zadatki na stworzenie całkiem ciekawej historii, ostatecznie jednak autor nie zaproponował nic, co wyróżniałoby się  tłumu, a seria zasługuje najwyżej na miano przeciętnej.

Minirecenzje #5 „Wyklęta” — Joss Stirling, „Taniec cieni” — Yelena Black

Minirecenzje #5 „Wyklęta” — Joss Stirling, „Taniec cieni” — Yelena Black


Tytuł: Wyklęta
Tytuł oryginalny: Struck
Autor: Joss Stirling
Tłumaczenie: Emilia Kiereś
Seria: Struck; tom: 1
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 400
Moja ocena: 7/10

Nie wiem, czego spodziewałam się po Wyklętej, ale raczej nie tego, co otrzymałam, czyli połączenia Sherlocka, Wybranych i CHERUBA (łapcie link do [recenzji]). Chociaż nie powiem, żeby było to połączenie niedane. Pomimo pewnych potknięć (na przykład myślałam, że powód pojawienia się w szkole nowych uczniów będzie zachowany w tajemnicy na dłużej niż przez jeden rozdział) uważam, że autorka miała dość ciekawy pomysł na fabułę i od książki trudno się było oderwać. Jednak mam ambiwalentne odczucia w kwestii bohaterów: nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Kieran był kreowany właśnie na takiego młodszego serialowego Sherlocka, a samej Raven nie udało mi się rozgryźć, za mało w niej było charakteru. W sumie wyszła z niej taka merysujka, wiecie, sierotka, pogardzana przez wszystkich za samo istnienie, a na końcu i tak dostaje oklaski. Zresztą otwierająca powieść scena przywiodła mi na myśl opka pisane przez nastolatki. Mimo to książkę czyta się nieźle, jest lekka i ma sporo akcji.
Co było dziwne, to okazjonalnie wplecione w tekst komentarze od, jak podejrzewam, tłumaczki. Czyżby zapomniano je wykasować przed drukiem?

Tytuł: Taniec cieni
Tytuł oryginalny: Dance of Shadows
Autor: Yelena Black
Tłumaczenie: Danuta Górska
Seria: Taniec cieni; tom: 1
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Moja ocena: 4,5/10

Mam mieszane uczucia co do Tańca cieni. Byłam bardzo zaintrygowana pomysłem szkoły baletowej, która ma swoje sekrety. Niestety w późniejszym czasie fabuła rozwinęła się w trochę innym kierunku niż oczekiwałam, ale ostatecznie uznałam, że warto czytać dalej, a to głównie za sprawą plastycznych opisów tańca, które w książce podobały mi się najbardziej. Przyznam, że nawet udało mi się dzięki nim poczuć, jakbym naprawdę znajdowała się w tym momencie na przedstawieniu w teatrze. Przeszkadzały mi z kolei sztuczne dialogi, które autorka na siłę chciała stylizować na mowę nastolatków (nie udało się), papierowe postaci, które miały najwyżej jedną cechę charakteru i nieśmiertelny trójkąt miłosny – do tego przewidywalny. Jest to książka przeciętna, więc ani jej nie polecam, ani polecam; fanów baletu może zainteresować, ale innych niekoniecznie.

Wyzwania:
– Czytam YA!
– Czytam fantastykę
51. „CHERUB” — Robert Muchamore | Jak zostać kick-assem

51. „CHERUB” — Robert Muchamore | Jak zostać kick-assem


Tytuł serii: 
CHERUB; tomy: 1-12
Tytuł oryginalny serii: CHERUB
Autor: Robert Muchamore
Wydawnictwo: Egmont
Moja ocena: 10/10

Jak zaczyna się historia? Jedenastoletniego Jamesa Choke'a w czasie lekcji ponoszą nerwy. Ucieka ze szkoły, bojąc się konsekwencji, ale wkrótce jego sytuacja się pogarsza. Chłopak wpada w złe towarzystwo, mimo młodego wieku jest już bliski od stoczenia się na dno, gdy nagle dostaje szansę od losu. Poznaje nietypową organizację o nazwie CHERUB, która zajmuje się... szkoleniem i zatrudnianiem bardzo młodych agentów. Ich zadaniem jest wyjeżdżanie na misje na całym świecie, by powstrzymywać różnego rodzaju przestępców.

Cykl przeczytałam po raz pierwszy w podstawówce i z miejsca się zakochałam. Ostatnio postanowiłam odświeżyć sobie pamięć i nawet nie wiecie, jak dobrze było wrócić do tej serii. To dokładnie to samo uczucie, które towarzyszy spotkaniu starego przyjaciela.

Styl autora jest raczej prosty i młodzieżowy, dlatego książki czyta się błyskawicznie. Osobom, które w miarę szybko czytają mogą zająć nie więcej niż jeden, dwa dni. W CHERUBIE bowiem nie ma miejsca na nudne opisy – ciągle coś się dzieje, a momenty wytchnienia pojawiają się z rzadka. Osobiście uwielbiam tę ciągłą akcję i emocje sięgające zenitu. Sam pomysł na cykl według mnie zasługuje na oklaski. Jest to coś oryginalnego, zwłaszcza, że wykonanie nie odstaje poziomem. Robertowi Muchamore jakimś cudem udało się zachować w tym wszystkim pewien realizm. Dzieci przed zostaniem pełnoprawnymi agentami muszą przejść wyczerpujące szkolenie. Zorganizowanie misji nie jest proste: trzeba zaangażować inne jednostki wywiadowcze oprócz CHERUBA, napisać wprowadzenie dotyczące przebiegu zadania, stworzyć legendy agentów, żeby wypadli wiarygodnie, uzyskać potwierdzenie komisji etyki… Fajnym zabiegiem są też epilogi, w których podsumowuje się dalsze losy osób występujących w danym tomie.

James to jednym z moich ulubionych bohaterów ever. Jest całkiem przystojny i zabawny, ale często wpada w tarapaty. Nie zliczę, ile razy powtarzałam w myślach „James, proszę, nie rób tego!”, a on jakoś nie chciał słuchać. Oprócz tego, hmm, lubi przebywać w towarzystwie dziewczyn, jednak przede wszystkim jest przesympatyczny. Na przestrzeni cyklu poznajemy wiele innych postaci i wszystkie są nieźle wykreowane, każda ma swoją unikalną osobowość. Wyjątek, a zarazem jedną z niewielu wad serii, stanowi Laura, czyli przyrodnia siostra Jamesa. Wprost jej nie znoszę, ponieważ gdyby była główną bohaterką, na pewno zyskałaby łatkę Mary Sue. Wszystko zawsze jej się udaje, a jeśli zrobi coś źle, to i tak nie spotyka jej kara, a wręcz wychodzi z sytuacji z korzyściami. Każdy ją lubi, mimo że ona sama jest często wredna. Pierwszy przykład dostajemy już na samym początku pierwszego tomu. Jakby tego było mało, w kolejnych częściach dostaje więcej „czasu antenowego”, na szczęście podobnie jak inne osoby. Od tomu trzynastego mamy już innego głównego bohatera, ale jeszcze go nie przeczytałam.

Nie da się ukryć, że cykl został utrzymany w młodzieżowym stylu, ale dla mnie to absolutnie plus — przez to książka jest pozbawiona wszelkiej sztywności. Do tego uwielbiam jej humor! Chociaż często nie jest to najbardziej inteligentny humor… Do tego w pierwszych kilku książkach relacje damsko-męskie mają się tak, jakby bohaterowie byli nieco starsi. Jednak zapominam o wszelkich niedoskonałościach, gdy tylko razem z Jamesem i innymi agentami wyruszam na akcję mającą uratować świat (lub tylko jego kawałek), co stanowi chyba najlepszą rekomendację.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest najlepszy młodzieżowy cykl na świecie, ale sentyment skutecznie przesłania mi jego wady w czasie czytania.

1. Rekrut | 2. Kurier | 3. Ucieczka | 4. Świadek | 5. Sekta | 6. Bojownicy
7. Wpadka | 8. Gangster | 9. Lunatyk | 10. Generał | 11. Bandyci | 12. Fala
13. Republika | 14. Anioł stróż | 15. Czarny piątek | 16. Odwet
49. „Moriarty” — Anthony Horowitz | Londyn znowu spotyka zło

49. „Moriarty” — Anthony Horowitz | Londyn znowu spotyka zło


Tytuł: Moriarty
Tytuł oryginalny: Moriarty
Autor: Anthony Horowitz
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Seria: Sherlock Holmes; tom: 2
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 288
Moja ocena: 9/10

Stało się! W pamiętnym starciu nad wodospadem Reichenbach przepadli Sherlock Holmes i jego arcywróg, profesor James Moriarty. Policjanci ze Scotland Yardu opłakują największego z detektywów, a przestępcza brać Londynu tęskni za swym hersztem - zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się nowa, brutalna siła zza oceanu, gotowa przejąć kontrolę nad półświatkiem: gang Clarence’a Devereux. Śledczy Frederick Chase z Agencji Detektywistycznej Pinkertona, który podąża jego tropem, znajduje sprzymierzeńca w osobie inspektora Athelneya Jonesa, gorliwego naśladowcy samego Holmesa. Wkrótce jednak zaczną ginąć ludzie, a gra pozorów, w którą uwikłają się bohaterowie, doprowadzi ich do zaskakującego finału.
(opis z LC)

Zdążyłam już zapomnieć, co tak bardzo spodobało mi się przy Domu jedwabnym, zwłaszcza, że zwykle nie przypadają mi do gustu takie branie na warsztat dawnych klasyków. Na szczęście udało mi się zdobyć Moriarty’ego i po raz kolejny cieszyć się wspaniałą lekturą. Powiedziałabym wręcz, że przebija ona pierwszą.

Jestem po prostu zachwycona tym, co przeczytałam, tym, jak Horowitz zainspirował się oryginałem i zgrabnie zgrał go z własną wizją rzeczywistości. Zachował to, co mogło dodać smaczku, czyli świat – bo zostajemy w znanym nam Londynie w odpowiednim czasie – oraz kilka postaci pojawiających się w Sherlocku Holmesie, a jednocześnie nie zaryzykował, pozostawiając sylwetkę słynnego detektywa gdzieś z boku, podsuwając nam jednak przebłyski jego geniuszu. Powieść mogą więc przeczytać zarówno wielbiciele tego klasyka (i im szczególnie ją polecam), jak i osoby, które mniej więcej kojarzą, o co w nim chodzi.

Najważniejsze jest jednak to, jak autor pokierował fabułą. Zastanawiałam się cały czas, jak zamierza połączyć różne rozpoczęte wątki, a kiedy dotarłam do zakończenia, szczęka mi opadła. Jak to się dzieje, że przeczytałam tyle kryminałów, a nadal tak łatwo mną manipulować? Bo właśnie to Anthony Horowitz uczynił: zadrwił sobie ze mnie, mamił od pierwszego, niezwykle zresztą intrygującego, do niemal ostatniego rozdziału, kluczył między słówkami. Ale mówię to z uśmiechem, bo dzięki temu taką radość sprawiła mi lektura. Jest to też na pewno zasługa języka, jakim operował. Książka jest może nie najdłuższa lecz przeczytałam ją i tak całkiem szybko. Nie ma się co dziwić. Czytelnikowi trudno jest poskromić ciekawość, bo chce jak najszybciej dowiedzieć się, co się zaraz wydarzy. Innym mocnym punktem Moriarty’ego są bohaterowie. Jak już wspomniałam, pojawiają się tutaj osoby, o których mogliśmy przeczytać w dziele Doyle’a, i to z różnych środowisk, co wyszło wcale nieźle, bo zostali dobrze opisani. Podobnie jak ci wymyśleni dopiero na potrzeby tej książki.

Chyba nie mam na co narzekać. Moriarty wyróżnia się wśród innych powieści detektywistycznych, a przynajmniej tych, które ostatnio przeczytałam, praktycznie wszystkimi elementami składowymi. Intryga, styl, bohaterowie i ukłon w stronę oryginału – wygląda na to, że właśnie tyle potrzeba do szczęścia.

1. Dom jedwabny | 2. Moriarty
48. „450 stron” — Patrycja Gryciuk | 450 stron rozczarowania

48. „450 stron” — Patrycja Gryciuk | 450 stron rozczarowania


Tytuł: 450 stron
Autor: Patrycja Gryciuk
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 416
Moja ocena: 3,5/10

W świecie w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować nową książkę? Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki, zostaje posądzona o zniesławienie. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów.
(opis z LC)

Naprawdę starałam się polubić tę książkę. Problem w tym, że prawie nic w niej nie grało. Miał to być kryminał z wątkiem romansowym, ale w moim odczuciu ani to, ani to nie wyszło. Pomysł na intrygę był nawet ciekawy; dwoje pisarzy wydaje tytuł o podejrzanie podobnej fabule, w tle morderstwa… Tyle że to wszystko może sobie iść do lasu, jeśli nie wprowadzi się odpowiedniego napięcia, a tego tutaj nie uświadczyłam. Skupianie się przy scenie morderstwa na butach sprawcy zupełnie mnie nie przekonuje, podobnie jak szczątkowy humor w stylu „Wstawiłam laptopa do piekarnika, a później o tym zapomniałam, hihi”. Rozwiązanie intrygi też jakieś takie słabe i nijakie. Zawiodłam się więc na warstwie kryminalnej, ale nie tylko na niej.

Bo jakby tego było mało, cały wątek miłosny został – wybaczcie mój klatchiański – z rzyci wzięty. Autorka ekranizowanej powieści i aktor spotykają się nie wiadomo czemu na śniadanie w knajpie i bum, wybucha wielka miłość. Bo tak. Przez następne strony on zajmuje się kontemplowaniem wspaniałości Wiktorii, a ona powtarzaniem, jaki to chłopak nie jest młody i przystojny, a ona taka stara, a on taki młody, bardzo młody, i w ogóle co ludzie powiedzą… Już bez przesady, nie takie różnice wieku między partnerami świat widział. Potem myślałam, że, jak to zwykle bywa, w ich związku pojawią się jakieś większe problemy, ale nie. Było tylko lamentowanie głównej bohaterki. A skoro już o niej mówimy… Jakoś nie zapałałam do niej zbytnią sympatią. Oprócz tego, że stanęła niebezpiecznie blisko etykietki Mary Sue (bo oczywiście musiała mieć więcej niż jednego adoratora), czasami po prostu mnie denerwowała. Na przykład powiedziała raz o sobie, że „niszczy związki” (?). Jeśli chodzi o rozwód – no cóż, to się zdarza, i to wcale nie rzadko w naszych czasach, poza tym z opisu wynika, że nie było w tym jej winy. Owszem, miała chłopaków na jedną noc… ale czy nie twierdziła później, że odpowiada jej taki stan rzeczy? Zresztą, żadnego z bohaterów nie polubiłam. O ile Wiktoria miała jeszcze jakąś przeszłość, o tyle reszta postaci była słabo zarysowana. 

No dobra, nie będę aż tak krytyczna: jedna rzecz mi się spodobała. Chodzi o opisy dotyczące procesu pisania, stosunku czytelnika czy pisarza do magii słowa. To były niestety jedyne nie tylko strawne, ale i całkiem przyjemne dla mnie fragmenty. Szkoda, że pojawiły się w niewielkiej liczbie. Nie jest to może powieść bardzo zła, ale uważam ją za kompletną stratę czasu i raczej nie polecam, jeśli macie do wyboru inne lektury.
38. „Bal absolwentów” — Ruth Newman

38. „Bal absolwentów” — Ruth Newman



Tytuł: Bal absolwentów
Tytuł oryginalny: Twisted Wing
Autor: Ruth Newman
Tłumaczenie: Radosław Januszewski
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 280
Moja ocena: 6,5/10

W noc balu absolwentów Ariel College zostaje znalezione potwornie okaleczone ciało studentki. W zalanym krwią pokoju jest jeszcze jedna dziewczyna… Olivia Coscadden żyje, ale jest w szoku. Psychiatra Matthew Denison jest przekonany, że widziała mordercę. Ale żeby otworzyć umysł Olivii, trzeba czasu. A czasu nie ma Rzeźnik z Cambridge wybiera kolejne ofiary. Wśród studentów rośnie strach. Zanim zginie następna studentka, Denison musi dotrzeć do zablokowanej podświadomości Olivii. I do sekretów, które się tam kryją. Lecz może lepiej by było, gdyby nigdy nie poznał prawdy…
(opis z Lubimy Czytać)

Bal absolwentów, choć nie najgorszy, wypadł odrobinę nijako. Stylistycznie na przykład nie było ani zgrzytów, ani nadzwyczaj sprawnego posługiwania się słowem. Patrząc ze strony fabularnej, zarówno rozwiązywanie zagadki morderstw, jak i jej wyjaśnienie zostały ciekawie wymyślone, ale nie aż tak, żeby się nad nimi rozpływać. To prawda, że najtrudniej opowiada się o książkach średnich. Postaram się jednak w miarę składnie przybliżyć moje wrażenia po tej, mimo wszystko, raczej pozytywnej lekturze.

Tempo akcji nie było zbyt szybkie. Zamiast zwyczajnego śledztwa dostaliśmy niecodzienny sposób narracji — wydarzenia obecne przeplatały się ze wspomnieniami przeszłości. Aczkolwiek znalazło się kilka zwrotów akcji, zwłaszcza w drugiej części książki. Nawet na sam koniec, kiedy już myślałam, że sprawa została zamknięta, autorce udało się mnie zaskoczyć. Bardzo podobał mi się wątek analizy psychiatrycznej i poruszenie tematów (może nie dogłębnie, ale jednak) z nią zawiązanych. Aż chciałby się więcej! Co się z tym wiąże, Olivia, czyli osoba, z którą spędzaliśmy najwięcej czasu, również została nakreślona w interesujący sposób, ale też została trochę zbyt schematycznie potraktowana w niektórych kwestiach.

Zastrzeżenia mam co do kreacji reszty bohaterów. Przez większość lektury musiałam się co chwilę zatrzymywać, żeby przypomnieć sobie, kim była osoba o danym imieniu. Postacie, oprócz najważniejszych zostały przedstawione za pomocą jednej głównej cechy i do niej prawie w całości sprowadzały się ich charaktery. Mimo to i tak za bardzo się nie wyróżniały, a szkoda. Autorka mogłaby się pokusić o większą rolę dla nich w powieści — myślę, że świetnie sprawdziłaby się tu atmosfera wzajemnego strachu pomiędzy studentami, przerażonych tym, że w ich szkole dochodzi do morderstw, oskarżanie coraz to większej liczby uczniów wraz z odsłanianiem ich prawdziwego wnętrza. Newman poszła jednak w inną stronę i bohaterowie poboczni stanowią jedynie tło dla osi fabuły skupiającej się na czymś innym.

Cóż mogę jeszcze dodać. Kryminał nie spełni oczekiwań wymagającego czytelnika i nie nadaje się też dla wszystkich, ponieważ zostało w nim opisanych kilka brutalnych scen. Największy plus dla Balu absolwentów należy się za wprowadzenie wątku związanego z psychologią, który zdecydowanie podnosi jego poziom. Mnie przypadł do gustu, choć nie sądzę, bym miała o nim długo pamiętać. 

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Mini maraton czytelniczy
Minirecenzje #2 „Przegląd Końca Świata. Feed” — Mira Grant, „Ene, due, śmierć” — M. J.Arlidge

Minirecenzje #2 „Przegląd Końca Świata. Feed” — Mira Grant, „Ene, due, śmierć” — M. J.Arlidge



Tytuł: Przegląd Końca Świata. Feed
Tytuł oryginalny: Feed
Autor: Mira Grant
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Seria: Przegląd Końca Świata; tom: 1
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 490
Moja ocena: 7,5/10


Była to pierwsza powieść o zombie, jaką przeczytałam i mam bardzo pozytywne odczucia. Przede wszystkim interesująca jest wizja świata stworzona przez Mirę Grant, w której blogosfera osiągnęła już znaczącą pozycję wśród mediów, no i oczywiście pojawienie się na Ziemi zombie, przekonująco wyjaśnione i opisane. Co ciekawe, te dwie kwestie łączą się ze sobą z naprawdę niezłym efektem. Również wpisy z blogów wplecione między rozdziały były fajnym przerywnikiem. Bohaterów polubiłam i generalnie nie mam tutaj nic do zarzucenia, ponieważ nie byli płascy i każdy miał własny charakter. Jeśli już miałabym się na coś poskarżyć, to zbyt wolne tempo akcji jak na mój gust. Nie było też tylu chwil prawdziwego napięcia, na ile liczyłam. Zakończenie zaś zostawiło mnie z szeroko otwartymi oczyma. Nie tego się spodziewałam! Tym bardziej nie mogę doczekać się drugiej części. Polecam zdecydowanie fanom zombie i innym, których intryguje pomysł na ten cykl.


1. Feed | 2. Deadline | 3. Blackout

Tytuł: Ene, due, śmierć
Tytuł oryginalny: Eeny Meeny
Autor: M. J. Arlidge
Tłumaczenie: 
Seria: Helen Grace; tom: 1
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 419
Moja ocena: 9/10

O tej książce mogę powiedzieć tyle: świetny thriller. Wciąga i oderwanie się od lektury staje się wyzwaniem. Dzięki temu, oraz przyjemnemu, lekkiemu stylowi, jakim została napisana, czyta się ją szybko. Pomysłowa intryga pochłania bez reszty i ciągle możemy się zastanawiać, czy, ile i jakie jeszcze będą ofiary.

Rozwiązanie sprawy to coś więcej niż odkrycie zbrodniarza. Mamy tu do czynienia z bardziej skomplikowaną sytuacją. Powracają demony z przeszłości — dylematy nie do rozwiązania i ostateczne wybory. Wyróżnione w książce fragmenty mają większe znaczenie, niż się wydaje.


Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić wszystkim „Ene, due, śmierć”, które na mnie zrobiło bardzo dobre wrażenie.


1. Ene, due, śmierć | 2. Powiedz, panno, gdzie ty śpisz

30. „Czerwone jak krew” — Salla Simukka

30. „Czerwone jak krew” — Salla Simukka


Tytuł: Czerwone jak krew
Tytuł oryginalny: Punainen kuin veri
Autor: Salla Simukka
Tłumaczenie:Sebastian Musielak
Seria: Lumikki Andersson; tom: 1
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 250
Moja ocena: 7,5/10

Pewnego dnia w szkolnej ciemni Lumikki znajduje dużą sumę pieniędzy. Na większości banknotów widnieją ślady krwi. Kto je tam zostawił? Co ma do ukrycia? 
Okazuje się, że w sprawie maczało palce troje uczniów: córka policjanta Elisa, szkolny amant Tuukka i outsider Kasper. Wkrótce Lumikki zostaje wplątana w międzynarodową aferę, w którą zamieszani są rosyjscy gangsterzy i tajemniczy Biały Niedźwiedź. W grze pozorów prowadzonej przez Lumikki stawką jest dobre imię, a może nawet życie jej przyjaciół.
(opis z okładki)

Niewątpliwie jednym z elementów powieści, które podnoszą jej ocenę, jest sama postać Lumikki. Ciekawie skonstruowana, złożona, tajemnicza. Polubiłam ją. Wyróżnia się na tle innych swoją niezależnością i właściwie całym stylem bycia. Jeśli chodzi o resztę bohaterów, nie jest najgorzej. Najbardziej rozwiniętą postacią jest chyba Eliza i oprócz niej nie ma już wybijających się charakterów, mimo to każdy stanowi jakieś indywiduum.

Jednak nie nazwałabym tego kryminałem wszech czasów. W kryminałach wszystkiego musimy się domyślać, przynajmniej do czasu, aż bohater kroczek po kroczku nie rozwiąże zagadki. Tymczasem tutaj miałam wrażenie, jakby autorka większość faktów podała nam na tacy, na przykład poprzez zmianę perspektywy, i mało elementów układanki pozostało niewyjaśnionych. Tym bardziej, że zagadka do najbardziej skomplikowanych nie należy.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Salla Simukka miała bardzo dobry pomysł na główną bohaterkę, ale do powieści detektywistycznej musiała jeszcze wymyślić intrygę, która jednak nie okazała się równie interesująca i ostatecznie stanowiła coś w rodzaju tła dla sylwetki młodej Andersson. Mimo to, fabułę uważam ogólnie za dość ciekawą, a niektóre momenty były bardzo emocjonujące. Podobał mi się też styl powieści — lekki i młodzieżowy.

Moje pierwsze spotkanie z serią o fińskiej Śnieżce na pewno mogę zaliczyć do udanych. Spodziewałam się przyjemnej lektury i taką otrzymałam, chociaż miałam cichą nadzieję na odkrycie perełki. Może to jeszcze nie ta część. Książce na pewno nie można jednak odmówić osnuwającego wydarzenia niezwykłego, zimowego i w pewnym sensie nostalgicznego klimatu.

Jest to zdecydowanie powieść dla młodzieży. Czerwone jak krew poleciłabym szczególnie osobom, które od kryminału nie oczekują wiele. Szkoda, że autorka nie rozwinęła bardziej tej historii — może gdyby nie była taka krótka, pozostawiłaby jeszcze lepsze wrażenie. Z drugiej strony to dopiero pierwsza część cyklu, a ja już nie mogę doczekać się dalszych przygód Lumikki.

1. Czerwone jak krew | 2. Białe jak śnieg | 3. Czarne jak heban

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam opasłe tomiska
– Klucznik

Miło mi ogłosić, że udało mi się właśnie ukończyć wyzwanie „Przeczytam tyle, ile mam wzrostu”. Moim celem było 166 centymetrów, a ostatnią książką przeczytaną w jego ramach jest Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Wiąże się też z tym dziwny zbieg okoliczności. Otóż chciałam sobie odświeżyć pamięć i znowu sięgnąć po Harry'ego — robię tak co jakiś czas. Ostatnim razem czytałam tę część w zeszłym roku, ale zupełnie nie pamiętałam, kiedy dokładnie. Dwa dni temu, 16. sierpnia, kiedy ponownie ją skończyłam, weszłam na notatki, żeby wpisać dzień przeczytania i jednocześnie spojrzeć na wcześniejszą datę. Niewiarygodne, ale to również był 16. sierpnia. Przypadek? ^^
23. „Gdzie się cis nad grobem schyla” — Alan Bradley

23. „Gdzie się cis nad grobem schyla” — Alan Bradley


Tytuł: Gdzie się cis nad grobem schyla
Tytuł oryginalny: Speaking From Among the Bones
Autor: Alan Bradley
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Seria: Flawia de Luce; tom: 5
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 323
Moja ocena: 10/10

W Bishop's Lacey zbliża się Wielkanoc. Z okazji pięćsetnej rocznicy śmierci świętego Tankreda zaplanowana jest ekshumacja zwłok patrona miejscowego kościoła. Kto wie, czy nie przyniesie ona jakiegoś niespodziewanego odkrycia. Flawia jak zwykle nie będzie mogła się nudzić. Spróbuje się dowiedzieć, jaką tajemnicę skrywa Fela, co się stało z organistą i jakie znaczenie w tej historii odgrywa adamas. A wszy-stkie tropy prowadzą do kościoła... Tymczasem nad rodziną de Luce'ów wciąż wisi widmo utraty Buckshaw.

Z Flawią nie widziałam się od dłuższego czasu. Tę część dostałam od wydawnictwa za wygraną w konkursie jeszcze chyba w zeszłym roku, ale czekała na półce bardzo długo. Powodem były moje obawy: czy po takim czasie nadal będę w stanie lubić tę o kilka lat młodszą dziewczynkę? Czy seria nie straci ze swojego uroku? I jak sobie poradziła nowa tłumaczka? Na szczęście żadna z tych obaw nie miała racji bytu.

Jak już wspomniałam przy okazji jednego z tagów, Flawia jest jedną z najbardziej lubianych przeze mnie postaci ze wszystkich książek, jakie przeczytałam i to uczucie nie słabnie od prawie pięciu lat. Jej inteligencja, wiedza, nietypowe zainteresowania i bystrość umysłu są może nie do końca adekwatne do wieku, ale równoważą je subtelne niewinność i nawet momentami naiwność typowe dla dzieci. Poza tym kocham jej poczucie humoru.
Nie ma sensu tracić czasu na fałszywą próżność, jeśli mamy w zanadrzu prawdziwą.*
Co jest jednak najlepsze, nie tylko tytułowa bohaterka ma dopracowaną kreację. Mamy w tej powieści, a właściwie całej serii, całą plejadę ciekawych postaci. Na początku muszę wspomnieć o pani Mullet, która niewątpliwie pomogła mi we wcześniej wspomnianym konkursie. Jej się po prostu nie da nie lubić. Idąc dalej — próżna, ale w głębi serca oddana rodzinie Ofelia, mól książkowy Dafne, poważny i surowy ojciec, pomocny i domyślny Dogger, inspektor Hewitt... Niemożliwym jest wymienić wszystkich, ale każdy ma za sobą historię, każdy się wyróżnia. Nowe postacie pojawiające się w tej części nie odbiegają pod tym względem od reszty i taka mieszanka osobowości działa na powieść bardzo pozytywnie.

Jednym z największych atutów cyklu jest moim zdaniem styl autora. Cechuje go przede wszystkim barwny język, bogate słownictwo oraz czasem pojawiają się nawiązania do sztuki i literatury. Warto tutaj pochwalić tłumaczkę, Magdalenę Moltzan-Małkowską, która sprostała zadaniu po równie dobrze wykonanej pracy Jędrzeja Polaka. Opisy nie są nudne, a dialogi sztuczne. Raczej interesujące i błyskotliwe! Budują niezwykły klimat angielskiego miasteczka; podczas lektury czułam się, jakbym wnikała do opisywanych miejsc. Łatwo się wciągnąć i mimo że fabuła nie obfituje w zwroty akcji, emocji nie brakuje i trudno się oderwać od czytania. Jeśli chodzi o rozwiązanie zagadki, oczywiście pozostało dla mnie tajemnicą do samego końca. Zakończenie wbija w fotel, choć już na początku czytania tej książki przeczuwałam, że coś się święci. Oczekiwanie na tłumaczenie szóstego tomu będzie torturą.

Chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, że polecam Gdzie się cis nad grobem schyla i resztę serii. Może to wynika z sentymentu, bowiem pierwszy raz zetknęłam się z Flawią w połowie podstawówki, ale nie umiem dostrzec w niej wad. Dla mnie jest doskonała i chciałabym, żeby nigdy się nie skończyła.

* Cytat pochodzi z książki; str. 240


1. Zatrute ciasteczko | 2. Badyl na katowski wór | 3. Ucho od śledzia w śmietanie
4. Tych cieni oczy znieść nie mogą | 5. Gdzie się cis nad grobem schyla
6. Obelisk kładzie się cieniem | 7. Jak kominiarzy śmierć w proch zmnieni

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam opasłe tomiska
20. „Dom jedwabny” — Anthony Horowitz

20. „Dom jedwabny” — Anthony Horowitz


Tytuł: Dom jedwabny
Tytuł oryginalny: House of Silk
Autor: Anthony Horowitz
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Seria: Sherlock Holmes; tom: 1
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 304
Moja ocena: 8/10

Nowa opowieść z Sherlockiem Holmesem w roli głównej, nieujawniona wcześniej ze względu na potworny finał sprawy. Edmund Carstairs obawia się, że prześladuje go Keelan O'Donaghue, dawny członek Gangu Kaszkietów, czyli budzącej wielki strach organizacji przestępczej z Ameryki. Jak się później okazuje, sprawa jest dużo bardziej zawikłana niż się wcześniej zdawało, bo trop zaczyna prowadzić w zupełnie innym kierunku. Mężczyzna jeszcze nigdy nie był w większym niebezpieczeństwie.

Dom jedwabny dostałam kilka lat temu i praktycznie od razu odłożyłam go na najniższą półkę. Jestem wielką fanką Sherlocka Holmesa, a moje spotkania z próbami odtworzenia tej kultowej postaci przez innych kończyły się fiaskiem (oprócz, naturalnie, Sherlocka BBC). Po prostu nie chciałam kolejnego rozczarowania. Jednak ostatnio ta pozycja zyskała zainteresowanie, w dużej mierze dlatego, że ukazała się następna część. Postanowiłam do niej wrócić, ponieważ zebrała przy tym pozytywne opinie. I moja też taka będzie!

Autorowi udało się nie tylko nie zbezcześcić jednej z moich ulubionych postaci literackich, ale również stworzył coś dobrego — naprawdę dobrego. Postarał się jak najbardziej zbliżyć swą powieść do dzieł sir Arthura Conan Doyle'a i to widać, np. poprzez scenę na początku, w której Holmes odczytuje myśli Watsona poprzez dedukcję — spodziewałam się tego w sumie popularnego motywu. Jednakże Anthony Horowitz utrzymał kreację obu głównych bohaterów z oryginału, stylistycznie też nie mam nic do zarzucenia, a zagadka była ciekawa i obserwowanie tego, jak się rozwija sprawiło mi niemałą przyjemność, wiec tak naprawdę w ogóle mi to nie przeszkadza.

Mamy tutaj zwroty akcji, zaś całą powieść osnuwa atmosfera tajemnicy i niepokoju, potęgowana w miarę gmatwania się śledztwa i kolejnych niebezpieczeństw stających na drodze protagonistów. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o rozwiązaniu. Rzeczywiście było pomysłowe i dość wstrząsające, chociaż jego część nie zaskoczyła mnie aż tak bardzo, ponieważ niedawno czytałam o czymś podobnym. Tak czy siak, jestem zadowolona.

Nie pozostaje mi teraz nic innego jak polecić ten powrót do przygód najsłynniejszego z detektywów. Nie zawiodłam się, a wiedzcie, że akurat w takich sprawach jestem wybredna. Chwilami naprawdę można było zapomnieć, że czyta się innego autora. Nowemu Sherlockowi Holmesowi daję zielone światło.

1. Dom jedwabny | 2. Moriarty

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Klucznik
– Czytam opasłe tomiska
16. „Wołanie kukułki” — Robert Galbraith

16. „Wołanie kukułki” — Robert Galbraith


Tytuł: Wołanie kukułki
Tytuł oryginalny: The Cucoo's Calling
Autor: Robert Galbraith (J. K. Rowling)
Tłumaczenie: Anna Gralak
Seria: Cormoran Strike; tom: 1
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 452
Moja ocena: 5/10

Ginie światowej sławy modelka Lula Landry. Jej brat, John Bristow, zwraca się o pomoc do detektywa Cormorana Strike'a. Bristow nie wierzy, że siostra popełniła samobójstwo, wbrew temu, co twierdzi policja. Tymczasem w agencji Strike'a jako asystentka zatrudnia się Robin. Nowa praca wiele zmieni w jej życiu, a sytuacja ta odbije się również na samym detektywie.

No mam mieszane uczucia. Myślałam, że jak Rowling, to mi się spodoba, ale nie do końca tak się stało. Zaczynając od plusów: sylwetki głównych bohaterów. Cormoran i Robin są sympatyczni i niepapierowi. Widać, że jest to przemyślana kreacja, a autorce udało się stworzyć niebanalne postacie. Jeśli chodzi o resztę bohaterów, to również mogłabym powiedzieć, że mają różne charaktery i nie zlewają się w całość, jak to czasami bywa.

Natomiast nie przypadła mi do gustu sama konstrukcja powieści. Na początku mamy śmierć modelki, a potem rozpoczyna się śledztwo Strike'a i szczerze mówiąc, jest ono dość nudne. Polega na chodzeniu od jednego świadka/podejrzanego do drugiego i wypytywanie — w międzyczasie mamy też kilka wątków pobocznych. Sama zagadka nie jest zbyt ciekawa i wszystko to razem daje w efekcie powieść, która raczej się dłuży niż trzyma w napięciu. Jeśli chodzi o zakończenie (wiecie, że zawsze jest dla mnie bardzo ważne), po raz kolejny szału nie ma. Trochę zaskakujące w swojej... prostocie?, ale nie jest to coś, czego by jeszcze nie było.

Zaczynam dochodzić do wniosku, że długie powieści kryminalne nie są dla mnie, bo w kryminałach skupiam się głównie na samej sprawie do wyjaśnienia. Chcę uczestniczyć w śledztwie, chcę spróbować je rozwiązać równolegle do bohatera książki. Chcę zobaczyć ten kunszt, dzięki któremu mam wrażenie, że znajduję się w środku akcji, a nie obok. Nie udało mi się to w Wołaniu kukułki. Co do stylu, przy Harrym Potterze czułam, że Rowling pisze z polotem, tutaj — nie. Może to wina tłumaczki, Anny Gralak, czyli tej samej pani, która przełożyła Unicestwienie (notabene tam też miałam wątpliwości do stylu. Pszypadek?). 

Książkę uważam za przeciętną i gdybym sięgnęła po nią, nie wiedząc, czyjego tak naprawdę jest autorstwa, mogłabym o niej zapomnieć. Pewnie dałoby się zrobić z tego dobrą powieść psychologiczną, ale w obecnej formie raczej mi nie podeszła.

1. Wołanie kukułki | 2. Jedwabnik | 3. Żniwa zła

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Czytam opasłe tomiska

źródło zdjęcia
15. „Morderstwo w Boże Narodzenie” — Agatha Christie

15. „Morderstwo w Boże Narodzenie” — Agatha Christie


Tytuł: Morderstwo w Boże Narodzenie
Tytuł oryginalny: Hercule Poirot's Christmas
Autor: Agatha Christie
Tłumaczenie: Andrzej Milcarz
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 232
Moja ocena: 8/10

Zbliża się Boże Narodzenie. Simeon Lee, starszy już i niezbyt miły, choć hojny mężczyzna nieoczekiwanie postanawia zaprosić na Święta do swojego domu krewnych. Niektórzy nie widzieli się od lat, co więcej, nie wszyscy są sobie znani — w takiej sytuacji na pewno dojdzie do napięć.

Bardzo spodobał mi się ten kryminał. Bohaterowie byli ciekawie skonstruowani, chociaż na początku mylili mi się George i David. Z każdą stroną napięcie rosło. Trudno było mi kogokolwiek szczególnie podejrzewać, ponieważ wszyscy wydawali się zdolni do popełnienia przestępstwa. No i coś, co w powieściach detektywistycznych jest kluczowe — rozwiązanie. Pod koniec już myślałam, że na sto procent odgadłam zbrodniarza, że skoro ostatnio dzieła Christie nie zaskakują mnie tak, jak bym oczekiwała, to i tym razem nie mogę się mylić. I co? Figa z makiem! Kompletnie nie trafiłam. Bardzo cenię sobie w kryminałach to, że choć mordercę cały czas mieliśmy przed nosem, mimowolnie go ominęliśmy przy szukaniu odpowiedzi na pytanie: kto. Tutaj właśnie tak było.

Jednego mi tylko zabrakło: może to dlatego, że są już trzy miesiące po Bożym Narodzeniu, a może sytuacja w domy Simeona Lee nie pozwoliła jej wytworzyć, ale w ogóle nie poczułam podczas czytania świątecznej atmosfery. Akcja równie dobrze mogłaby toczyć się w dowolny inny dzień roku bez uszczerbku dla książki. Nie miało to jednak dla mnie aż takiego dużego znaczenia. Naprawdę polecam Morderstwo w Boże Narodzenie, bo jest świetnym reprezentantem swojego gatunku.

Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Klucznik
8. „Pierwsze, drugie... zapnij mi obuwie” — Agatha Christie

8. „Pierwsze, drugie... zapnij mi obuwie” — Agatha Christie


Tytuł: Pierwsze, drugie... zapnij mi obuwie
Tytuł oryginalny: One, Two, Buckle My Shoe
Tłumaczenie: Jan Stanisłąw Zaus
Autor: Agatha Christie
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 229
Moja ocena: 7/10

Kiedy Herkules Poirot siedzi w poczekalni u dentysty i czeka na swoją kolej, na pewno nie spodziewa się, że już niedługo dom, w którym się znajduje, stanie się miejscem zbrodni. Gra toczy się o wysoką stawkę. Wraz z upływem czasu pojawia się więcej ofiar... i więcej podejrzanych. Czy i tym razem belgijski detektyw zdoła ująć sprawcę, nim będzie za późno?

Kryminały są idealne jako lekka lektura dla odpoczynku i relaksu. Jako że ostatnie czytane przeze mnie dzieła Christie niezbyt mnie porwały, tym bardziej się cieszę, że wreszcie trafiłam na miłą odskocznię.

To, co niezbyt podoba mi się u Christie, to nieco przydługawe wstępy. Lubię, jak szybko dowiadujemy się, na czym sprawa stoi i zostajemy wciągnięci w wir śledztwa, a tutaj właśnie udało mi się to znaleźć. Trzeba przyznać, że zagadka nie była łatwa do rozwikłania. Wiele dziwnych aspektów tej sprawy nie dawało mi spokoju — nie tylko podczas czytania. Jednak zakończenie, choć niewątpliwie pomysłowe, wydało mi się nieco zbyt zamotane. Najlepsze kryminały to według mnie takie, w których śledztwo zdaje się zawiłe, podczas gdy rozwiązanie sprawy okazuje się nadzwyczaj proste — praktycznie na wyciągnięcie ręki — a jednak zwykły czytelnik nie miałby szans na jego odgadnięcie. Niemniej ucieszyłam się, że odgadłam chociaż jeden element tego zakończenia.

Czytanie Pierwszego, drugiego... sprawiło mi dużo radości i z uwagą śledziłam poczynania Poirota (mimo że twardo obstaję przy twierdzeniu, że Sherlock Holmes jest lepszym detektywem). Dzieło zaliczam do jednego z lepszych w dorobku autorki, choć fakt, że jak dotąd nie czytałam jej zbyt wiele. Wydaje mi się, że zachowam ten tytuł w pamięci, ale to być może dlatego, że nadal nie ogarnęłam, o co chodzi z tym wierszykiem.

 Wyzwania:
– Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
– Klucznik
Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger