Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee

Minirecenzje #14 „Upadek Hyperiona” — Dan Simmons, „Mówczyni” — Traci Chee


Tytuł: Upadek Hyperiona
Tytuł oryginalny: The Fall Of Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperion; tom: 2
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 611
Moja ocena: 8,5/10

Czy Upadek Hyperiona przewyższa poprzednią część? Myślę, że najlepiej będzie powiedzieć, że trochę się od siebie różnią. Hyperion był bardzo równy, imponował mi klimatem i tajemniczością i służył głównie wprowadzeniu do wydarzeń. Kontynuacja z kolei miała swoje lepsze i gorsze momenty: już nie było w niej tego szkatułkowego zabiegu, który wcześniej sprawił, że stale na nowo rozbudzało się moje zainteresowanie historią, a przez to tutaj mniej więcej do połowy miałam wrażenie, że akcja nie bardzo posuwa się do przodu. Brakowało mi tej różnorodności, którą otrzymałam od relacji poszczególnych bohaterów. Natomiast kiedy pewne rzeczy zaczęły się wyjaśniać, kiedy autor zaczął powoli odkrywać, o co w tym wszystkim chodzi, byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem tego, jak Simmons umiejętnie połączył rozważania filozoficzne, religijne, a nawet ekologiczne z pytaniami o naturę człowieka i przyszłość ludzkości. Wszystko to jest ściśle związane z wymyśloną przez niego wizją świata; jest ona niezwykle obrazowa i frapująca. Zdecydowanie warto przedrzeć się przez ten średnio zachęcający początek dla takiego rozwinięcia. Muszę jednak zwrócić uwagę, że lekko zawiodły mnie niektóre rozwiązania, które okazały się zbyt proste. Mimo to Hyperion jako cykl jest niezwykle inteligentną opowieścią dostarczającą nie tylko rozrywki, ale też podstaw do przemyśleń na temat naszej teraźniejszości i przyszłości.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona

Tytuł: Mówczyni
Tytuł oryginalny: The Speaker
Autor: Traci Chee
Tłumaczenie: Nina Wum
Seria: Morze Atramentu i Złota; tom: 2
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 536
Moja ocena: 6/10

Mam wrażenie, że na polskim rynku Morze Atramentu i Złota prześlizgnęło się niemal niezauważenie. Po lekturze Czytelniczki trochę nad tym ubolewałam, bo wydawało mi się, że wiele osób mogło przeoczyć całkiem interesującą trylogię dla młodzieży, a przecież w obecnym zalewie książek wszelkiej maści trudno wyłowić te najbardziej wartościowe. Jednak kontynuacja przyniosła ze sobą lekki zawód. Przede wszystkim opowieść częściowo straciła dla mnie swój baśniowy klimat, a zaczęła mocniej razić schematycznością. Niestety, ale coraz rzadziej jestem w stanie docenić powieści młodzieżowe, bo im więcej ich czytam, tym częściej dostrzegam szablony, jakimi posługują się pisarze. W końcu o czym właściwie jest ten drugi tom? Sefia i Łucznik postanawiają skończyć z ukrywaniem się i zacząć działać — chcą rozprawić się z Impressorami i rozbić siatki zajmujące się porywaniem chłopców przy pomocy przepowiedni. Czyli po raz kolejny głównym motywem jest przemoc i walka uciśnionych z uciskającymi oraz proroctwa naprowadzające bohaterów na właściwie tory. Taka formuła, przynajmniej w moim przypadku, przestała być angażująca. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest absolutnie nudna; Traci Chee odsłania przed nami kolejne tajemnice i w niektórych przypadkach również rozwiązania, co przyczynia się do lepszego zrozumienia stworzonego przez nią świata, a „perspektywa piracka” nadal jest jednym z lepszych wątków. Podobało się też pogłębienie psychologiczne postaci (w porównaniu do pierwszej części), chociażby Łucznika, którego postać zyskała trochę więcej wymiaru. Problem w tym, że to nie wystarcza, by wybić się ponad przeciętność, i Mówczyni raczej nie zostanie w mojej głowie na długo.

1. Czytelniczka | 2. Mówczyni
Minirecenzje #13 „Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści” — Sam Kean, „Wyspa” — Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Minirecenzje #13 „Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści” — Sam Kean, „Wyspa” — Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Tytuł: Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści
Tytuł oryginalny: The Disappearing Spoon: And Other True Tales of Madness, Love, and the History of the World from the Periodic Table of the Elements
Autor: Sam Kean
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Wydawnictwo: Feeria Science
Liczba stron: 390
Moja ocena: 8/10

Jeśli nigdy nie lubiliście chemii w szkole, ta pozycja może was do niej przekonać. Znikająca łyżeczka to nie jest książka, dzięki której nauczycie się pisać reakcje chemiczne czy obliczać zawartości roztworów. Sam autor pisze, że według niego najlepiej przyswaja się informacje dzięki anegdotom i faktycznie dokładnie to zawarł w swojej książce: przedstawił historię odkrywania pierwiastków i powstawania (oraz zapełniania) układu okresowego. Jak się okazuje, za wieloma z tych zjawisk stały ciekawe postaci badaczy i zwykłych ludzi, choroby i ozdrowienia, przypadki i niepohamowana dociekliwość. Sam Kean atakuje temat z różnych stron, uciekając się czasem do przywołania zagadnień teoretycznych (ale w strawny sposób, więc nawet laik powinien się w nich odnaleźć), lecz przede wszystkim cofa się w przeszłość, aby zrozumieć, skąd bierze się wiedza na temat pierwiastków, jaką mamy dzisiaj. W większości podane są raczej informacje ciekawostkowe, z gatunku tych zdobywanych dla własnej satysfakcji z wiedzy, i może dlatego Znikająca łyżeczka wydaje mi się tak przystępna — na przykład nareszcie dowiedziałam się, skąd wzięły się nazwy niektórych pierwiastków, co zawsze mnie interesowało. Może jednak lepiej byłoby czytać ją na raty, bo pod koniec lektury czułam już mały przesyt materiałem i to jest chyba jedyna rzecz, jaką mogę jej zarzucić. No, może jeszcze ten układ przypisów na końcu, który jest bardzo nieintuicyjny. Ale tak poza tym to jestem całkiem zadowolona.

Tytuł: Wyspa
Tytuł oryginalny: Eyland
Autor: Sigríður Hagalín Björnsdóttir
Tłumaczenie: Jacek Godek
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 288
Moja ocena: 6/10

Koncept Wyspy nie jest wcale nowy i oryginalny — ileż powstało tekstów kultury mówiących o skrajnych przypadkach czy katastrofach, w wyniku których jakaś grupa ludzi została odizolowana i skazana na radzeniu sobie samej. Tym, co wyróżnia tę powieść, jest fakt, gdzie ta sytuacja nastąpiła, a więc na już teraz dość oddalonej od kontynentów Islandii, kraju lodu i ognia, jak mówi frazes. Czy w obecnym świecie takie „odcięcie się” od reszty świata pozostawia realne szanse na przeżycie? Autorka analizuje możliwą postawę Islandczyków, którzy w jej wizji mogliby próbować wywołania narodowej mobilizacji w oparciu o historyczne, patriotyczne wzorce. Ale jednocześnie jest tu zawarta refleksja dotycząca ludzkości w ogóle: chyba nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od innych. I chociaż jako czytelnicy poznajemy losy dorosłych i dzieci, rodowitych Islandczyków, imigrantów i zwykłych podróżnych, rządzących i rządzonych, to odczuwam duży niedosyt. W istocie jest to powieść niezbyt długa i miałam wrażenie, że temat potraktowano pobieżnie. Podkreśla to jeszcze dynamiczne budowanie akcji dzięki dłuższym, poprzedzielanym przecinkami zdaniom, przez co książkę czyta się niezwykle szybko. Chociaż zdaje się, że takie właśnie mogły być intencje Björnsdóttir, bo pozostawiła wiele kwestii otwartych i świadomie nie dokończyła tego obrazu, myślę, że Wyspie wyszłoby na dobre, gdyby jeszcze bardziej wgłębić się w wydarzenia. Z tego powodu uważam ją za niezłą książkę, ale raczej nie zostanie w mojej pamięci na długo.
____

Niestety przez najbliższy czas posty będą się pojawiały raczej rzadziej niż częściej (wcale nie nowość na tym blogu). Obecnie nie wyrabiam się z czytaniem lektur szkolnych, a co dopiero mówić o książkach „własnych”; do tego nie mogę czytać waszych blogów tak często, jak bym chciała. Taka sytuacja utrzyma się prawdopodobnie do maja, kiedy będę już po maturze i w końcu będę mogła robić wszystko, na co obecnie nie mam czasu. :)
66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...

66. „Hyperion” — Dan Simmons | W głębokich mrokach posępnej doliny...


Tytuł: Hyperion
Tytuł oryginalny: Hyperion
Autor: Dan Simmons
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Seria: Hyperion; tom: 1
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 624
Moja ocena: 8,5/10

Nachodzi was czasem takie uczucie dotyczące jakiejś książki, którą od dawna niby chcecie przeczytać, ale jakoś nigdy nie możecie się do tego zabrać, że koniec odwlekania, to już jest ten czas? Ja tak właśnie miałam z Hyperionem. Ponieważ opis wydawcy niewiele mi mówił, niewiele wiedziałam o tej książce poza tym, że zbiera bardzo dobre recenzje. Po lekturze mogę stwierdzić, że chyba nie tego się spodziewałam — ale to nie szkodzi, bo i tak przerosła moje oczekiwania.

Znajdujemy się w dalekiej przyszłości — ludzkość opanowała część kosmosu, stworzyła nowe struktury polityczne i rozsiała się po Wszechświecie. Razem z tym przyszedł oczywiście niesamowity postęp technologiczny i nowe możliwości dotyczące chociażby zdrowia czy przemieszczania się. Sytuacja jednak nie jest stabilna, bo zbliża się wojna międzygalaktyczna, a w wyniku niejasnych powiązań z tą sprawą wybranych zostaje siedmioro ludzi: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Kapitan, Detektyw oraz Konsul, którzy muszą odbyć pielgrzymkę do jednego z najdziwniejszych miejsc, jakie znają – czyli Hyperiona.

Sama nie wiem, od czego powinnam zacząć. Może od tego, co najbardziej rzuca się w oczy podczas czytania, a mam tu na myśli świat, w jaki od samego początku bez słowa wyjaśnienia wrzuca nas Simmons. Rozmach, z jakim autor skonstruował swoją wizję, sprawia, że niełatwo od razu wciągnąć się w lekturę. Jesteśmy bombardowani nieznanymi słowami wynalazków i idei powszechnych w tym uniwersum. Stopniowo jednak większość rzeczy się wyjaśnia; wtedy można już zająć się podziwianiem pomysłowości i kunsztu, z jakimi wszystkie jego elementy zostały połączone. Ciekawych jest kilka tysięcy lat historii, które nas od niego dzielą, ciekawa jest polityka i ciekawa jest nowoczesna technika – jednym słowem, cała kultura. Dużo pojęć pozostaje w strefie niedopowiedzeń, ale cóż, to dopiero pierwsza część cyklu, więc wierzę, że jeszcze zdążą się wyjaśnić. Z drugiej strony, myślę, że to może być cecha charakterystyczna dla Hyperiona, takie pozwalanie na to, by czytelnik zastanawiał się nad niejasnościami i sam spróbował dopowiedzieć sobie, co trzeba.

To wszystko zamknięte jest w nietypowej formie — powieści szkatułkowej. Fabuły nie stanowi tylko akcja, bo większą jej część zajmują wspomnienia, opowieści snute przez pielgrzymów i w pewnym stopniu wyjaśniające ich rolę w peregrynacji. Bardzo przypadł mi do gustu ten zabieg, bo mając za protagonistę po kolei różne osoby, mogłam spojrzeć na świat z różnych perspektyw i poznać osobne historie, a każda była unikalna i skupiała się na innych aspektach życia w Hegemonii. Dan Simmons nadał każdemu z bohaterów indywidualny głos, przez co opowieści różnią się narracją i stylem. Pozwoliło to na głębokie wejście w skórę postaci i muszę przyznać, że chociaż czytelnik w pewnym momencie odgaduje, co jest wspólnym mianownikiem wszystkich retrospekcji, i tak są one cholernie wciągające.

Prozę Simmonsa określiłabym jako mocną i w jakimś sensie bezkompromisową. Przynajmniej na mnie zrobiła takie wrażenie; bohaterowie nie byli oszczędzani, zaś obrazowość przedstawianych wydarzeń nie raz wywołała u mnie ciary. Za jedyną wadę mogę uznać jedynie fakt, że Hyperiona nie czytało mi się jakoś szczególnie dobrze. Niby językowo jest okej, ale i tak do końca czułam, że styl jest przyciężkawy. A skoro już o końcu mówimy — nie mogę wybaczyć autorowi zakończenia. Tyle denerwowania się, tyle siedzenia jak na szpilkach w oczekiwaniu na rozwiązanie tej całej historii — a on zakończył to TAK?!

Gatunkowo Hyperion to przede wszystkim science-fiction pomieszane z horrorem religijnym, a znajdą się też wątki sensacyjne i nawet preteksty do rozważań filozoficznych. Ogólnie rzecz biorąc, zrobił na mnie ogromne wrażenie i gdyby nie fakt, że moją bibliotekę zamknęli na ponad miesiąc, szybko pobiegłabym tam po następną część.

1. Hyperion | 2. Upadek Hyperiona | 3. Endymion | 4. Triumf Endymiona
Minirecenzje #12 „Tancerze burzy” — Jay Kristoff, „Czytelniczka” — Traci Chee

Minirecenzje #12 „Tancerze burzy” — Jay Kristoff, „Czytelniczka” — Traci Chee


Tytuł: Tancerze burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Autor: Jay Kristoff
Tłumaczenie: Paulina Breiter-Ziemkiewicz
Seria: Wojna lotosowa; tom: 1
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 480
Moja ocena: 8/10

Szczerze obawiałam się Tancerzy burzy. Jeśli na coś jest hype, to zwykle albo okazuje się naprawdę dobre, albo odwrotnie: wychodzi z tego niewypał. Na szczęście Jay Kristoff mnie nie zawiódł i stworzył coś, co przeczytałam z wielką przyjemnością i przy czym po prostu dobrze się bawiłam. Autor zabiera nas w fikcyjny świat inspirowany mitologią japońską, ale z lekkim podrasowaniem. Dlatego oprócz opowieści o mitycznych yōkai, z legendarnym arashitorą na czele, oraz odtworzenia japońskich zwyczajów i kultury (mimo że w tekście znajduje się sporo japońskich słów, wcale nie uważam, żeby to przytłaczało), fabuła jest zbudowana wokół jeszcze jednego elementu — krwawego lotosu, czyli rośliny, która dla tego świata jest niczym para dla steampunku, soma dla antyutopijnego społeczeństwa Huxleya i dezodorant w sprayu dla środowiska jednocześnie.

To chyba właśnie konstrukcja tej osobliwej, egzotycznej przestrzeni, łącząca w sobie twórcze i odtwórcze części, najbardziej przypadła mi do gustu i sprawiła, że niemal nie mogłam się oderwać od lektury. Oryginalny pomysł jest bardzo ważny w literaturze młodzieżowej i fantastyce, a tutaj właśnie z tym się spotykamy. Co prawda zdarzają się fabularne schematy, ale całość jest na tyle strawna, że wcale nie przeszkadzają. Postacie powołane do życia przez Kristoffa nie są płaskie, ale zdecydowanie mogłyby być bardziej dopracowane, na pochwałę zasługuje jednak relacja rozwijająca się pomiędzy główną bohaterką a pewnym dużym zwierzakiem. Dużo dobrego tej książce zrobił też delikatnie poetycki, plastyczny język, dzięki któremu historia nabrała kolorów i kształtów. Nie muszę pisać więcej, żeby polecić Tancerzy burzy, to po prostu świetne otwarcie trylogii.

1. Tancerze burzy | 2. Bratobójca | 3. Głosząca kres

Tytuł: Czytelniczka
Tytuł oryginalny: The Reader
Autor: Traci Chee
Tłumaczenie: Nina Wum
Seria: Morze Atramentu i Złota; tom: 1
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 472
Moja ocena: 8/10

Tak jak pisałam w ostatnim book haulu, zupełnie przypadkowo wyhaczyłam tę książkę (mimo okropnej okładki), ale w tym przypadku absolutnie nie żałuję, że to zrobiłam, bo jest naprawdę niesamowita. Opowiada o Sefii, dziewczynie, która planuje pomścić śmierć swoich rodziców i opiekunki, a w czasie swojej wędrówki spotyka tajemniczego chłopca i odkrywa magię płynącą z niezwykłego przedmiotu oddanego jej na przechowanie. Na początku historia wydała mi się dość schematyczna, ale szybko okazało się, że wyróżnia się na tle innych młodzieżówek - jest wciągająca, a  świat wykreowany przez autorkę naprawdę mi się podoba.

Przede wszystkim zauroczyła mnie ta lekko baśniowa warstwa, ta „subopowieść”, czyli wątek piracki, który jak dla mnie okazał się zdecydowanie najfajniejszą częścią książki oraz pewne szczególiki dotyczące wydania, które umilają lekturę (powiem jedno — warto zwracać uwagę nie tylko na główny tekst, ale i jego... otoczenie). Do tego do końca nie udało mi się rozgryźć narracji związanej z Biblioteką i zaskoczyło mnie to, jak została rozwiązana jej sprawa. Kreacja postaci to tutaj jeden ze słabszych elementów, bo Sefia i Łucznik, chociaż sympatyczni, jako bohaterowie nie byli zbyt oryginalni; postacie poboczne znacznie bardziej przykuwają uwagę. Najlepsze jest to, że jest to książka o książkach i o ile nie jest to moja nadinterpretacja, niesie ze sobą piękne przesłanie dotyczące czytania i jego roli w życiu człowieka. Nie mogę się doczekać, kiedy Bukowy Las wyda kolejną część!

1. Czytelniczka | 2. Mówczyni
62. „Szturm i grom” — Leigh Bardugo | Powrót do świata Griszów

62. „Szturm i grom” — Leigh Bardugo | Powrót do świata Griszów


Tytuł: Szturm i grom
Tytuł oryginalny: Siege and Storm
Autor: Leigh Bardugo
Tłumaczenie: Anna Pochłódka-Wątorek
Seria: Grisza; tom: 2
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 464
Moja ocena: 7/10

Kontynuacja książki Cień i kość — a więc dalsze losy Aliny, przyzywaczki światła, która zostaje uwikłana w polityczne gierki i ponownie musi stanąć na drodze swojemu wrogowi, by przeszkodzić mu w zdobyciu ravczańskiego tronu.

Co prawda nie recenzowałam pierwszego tomu, ale nie ma to chyba takiego znaczenia, bo moje zdanie na temat drugiej części jest mniej więcej takie samo jak części pierwszej. W ramach wstępu powiem tylko, że przed trylogią Grisza z prozą Bardugo spotkałam się tylko przy okazji opowiadań ze zbiorów na zimę i lato [recenzja] zebranych przez Stephanie Perkins, a do jej przeczytania zachęciła mnie masa pozytywnych opinii dotyczących jej duologii Szóstka wron. Ponieważ obie serie zawierają się w jednym uniwersum, postanowiłam sięgnąć najpierw po wcześniejszą.

Cień i kość okazała się całkiem przyjemną książką z kategorii młodzieżowej fantastyki, dobrą na „tu i teraz”, ale niepozbawioną wad, przez które nie można być w całości zadowolonym z lektury. Szturm i grom jak dla mnie zachowuje dokładnie ten sam poziom. Akcja zaczyna się jakiś czas po ostatnich wydarzeniach z poprzedniego tomu i właściwie bardzo szybko nabiera tempa. Przyznam, że to mnie lekko zaskoczyło, bo nie podejrzewałam, że fabuła pójdzie od razu w tę stronę. Pod tym względem książka zyskuje: wraz z rozwojem historii poznajemy nowych bohaterów i nowe miejsca, a związane z tym nowe wątki intrygują i nie pozwalają się nudzić, mimo że przez część lektury za wiele się nie dzieje. Z drugiej jednak strony, po raz kolejny w tym cyklu ciekawe pomysły przeplatają się ze schematycznymi rozwiązaniami. Może przeczytałam już za dużo młodzieżówek, ponieważ mam wrażenie, że pewne elementy konstrukcji fabuły stale się powtarzają, a nie wpływa to dobrze na odbiór dzieła.

Na pewno nie można jednak powiedzieć, że ten drugi tom, jak czasem bywa, jest zbędny – sytuacja się zmienia, a wraz z nią możliwości i plany bohaterów. Dowiadujemy się trochę więcej o świecie stworzonym przez Bardugo, chociaż tych informacji nie ma aż tak wiele. Ogólnie rzecz biorąc, fajna jest w nim ta inspiracja kulturą rosyjską w postaci słownictwa czy obyczajów (niemniej dopatrzyć się można też wpływów wschodnioazjatyckich, skandynawskich i holenderskich, co razem jest już zastanawiające). Mój stosunek do postaci, które pojawiły się już wcześniej w cyklu, zasadniczo nie uległ zmianie: nadal nie wiem za bardzo, co sądzić o Alinie – niby jest sympatyczna, ale nie potrafię nawiązać z nią głębszej relacji; Mal pozostał nijaki, za to Darkling skrywa parę tajemnic, które chętnie bym poznała, co, mam nadzieję, wydarzy się przy okazji trzeciej części; z kolei nowi bohaterowie wprowadzili powiew świeżości, a chociaż ich charaktery nie są mocno rozbudowane, wzbudzają jakieś emocje. Trzeba przyznać, że autorka nieźle sobie przygotowała grunt pod Ruinę i rewoltę, bowiem zakończenie, przynajmniej dla mnie, okazało się dość niespodziewane i myślę, że jej fabuła może pójść w interesującym kierunku.

Szturm i grom zachowuje ciągłość z pierwszą częścią trylogii – nie jest ani lepszy, ani gorszy. Dlatego podtrzymuję moją opinię, że Grisza to dobra lektura i fani gatunku powinni po nią sięgnąć, jednak raczej nie spełni w całości wysokich oczekiwań, jeśli ktoś takowe ma. Mnie pozostaje przekonać się, jak na tym tle wypadnie finał.

1. Cień i kość | 2. Szturm i grom | 3. Ruina i rewolta
60. „Milion odsłon Tash” — Kathryn Ormsbee | O trudnym życiu nastolatka

60. „Milion odsłon Tash” — Kathryn Ormsbee | O trudnym życiu nastolatka


Tytuł: Milion odsłon Tash
Tytuł oryginalny: Tash Hearts Tolstoy
Autor: Kathryn Ormsbee
Tłumaczenie: Zuzanna Byczek
Wydawnictwo: Otwarte 
Liczba stron: 348
Moja ocena: 4/10

Nietrudno chyba zorientować się, że w literaturze można często zauważyć odbicie trendów ze współczesnego świata. Takim tropem podąża też Milion odsłon Tash – wychodzi naprzeciw młodemu czytelnikowi dorastającemu w epoce nowych mediów i przedstawia mu historię osoby, z którą może się identyfikować. Warto jednak dodać, że główna bohaterka na swojej drodze musi rozwiązywać nie tylko problemy związane ze swoją działalnością w sieci, czyli kręceniem serialu internetowego, reagowaniem na krytykę i radzeniem sobie z popularnością, ale również akceptowaniem siebie, skomplikowaną sytuacją rodzinną i planowaniem swojej dalszej edukacji.

Autorka, jak widać, postawiła sobie za cel jak najdokładniej przybliżyć odbiorcy trudne życie nastolatków, zwracając uwagę na liczne jego aspekty; szkoda tylko, że efekt okazał się odwrotny do zamierzonego. Przez to, że ciągle przeskakujemy do kolejnych wątków, żaden nie jest dostatecznie pogłębiony. Ciągle poruszamy się przy powierzchni, a konflikty właściwie nie mają szans na dobre się rozwinąć, bo są szybko i prawie bezboleśnie rozwiązywane. Do tego fabuła niemal w ogóle nie zaskakuje – próbuję sobie przypomnieć jakąś sytuację, która zakończyła się w inny sposób niż na początku można by przewidywać, ale nie jestem w stanie.

Podobnie potraktowano bohaterów. Naprawdę brakowało mi jakichś mocno zarysowanych postaci albo przynajmniej wzbudzających jakiekolwiek emocje, nie mówiąc już o tworzących więź z czytelnikiem. Tash Zelenka niespecjalnie wyróżnia się wśród głównych bohaterek powieści młodzieżowych, a polubienia jej nie ułatwia fakt, że ma tendencję do przesadnego reagowania na rozmowy i sprawy nie toczące się po jej myśli, chociaż fakt, że ma swoją pasję i ją pielęgnuje, działa na korzyść jej kreacji. Ciekawszymi osobami wydały mi się Jack oraz mama Tash, które przynajmniej cechowała pewna nieoczywistość w zachowaniu. Można było odnieść wrażenie, że właściwie wiele postaci szwęda się gdzieś tam w tle, ale nie ma zbyt wielkiej roli do odegrania.

Jak już wspomniałam, lektura raczej nie serwuje niespodzianek, jednak zdziwiłam się nieco tym, że w książce, która, jak się zdaje, powinna opowiadać w dużej mierze o roli, jaką internet zajmuje dzisiaj w życiu młodych ludzi, paradoksalnie tak mało czasu się mu poświęca. Spodziewałam się, że bohaterowie będą spędzać lwią część swojego dnia w social media, że oprócz YouTube’a strony takie jak Twitter, Instagram, Snapchat czy Facebook będą się często przewijać, bo i taka obecnie jest rzeczywistość, niezależnie od tego, czy to się komuś podoba, czy nie – a tak wcale nie było. Kolejną wartą uwagi sprawą dotyczącą wątku związanego z działalnością w internecie stanowi pokazanie tego, jak Tash radzi sobie z krytyką własnej twórczości. To mogła być dobra okazja do tego, by przedstawić wzorzec do naśladowania, by dać czytelnikom do zrozumienia, że można przyjmować krytykę spokojnie i wykorzystywać ją do tego, aby się rozwijać, czerpiąc z niej to, co wartościowe. Tymczasem w powieści nie ma nawet mowy o krytyce, bo każde niepochlebne słowo na temat serialu Zelenki jest nazywane z miejsca „hejtem”. Szkoda – bo dlaczego mamy promować postawę, w której wyrażanie swojej (konstruktywnej) negatywnej opinii jest piętnowane, a liczą się tylko wyrazy uznania? Ignorowanie trolli internetowych to jedno, ale dlaczego by nie spojrzeć na sytuację z kilku perspektyw?

Mimo tego wszystkiego uważam, że dobrze, że takie książki powstają – książki, które są potrzebne, bo może i powierzchownie, ale podejmują tematykę trudną, a zarazem szczególnie bliską nastolatkom: poszukiwanie własnej tożsamości i miejsca na Ziemi. Tutaj w dużej mierze dotyczy ona bycia w mniejszości seksualnej, i to takiej, o której za wiele się nie mówi. Może powieść Kathryn Ormsbee nie zawojuje świata, ale może nie to jest najważniejsze, dlatego Milion odsłon Tash, pomimo licznych jego wad, doceniam za tę próbę przełamania barier uprzedzeń i wyjścia naprzeciw osobom potrzebującym zrozumienia.
59. „Intruz”— Stephenie Meyer | Obcym wstęp wzbroniony

59. „Intruz”— Stephenie Meyer | Obcym wstęp wzbroniony


Tytuł: Intruz
Tytuł oryginalny: The Host
Autor: Stephenie Meyer
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 568
Moja ocena: 0,5/10

Na Ziemię trafiają kosmici – gatunek zwany duszami. Szybko zaczynają kolonizować planetę, na której ciała ludzi służą im jako swego rodzaju skafandry i dzięki swojej przewadze liczebnej niemalże w całości opanowują Ziemię. Z ludzkości ostają się jedynie niedobitki. Jednakże jest pewna dusza, której żywiciel się postawił i który nie zamierza łatwo się poddać…

Czytając Intruza, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że na kartach książki ścierają się dwa koncepty; pierwszy to wyobrażenie tego, jak miała wyglądać powieść według autorki, natomiast drugim jest kształt, jaki ostatecznie przybrała – różnica zaś wynika z kiepskiego warsztatu i nieumiejętności tworzenia spójnej historii. Bo to mogła być dobra książka. Pomysł mógłby się obronić, gdyby kompletnie nie zawiodła jego realizacja.

Jedną z ważniejszych wad Intruza jest to, że w czasie czytania z siłą tajfunu uderza w nas fala hipokryzji. Dusze od początku przedstawiane są nam jako istoty o nieskończonych pokładach miłości, spokoju i dobra. Są zawsze prawdomówne, uczciwe i brzydzą się przemocą. Niestety tekst w wielu miejscach pokazuje, że są to jedynie puste słowa, a dusze to ogromni hipokryci. Nie dość, że nie mają większego problemu z kłamaniem, trzeba przede wszystkim powiedzieć, że dusze prowadzą aktywną anihilację innych gatunków, bez wyrzutów sumienia przejmując ich planety, kradnąc ciała i życia… Obcy próbują się usprawiedliwiać, lecz ich argumenty wcale nie stawiają dusz w lepszym świetle, bo w dalszym ciągu, kolonizując Ziemię czy zresztą każdą inną planetę, są agresorami. Szczególnie gorzko w tym kontekście brzmią słowa wypowiadane przez Wagabundę w dalszej części książki, dotyczące powodu, dla którego zasiedlają inne planety. A właściwie braku sensownego powodu. Co więcej, przemoc nie budzi w nich takiego wstrętu, jak to wszem i wobec głoszą; kwestia zabijania poszczególnych osobników z różnych gatunków powraca parokrotnie i za każdym razem dusze działają z wyrachowaniem. Nie ma w tym momencie znaczenia, że nie traktują tego jak morderstwo – bo to nadal jest morderstwo.

Gdyby stworzenie z dusz hipokrytów-potworów było zamierzone, mogłoby to mieć wręcz pozytywny efekt i kreować interesującą perspektywę; obawiam się jednak, że tak nie jest. Nigdzie w powieści, oprócz specjalnego przypadku, o którym opowiem za chwilę, w rozumieniu dusz nie wyłania się wyraźna konkluzja, że postępują źle. Natomiast równocześnie z nachalnym wychwalaniem dusz, odnajduję tu równie nachalne demonizowanie ludzi – podkreślenie ich słabości, zezwierzęcenia i zdemoralizowania. Ludzie są tu pokazani jako istoty z natury agresywne, porywcze, o morderczych skłonnościach i w ogóle tak zupełnie odmienne od dusz, jak tylko się da. Żywiciele są obarczani za ewentualne niezbyt przykładne zachowania dusz. Ludziom oberwało się nawet za wygląd – są w końcu nijacy i trudno odróżnialni. Pomijając to, że Wagabunda i tak często wyolbrzymia, kolejna rzecz, która moim zdaniem nie została należycie uwydatniona, to to, że, owszem, ludzie bywają tam okrutni, ale przede wszystkim dlatego, że muszą bronić się przed inwazją obcych! Dochodzi nawet do tego, że sami przyznają się do własnej nieusprawiedliwionej brutalności.

Następną kwestię stanowi, jakże ważna w science-fiction, kreacja świata. Meyer niestety nie podołała zadaniu. Stworzony przez nią świat, a właściwie Wszechświat, jest pełen białych plam, niedopowiedzeń, nielogiczności i do tego świadczy o ograniczonej wyobraźni. Jak dokładnie działa, na czym polega od strony technicznej połączenie między Wagabundą a Melanie, tak naprawdę nigdy się nie dowiadujemy. Podobnie sprawa ma się z naszą wiedzą o społeczeństwie dusz. Jak, ściśle, przebiega kolonizacja? Jak utrzymują porządek bez wyszczególnionej władzy? Szkoda, że Meyer rzuca nam strzępki informacji na różne tematy, ale żadnego z nich porządnie nie rozwija. Absolutnie zabrakło również kreatywności w wymyśleniu obcych ras – mówię tu oczywiście o Delfinach podobnych do ważek, Niedźwiedziach rzeźbiących tęczowe miasta z lodu i kołyszących się Wodorostach.

Kolejnym ważnym problemem, jaki odnajduję w Intruzie, jest sposób, w jaki autorka pokazuje w nim zjawisko miłości. Niewiele momentów, paradoksalnie, poświęcono na opis stopniowego rozwoju relacji między osobami, mimo że ta powieść miała być przede wszystkim romansem. Zakochanie często następuje błyskawicznie, miłość po prostu albo jest, albo jej nie ma, jak wyraża się jedna z postaci. Wagabunda w jednej chwili przejmuje wszystkie uczucia Melanie i nie ma nad tym kontroli – ogromna sympatia do Jareda nie zostaje zachwiana nawet wtedy, gdy dusza ma wszelkie powody, by go znienawidzić.

I tak płynnie przejdę do oceny konstrukcji postaci. Ponownie jest to płaszczyzna, do której mam sporo zastrzeżeń. Bohaterowie są płascy, jednowymiarowi, niewiele wiemy o tych spoza głównego kręgu zainteresowania – do tego nie wzbudzają większej sympatii, więc ich losy pozostają czytelnikowi obojętne. Jedyną osobą, która zazwyczaj ma głowę na karku, jest Jeb, chociaż nawet jemu zdarzają się słabsze momenty. Kyle i Łowczyni to persony karykaturalnie złe, istniejące chyba tylko po to, żeby podtrzymywać wrażenie istnienia w tle jakiegoś zagrożenia. Jamie to istne kuriozum; mimo że ma czternaście lat, najczęściej zachowuje się, jakby był o połowę młodszy, a zresztą podobnie traktują go inni, co tylko potęguje odczucie jego zdziecinnienia.

Jared z kolei jest dla mnie interesującym przypadkiem, ponieważ głęboko mnie zastanawia, czy on faktycznie miał być postacią pozytywną. Psychopatyczne skłonności są u niego tak wyraźne, że po prostu ciężko w jakimkolwiek stopniu go tolerować, nie mówić już o lubieniu. Jego agresywna postawa utrzymuje się przez większość powieści – wręcz emanują od niego nienawiść i furia, które wyładowuje na otoczeniu. Przerażające jest to, że ten sposób postępowania jest w pewnym stopniu usprawiedliwiany. Wydaje się więc, że na tle Jareda Ian jest tym „lepszym” kandydatem na partnera, prawda? Nie do końca. Bohater ten również ma swoje za uszami, co staje się jasne bliżej końca lektury. Oprócz tego Melanie czasami zachowuje się cokolwiek nieadekwatnie do sytuacji. Z jednej strony to dziewczyna, która potrafi walczyć o swoje, co zdecydowanie stanowi cechę pozytywną, ale z drugiej zmienia się nie do poznania, gdy w pobliżu znajduje się Jared. Zupełnie nie widzi jego wad, o których wspomniałam wcześniej i nadal w duchu do niego wzdycha, co uważam za niepokojące.

Jeśli chodzi o Wagabundę, wielokrotnie spotykamy się z podkreśleniem jej wyjątkowości, w pewnym momencie zostaje nawet zasugerowane, że w swoim społeczeństwie traktuje się ją jako kogoś w rodzaju członka rodziny królewskiej. Przy tym nie wyróżnia się inteligencją (ale to już właściwie cecha wspólna wszystkich bohaterów), jest przewrażliwiona i chętnie przyjmuje cierpiętniczą postawę, uwypuklając swoje wyobcowanie. Chyba spokojnie można określić ją jako przykład Mary Sue. Ale należy tu zaznaczyć bardzo ważną kwestię: choć Meyer stara się przekonać czytelnika, że Wanda ostatecznie przechodzi na stronę ludzi i zmienia swój światopogląd, w istocie wcale do tego nie dochodzi. To znaczy, oczywiście, przywiązuje się w jakiś sposób do współmieszkańców jaskini i dochodzi do wniosku, że nie podoba jej się, że zabrano im świat, ale jeśli problem nie dotyczy jej bliskich… to problemu nie ma. Kolonizacja innych planet, zabieranie życia innym gatunkom – w dalszym ciągu: czemu nie.

Przez Intruza ciężko przebrnąć – to zasługa nie tyle dużej objętości, co nudno prowadzonej narracji. Autorka posługuje się mało plastycznym stylem i typowo dla siebie wprowadza wiele niepotrzebnych szczegółów. Utrudnia to wyczucie odpowiedniej atmosfery oraz zwyczajne wciągnięcie się w powieść, czekanie z wypiekami na twarzy na to, co stanie się na kolejnej stronie. Przy tym niektóre sceny są przedramatyzowane i przeładowane weltschmerzem. Dodajmy do tego dziury fabularne, brak polotu oraz niesatysfakcjonujące zakończenie, a w sumie wyjdzie nam całkiem zgrabne podsumowanie tej pierwszej napisanej z myślą o dorosłym czytelniku książce Meyer.

Czy w takim razie bym ją poleciła? Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama. Ale niech ta lektura będzie przestrogą: w pisaniu nie warto iść na skróty, bo przypadkowo możemy nadłożyć sobie drogi.
Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano

Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano


Chwilę mnie tutaj nie było, cóż — zrobiłam sobie małe wakacje. ;) Ale chyba nigdy nie będę w stanie pisać regularnie. Mówi się trudno, a tymczasem zapraszam do czytania. :)

Tytuł: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 792
Moja ocena: 9/10

Ostatnio udało mi się zaatakować tę sporą cegłę, jaką jest zbiór opowiadań grozy Lovecrafta w wydaniu wydawnictwa Vesper i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. W kolejnych utworach zauważyć można pewne schematy, jednak nie stanowi to szczególnej wady, ponieważ tak czy siak, opowiadania stanowią razem pewną całość; ich spoiwem jest oczywiście mitologia Cthulhu. Tutaj należy zaznaczyć, jak wielką wyobraźnię miał autor i w jaki sposób udało mu się przelać ją na papier. Obrazy, które prezentuje nam Lovecraft za pomocą swego eleganckiego, a jednocześnie plastycznego stylu, są monumentalne i niezwykle sugestywne. Odkrywa przed nami nieznany świat, który zaskakuje swoją złożonością. Jedyna rzecz, która trochę mi nie pasowała, to, zwłaszcza w początkowych pracach, nieco zbyt skąpe opisy potworności. Zamiast tych paru rzuconych przymiotników przydałaby się bardziej szczegółowa deskrypcja. Z drugiej strony, zauważyłam, że we mnie większą grozę budziła duszna, napięta atmosfera związana z dziwnymi wydarzeniami niż faktyczne opisy plugawych kreatur. Jeszcze parę słów na temat wydania — doceniam oprawę graficzną w postaci rysunków w środku książki, natomiast nie wywołała we mnie większych emocji. Z kolei posłowie było bardzo interesującym dodatkiem wyjaśniającym parę spraw i dopełniającym całość. Jednym zdaniem, twórczość Lovecrafta jest klasykiem, który zdecydowanie warto znać.

Zgroza w Dunwich | Przyszła na Sarnath zagłada

Tytuł: Stół króla Salomona
Tytuł oryginalny: La mesa del rey Salomón
Autor: Luis Montero Manglano
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
Seria: Poszukiwacze; tom: 1
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 528
Moja ocena: 6,5/10

Stół króla Salomona to niezła książka przygodowa autorstwa Luisa Montero Manglano, brata znanej pisarki Carli Montero. O tej powieści mogłabym napisać zarówno parę pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy. Pomysł jest całkiem ciekawy, zresztą głównie dla niego zdecydowałam się po nią sięgnąć. Wykonanie jest zadowalające, chociaż niektóre aspekty mogłyby ulec poprawie. Zaletę na pewno stanowią liczne odniesienia do historii sztuki, jednak jak na mój gust mogłoby się znaleźć trochę więcej zagadek, i to takich, na których rozwiązanie bohaterowie nie wpadną w przypadkowy sposób. Kreacja postaci jest może trochę schematyczna, a książka nie jest tak wypełniona humorem, jak o tym zapewniał wydawca. Do tego żyłka detektywistyczna, która zapewne wykształciła się u mnie po przeczytaniu sporej ilości kryminałów, pozwoliła mi na odgadnięcie prawdziwych motywów niektórych osób, dzięki czemu na końcu nie spotkało mnie zaskoczenie; z drugiej strony, mam wrażenie, że autor po prostu nie dość umiejętnie próbował zwodzić czytelnika. „Stół króla Salomona”, choć nie pozbawiony wad, jest zatem lekką, interesującą historią, która powinna spodobać się miłośnikom przygód i sztuki.

1. Stół króla Salomona | 2. Łańcuch Proroka | 3. Miasto Świętych Mężów
56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane

56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane


Tytuł: Marsjanin
Tytuł oryginalny: The Martian
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
Moja ocena: 8,5/10

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
(opis z LC)

Naprawdę nie dziwię się, że Marsjanin zdobył taką popularność. Nie znam się za bardzo na science fiction, przyznaję się bez bicia, ale wydaje mi się, że autor wykorzystał świeże podejście do wątku kosmosu w literaturze. Pomysł „mężczyzna zostaje sam na Marsie icoteraz” okazał się naprawdę ciekawy i człowiek po prostu musi się dowiedzieć, co czeka bohatera na Czerwonej Planecie. Z początku wydało mi się to nieco abstrakcyjne, no bo naprawdę trudno sobie wyobrazić, że tak ekstremalna sytuacja nie skończy się szybko w nieprzyjemny sposób. A jednak udało się czymś zapełnić te niemal czterysta stron, i to w całkiem interesującą treść. Kluczowe jest tutaj słowo „całkiem” — nie da się ukryć, że spora część książki to wykonywane krok po kroku działania Marka mające na celu stworzenia sobie warunków do przeżycia, a opisy te są gęste od szczegółów techniczno-fizycznych. Nie za wszystkim nadążałam, mimo że autor i tak pozwolił sobie na pewne niezbędne uproszczenia. To bynajmniej nie sprawia, że powieść jest nudna, ale… czasami wspomniane opisy robią się trochę suche.

Chyba największym plusem Marsjanina jest przepełniający go dogłębnie optymizm. Nie myślcie sobie, że próba przetrwania na innej planecie to pikuś; myślę, że takie zdarzenie z powodzeniem można by opisać jako horror. Ta książka natomiast została napisana w zupełnie innej formie. Oczywiście bohatera spotyka masa niebezpiecznych sytuacji i niejednokrotnie wydaje się, że można już na nim postawić krzyżyk. Mark Watney to jednak tak niezwykle sympatyczna i pozytywna postać, że naprawdę nie da się go nie lubić. Jest zaradny i próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej, nawet dramatycznie beznadziejnej sytuacji. Jego humor przeszedł do legendy. Jeśli utknąć na Marsie, to tylko z nim. Warto dodać, że narracja nie prowadzi nas wyłącznie przez to, co aktualnie dzieje się z Markiem, ale też z jego jeszcze-do-niedawna załogą i naukowcami NASA — te fragmenty również dobrze się czyta.

Na zakończenie mam dwie wiadomości. Zła: nie czuję, żeby po tej książce udało mi się przetrwać na jakiejkolwiek innej planecie niż Ziemi. Dobra: zdecydowanie warto przeczytać dzieło Andy’ego Weira i wybrać się na jedyną w swoim rodzaju podróż.
Minirecenzje #7 „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” — Suki Kim, „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” — Zofia Zaleska

Minirecenzje #7 „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” — Suki Kim, „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” — Zofia Zaleska





Tytuł: Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit
Tytuł oryginalny: Without You, There Is No Us. My tme with the sons of North Korea's elite
Autor: Suki Kim
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 336
Moja ocena: 7/10

Często, gdy mówimy „Korea” mamy na myśli Koreę Południową — ten szybko rozwijający się kraj, wyróżniający się na przykład swoimi technologiami i prze-mysłem kosmetycznym. Ale na północy od niego znajduje się drugie oblicze Korei, w której wciąż sprawowana jest władza dyktatorska. Zresztą nawet to określenie zdaje się blednąć w porównaniu z tym, jaki jej obraz poznajemy w książce Suki Kim.

Wartościowe wydaje się to, że możemy się z niej dowiedzieć, jak wygląda życie osób szczególnych, bo uprzywilejowanych w systemie, a więc znajdujących się w jeszcze bardziej zamkniętym światku niż samej Korei Północnej. Jednak czytelnik szybko zdaje sobie sprawę z tego, że nawet dla nich ustrój nie jest wiele łaskawszy. Autorka nie przedstawiła bezpośrednio żadnych brutalnych sytuacji, ale na całą grozę składają się urywki codziennych zdarzeń i kiełkujące podejrzenia; nienaturalnie prowadzone rozmowy, ciągłe poczucie infiltracji i wreszcie chorobliwe podporządkowanie ideologii, która kontroluje cię w każdym możliwym aspekcie. Ponadto Kim pochyliła się nad historią Korei i okazjonalnie wplotła fragmenty autobiograficzne. Poświęciła też miejsce na opisanie problemów ludzi stojących znacznie niżej na drabinie społecznej.

To jeden z tytułów, który, czy tego chcemy, czy nie, daje do myślenia, zarówno na temat przeszłości, teraźniejszości, jak i przyszłości. Mnie zostawił trochę z poczuciem bezsilności, ale mimo to chcę wierzyć, że przypadki w nim opisane niedługo staną się zaledwie wspomnieniem, niemającym nic wspólnego z rzeczywistością.

Tytuł: Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie
Autor: Zofia Zaleska
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 372
Moja ocena: 8/10

Przejęzyczenie to intrygujący zapis rozmów z tłumaczami literatury (najczęściej) wysokiej, ale wbrew pozorom nie skupia się on wyłącznie na zagadnieniach związanych z przekładem. Powiedziałabym raczej, że dzięki pytaniom zadawanym przez Zaleską, które kierują dialog w ciekawe kierunki, podejmuje bardzo zróżnicowane tematy: poczynając od młodości rozmówców Zaleskiej oraz ich doświadczeń z polską i obcą twórczością literacką, przez analizy dzieł i życiorysów autorów, aż wreszcie do zmagań nad tłumaczeniami i próbami porozumienia się z redaktorami. Ponadto gdzieniegdzie przemyca fakty z historii literatury, zarówno na świecie, jak i w Polsce. To i tak zaledwie ułamek bogactwa wiadomości, jakiego możemy znaleźć w książce, wszystko jednak kręci się wokół jednego: słowa pisanego.

Rozmowy o przekładzie budują nam konkretny obraz tłumacza, którego praca nie polega tylko na mechanicznym przekładaniu słów z ichniego na nasze, ale też znajomości wszelkich kontekstów, posiadaniu olbrzymiej wiedzy również z teorii literatury i rozeznaniu w jej świecie; na umiejętności dogłębnego zrozumienia pisarza oraz jego dzieła, a także podejmowania dobrych decyzji. Przejęzyczenie warto polecieć choćby z tego prostego powodu, że zwraca uwagę na ten rzadko doceniany, a jednocześnie jakże potrzebny zawód.
55. „Słodka zemsta” — Sara Shepard | Niekoniecznie emocjonujący finał

55. „Słodka zemsta” — Sara Shepard | Niekoniecznie emocjonujący finał


Tytuł: Słodka zemsta
Tytuł oryginalny: Seven Minutes in Heaven
Autor: Sara Shepard
Tłumaczenie: Matylda Biernacka
Seria: The Lying Game; tom: 6
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 320
Moja ocena: 5/10

Minęło kilka miesięcy, odkąd zginęłam. Od tamtego czasu moja siostra żyła moim życiem. Wiele sekretów dotyczących mnie, mojej rodziny i przyjaciół wyszło na jaw, ale Emma nadal nie wie, kto jest mordercą. Gdy moje ciało zostaje odnalezione, sprawy się komplikują. Emma natychmiast staje się pierwszą podejrzaną, więzienie nie jest najgorszym, co może ją spotkać. Człowiek, który mnie zabił, wciąż jest na wolności…
(opis z LC)

Do czego to doszło! Wreszcie udało mi się skończyć drugą serię Sary Shepard, dobrych kilka lat po tym, jak sięgnęłam po pierwszą jej książkę. Przeszłam w tym czasie różne fazy odbierania jej twórczości: zaczęło się od zachwytu z odkrycia nowej autorki, później nadeszła irytacja związana z kolejnymi schematami wprowadzonymi do powieści, a skończyło się na tym, że jest mi ona całkowicie obojętna. Doszłam do wniosku, że okej, faktycznie ma swoje lepsze i (trochę częściej) gorsze momenty, ale zazwyczaj jest po prostu do bólu przeciętna. I tak było tym razem.

Zacznę może od tego, co przewija się we wszystkich recenzjach tego cyklu: styl Shepard jest prościutki, co sprawia, że książkę spokojnie można przeczytać w kilka godzin; właściwie ona czyta się praktycznie sama. Może stanowi to dla niektórych atut, w końcu jest przeznaczona dla takiej, a nie innej grupy wiekowej, jednak nawet troszeczkę bardziej wymagający czytelnik chciałby czegoś więcej.

Shepard mogłabym chyba nazwać Królową Schematów. Naprawdę, w jej powieściach można je znaleźć w hurtowych ilościach. Wiadomo, że główną zagadką jest „Kto to zrobił”. I w tym momencie nie wiem, czy wynika to ze słabego warsztatu, czy może autorka nie zorientowała się, że jeśli zastosuje ten sam chwyt dwa razy, to za trzecim razem nikt się na niego nie nabierze. A tym bardziej za czwartym albo piątym. Takim sposobem jakiekolwiek pojawiające się napięcie ulega samodestrukcji, ponieważ z góry wiadomo, jak potoczą się wydarzenia. Tymczasem scenariusz w tym tomie wygląda dokładnie tak samo jak w poprzednich: dostrzegamy kogoś z otoczenia, nabieramy przekonania, że zachowuje się podejrzanie i robimy wszystko, żeby znajdować coraz więcej dowodów świadczących o jego winie. Czytelnik szybko zauważa, że najlepiej przyglądać się temu, kto zdaje się być najbardziej niewinny. Ostatnie dwie części czytałam z absolutnym przekonaniem, że wiem, kto zabił Sutton i wcale się nie pomyliłam, a z tego, co czytałam w recenzjach, inne osoby równie szybko domyśliły się zakończenia. Jednak kalki nie dotyczą tylko fabuły, ale i bohaterów. Niejednokrotnie Emma przypominała mi Emily z Pretty Little Liars, a nie był to odosobniony przypadek. Jedyną rzeczą na przestrzeni serii, jaka mi się podobała, okazało się wprowadzenie narracji z perspektywy Sutton i jej stopniowej przemiany.

To wszystko prowadzi nas do jednego wniosku: jeśli lektura, która ma (tak mi się przynajmniej wydaje) z założenia zaskakiwać, a zamiast tego jest niesamowicie przewidywalna i banalna – po prostu przestaje nas obchodzić. Moim zdaniem Gra w kłamstwa to seria, z którą można się przez chwilę pobawić, a potem szybko zapomnieć o niej bez wyrzutów sumienia.

1. Gra w kłamstwa | 2. Nigdy przenigdy | 3. Pozory mylą
4. Kłamstwo doskonałe | 5. Aż po grób | 6. Słodka zemsta
Minirecenzje #6 „Chemia śmierci” — Simon Beckett, „Bezlitosny labirynt” — Rainer Wekwerth

Minirecenzje #6 „Chemia śmierci” — Simon Beckett, „Bezlitosny labirynt” — Rainer Wekwerth


Tytuł: Chemia śmierci
Tytuł oryginalny: The Chemistry of Death
Autor: Simon Beckett
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Seria: Dr David Hunter; tom: 1
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 248
Moja ocena: 8/10

Od początku do końca przy lekturze Chemii śmierci towarzyszyło mi ogromne napięcie. Pod koniec ono jeszcze wzrosło; wciąż mam w pamięci to, jak dudniło mi serce w kluczowych momentach książki. Autorowi oprócz zbudowania atmosfery ogarniętego niepokojem miasteczka, w którym każdy ma swoje za uszami, udały się również obrazowe opisy – nie tylko miejsc zbrodni, chociaż te chyba szczególnie działały na wyobraźnię. W ciekawy sposób przybliżył czytelnikowi metody pracy antropologa sądowego. Kolejnym pozytywem jest kreacja bohaterów. Jest to thriller na wysokim poziomie, ze świetną zagadką i zwrotami akcji, więc jak najbardziej go polecam.

1. Chemia śmierci | 1,5. Dzień jak dzień | 2. Zapisane w kościach
3. Szepty zmarłych | 4. Wołanie grobu | 5. Niespokojni zmarli

Tytuł: Bezlitosny labirynt
Tytuł oryginalny: Das Labirynth ist ohne Gnade
Autor: Rainer Wekwerth
Tłumaczenie: Aldona Zalewska
Seria: Labirynt; tom: 3
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 301
Moja ocena: 6/10

O Bezlitosnym labiryncie mogę powiedzieć tyle, że nie jest ani gorszy, ani lepszy od poprzednich części. To się Wekwerthowi udało – utrzymać ten sam poziom przez cały cykl. Tylko czy to wystarcza, żeby był warty przeczytania? W zakończeniu trylogii nie ma ani lepszego przedstawienia postaci, ani zbyt wielu zwrotów fabularnych; historia toczy się tym samym rytmem co wcześniej. Bardzo czekałam na wyjaśnienie istnienia labiryntu i znaczenia drogi, jaką musieli przejść bohaterowie, czyli notabene sensu całej opowieści, niestety – okazało się przewidywalne i dosyć banalne. Podobnych rozwiązań jest pełno w dzisiejszej literaturze młodzieżowej.

Podsumowując, cały Labirynt miał zadatki na stworzenie całkiem ciekawej historii, ostatecznie jednak autor nie zaproponował nic, co wyróżniałoby się  tłumu, a seria zasługuje najwyżej na miano przeciętnej.

53. „Onyx” / „Onyks” — Jennifer L. Armentrout | Było źle... i nadal jest

53. „Onyx” / „Onyks” — Jennifer L. Armentrout | Było źle... i nadal jest

ZAWIERA SPOILERY

Tytuł: Onyx (polskie wydanie: Onyks)
Autor: Jennifer L. Armentrout
Seria: Lux; tom: 2
Wydawnictwo: Entangled Teen
Liczba stron: 366
Moja ocena: 2,5/10

Jestem wkurzona.

Moje uczucia względem Obsydianu nie były najcieplejsze, czego można się było spodziewać, skoro to nic więcej jak mało subtelna przeróbka Zmierzchu. Przeczytałam jednak komentarze mówiące o tym, że później autorka wprowadziła nowe pomysły i seria generalnie szła ku lepszemu. Naiwna ja, sięgnęłam w końcu po drugą część. O ile Obsydian, mimo swej marnej jakości fabuły zdołał mnie wciągnąć, o tyle Onyx budził niemal wyłącznie moją irytację.

Zdecydowanie najwięcej mam do zarzucenia konstrukcji postaci i ich wzajemnych relacji. Katy, Katy, Katy… Dlaczego ona musi być taka niezdecydowana? Mówi, że nie lubi Daemona, ale będzie się z nim całować. Będzie o nim myśleć cały czas, ale zaprzeczy przed samą sobą, że coś jest na rzeczy. Ani nie zacznie z nim wreszcie chodzić (czego nie polecam), ani nie powie mu wprost, żeby się odwalił, na co burak zasługuje. Na szczęście potem się w końcu zdecydowała. I tak, nadal nie znoszę Daemona. Jest aroganckim, zaborczym gnojkiem, który chce kontrolować wszystko, co robi Katy. Za każdym razem, gdy dziewczyna wyszła do knajpy z Blakiem, pojawiał się tam nie kto inny, jak nasz stalker, żeby nie daj Boże główna bohaterka nie miała chwili czasu wolnego spędzonego z kimś przeciwnej płci (oprócz, oczywiście, kosmity). Był gotowy ZABIĆ Blake’a, bo ten odważył się DOTKNĄĆ Katy. To nie jest w żadnym razie normalne lub tym bardziej romantyczne. W sumie nawet trochę mi żal tego nowego w mieście chłopaka – od początku jest jasne, że jego obecność w tej książce ma służyć pokazaniu, jaki z Daemona prawdziwy hiroł, który od początku wiedział, że coś z nim nie tak.

A teraz główny plot twist: Katy też ma paranormalne zdolności! Kiedy została uleczona przez Luksjanina, zostały jej przekazane moce i DNA (?) kosmitów. Moce, warto zaznaczyć, nawet lepsze niż ma obca rasa. Od kiedy zero plus jeden daje dwa? Logiko, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję? Fabuła faktycznie nie jest już całkowicie zerżnięta z napisanego przez Meyer koszmarku, ale pewne paralele też się pojawiły. Niemniej jednak jakiś postęp jest.

Ostatnia sprawa, czyli styl. Jennifer L. Armentrout pisze z perspektywy pierwszoosobowej i widać, że narratorką jest nastolatka. Przyznam, że kilka razy rozśmieszyły mnie komentarze Katy. Z drugiej strony, chociaż prosty styl raczej mi to nie przeszkadza, tutaj ubogi język rzuca się w oczy. Tę część cyklu czytałam po angielsku, a na dobrą sprawę w ogóle nie musiałabym sięgać do słownika, żeby wszystko całkiem dobrze zrozumieć. Onyx jest niezbyt interesującą i powielającą wady pierwszej części kontynuacją. Jeśli tak jak ja mieliście duże zastrzeżenia co do Obsydianu, nie sięgajcie po nią. Jeśli nie, powinna się wam spodobać.

1. Obsidian | 2. Onyx | 3. Opal | 4. Origin | 5. Opposition

Wyzwania:
– Czytam fantastykę
– Mini maratony czytelnicze
– Czytam YA
Minirecenzje #5 „Wyklęta” — Joss Stirling, „Taniec cieni” — Yelena Black

Minirecenzje #5 „Wyklęta” — Joss Stirling, „Taniec cieni” — Yelena Black


Tytuł: Wyklęta
Tytuł oryginalny: Struck
Autor: Joss Stirling
Tłumaczenie: Emilia Kiereś
Seria: Struck; tom: 1
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 400
Moja ocena: 7/10

Nie wiem, czego spodziewałam się po Wyklętej, ale raczej nie tego, co otrzymałam, czyli połączenia Sherlocka, Wybranych i CHERUBA (łapcie link do [recenzji]). Chociaż nie powiem, żeby było to połączenie niedane. Pomimo pewnych potknięć (na przykład myślałam, że powód pojawienia się w szkole nowych uczniów będzie zachowany w tajemnicy na dłużej niż przez jeden rozdział) uważam, że autorka miała dość ciekawy pomysł na fabułę i od książki trudno się było oderwać. Jednak mam ambiwalentne odczucia w kwestii bohaterów: nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Kieran był kreowany właśnie na takiego młodszego serialowego Sherlocka, a samej Raven nie udało mi się rozgryźć, za mało w niej było charakteru. W sumie wyszła z niej taka merysujka, wiecie, sierotka, pogardzana przez wszystkich za samo istnienie, a na końcu i tak dostaje oklaski. Zresztą otwierająca powieść scena przywiodła mi na myśl opka pisane przez nastolatki. Mimo to książkę czyta się nieźle, jest lekka i ma sporo akcji.
Co było dziwne, to okazjonalnie wplecione w tekst komentarze od, jak podejrzewam, tłumaczki. Czyżby zapomniano je wykasować przed drukiem?

Tytuł: Taniec cieni
Tytuł oryginalny: Dance of Shadows
Autor: Yelena Black
Tłumaczenie: Danuta Górska
Seria: Taniec cieni; tom: 1
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Moja ocena: 4,5/10

Mam mieszane uczucia co do Tańca cieni. Byłam bardzo zaintrygowana pomysłem szkoły baletowej, która ma swoje sekrety. Niestety w późniejszym czasie fabuła rozwinęła się w trochę innym kierunku niż oczekiwałam, ale ostatecznie uznałam, że warto czytać dalej, a to głównie za sprawą plastycznych opisów tańca, które w książce podobały mi się najbardziej. Przyznam, że nawet udało mi się dzięki nim poczuć, jakbym naprawdę znajdowała się w tym momencie na przedstawieniu w teatrze. Przeszkadzały mi z kolei sztuczne dialogi, które autorka na siłę chciała stylizować na mowę nastolatków (nie udało się), papierowe postaci, które miały najwyżej jedną cechę charakteru i nieśmiertelny trójkąt miłosny – do tego przewidywalny. Jest to książka przeciętna, więc ani jej nie polecam, ani polecam; fanów baletu może zainteresować, ale innych niekoniecznie.

Wyzwania:
– Czytam YA!
– Czytam fantastykę
52. „Ktoś mnie pokocha. 12 wakacyjnych opowiadań” — zebrała Stephanie Perkins | Wakacje z miłością

52. „Ktoś mnie pokocha. 12 wakacyjnych opowiadań” — zebrała Stephanie Perkins | Wakacje z miłością


Tytuł: Ktoś mnie pokocha. 12 wakacyjnych opowiadań
Tytuł oryginalny: Summer Days & Summer Nights: Twelve Love Stories
Autor: zbiorowe
Tłumaczenie: zbiorowe
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 480
Moja ocena: 7/10

Podaruj mi miłość, pierwszy zbiór opowiadań z motywem przewodnim Świąt Bożego Narodzenia nawet mi się spodobał, co mnie zdziwiło, skoro nie przepadam za romansami. Nie byłam jednak pewna, czy uda mi się wczuć w letnią atmosferę przy okazji Ktoś mnie pokocha. Całe szczęście moje obawy nie były do końca uzasadnione — no i już wiem, kto dostanie nagrodę za najbardziej optymistyczny tytuł.

Pierwsze opowiadanie, Łeb i łuski, jęzor i ogon Leigh Bardugo, jest według mnie tak samo osobliwe jak jego tytuł. Pomysł był całkiem ciekawy, ale trochę dziwnie mi się je czytało. Końcówka nawet mnie zaskoczyła, ale powinnam się wcześniej domyślić, jak to się skończy. Tekst Niny LaCour nieco bardziej przypadł mi do gustu. Koniec miłości miał w sobie odpowiednią ilość dramatyzmu i słodyczy. Ostatni bój w Horrelaksie to jeden z moich faworytów tego zbioru. Zawierał w sobie akcję, wyrazistych bohaterów i humor. Udało mi się też poczuć klimat starych horrorów (być może pomógł fakt, że opowiadanie Libby Bray czytałam o północy, gdy byłam sama w domu). Z kolei Sick Pleasure Franceski Lii Block okazało się sporym rozczarowaniem. Miałkie, niespójne i niespecjalnie ciekawe.

Zdziwiłam się, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że Za półtorej godziny skręć na północ jest kontynuacją opowiadania, które Stephanie Perkins umieściła w antologii świątecznej. Fajny pomysł, ponieważ z przyjemnością znowu spotkałam się z Marigold i Northem, chociaż mam wrażenie, że można było wycisnąć z tego więcej. W Pamiątkach Tima Federle znalazłam niestety tylko idealną przeciętność i podejrzewam, że szybko zapomnę o tym tekście. Podobną rzecz mogę powiedzieć o Bezwładności Veronici Roth — to sympatyczna historia, nie powiem, całkiem ciekawie przedstawiona, ale czy zapadnie mi w pamięć? Wątpię. Kolejny tekst, Byle nie miłość Jona Skovrona, absolutnie skradł moje serce. Utrzymany trochę w stylu komedii romantycznych, potrafił mnie rozbawić, a nawet delikatnie skruszyć moje serce z kamienia.

W Żegnaj i powodzenia Brandy’ego Colberta zabrakło chemii między głównymi bohaterami. To, że w końcu zakwitło między nimi uczucie wydało mi się sztuczne, a to poważny zarzut, bo wątek miłosny jest tu przecież najważniejszy. Cassandra Clare zaś nie zawiodła mnie swoimi Całkiem nowymi atrakcjami. Motyw cyrkowy ze szczyptą fantastyki okazał się strzałem w dziesiątkę. Tysiąc powodów, dla których mogło nam się nie udać Jennifer E. Smith to następne interesujące opowiadanie. Może nie należy do moich ulubionych, ale coś w sobie ma i przyznam, że zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. I w końcu ostatnia historia — Mapa maleńkich wspaniałości Leva Grossmana. Nie dziwię się, że to właśnie ona wieńczy ten zbiór. Podejmuje w sumie dość popularny temat pętli czasowej, jednak w magiczny i intrygujący sposób.

Wszystkie teksty są napisane lekkim, przyjemnym stylem. Myślę, że to idealna lektura na leniwe, wakacyjne  popołudnie, kiedy zależy nam tylko na tym, żeby się zrelaksować i nie myśleć o niczym ważnym. Tymczasem czekam na kolejną antologię — może halloweenową? Nie obraziłabym się.

Wyzwania:
– Czytam YA!
– Mini maratony czytelnicze
Minirecenzje #4 „Przegląd Końca Świata. Blackout” — Mira Grant, „Wyspa na prerii” — Wojciech Cejrowski

Minirecenzje #4 „Przegląd Końca Świata. Blackout” — Mira Grant, „Wyspa na prerii” — Wojciech Cejrowski


Dawno już nie było takiego postu, więc pomyślałam, że warto ponownie skorzystać z tej formuły. Miłego czytania. :)

źrodło
Tytuł: Przegląd Końca Świata. Blackout
Tytuł oryginalny: Blackout
Autor: Mira Grant
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Seria: Przegląd Końca Świata; tom: 3
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 508
Moja ocena: 9/10

Nie mogło być inaczej; skoro wcześniejsze tomy Przeglądu Końca Świata znalazły się w minirecenzjach, to i ostatni się tu ukazuje. Blackout sporo musiało się naczekać, zanim po niego sięgnęłam. Chyba była to podświadoma próba przedłużenia przygody z trylogią, czemu się zresztą nie dziwię — teraz, już „po”, wiem, że będę za nią strasznie tęsknić.
Deadline (a zwłaszcza końcówka!) przyniosło ogrom pytań, więc zastanawiałam się, jak Mira Grant zamierza zatrzymać tę szaloną karuzelę. Ona miała jednak inne plany: jeszcze bardziej ją rozpędziła. Blogerzy jak zwykle wciskają się tam, gdzie nie trzeba w poszukiwaniu prawdy i sprawiedliwości. Mamy groźby śmierci, wspaniałą, niewymuszoną ironię i — jakżeby inaczej — zgraję zombie. Zżyłam się z bohaterami, ale po wcześniejszych częściach domyśliłam się, że walka niesie za sobą ofiary… a nie jest to powieść przedstawiająca cukierkową wizję. Autorka zrzuciła na nas kilka bomb, dosłownie i w przenośni. Krótko mówiąc: Blackout trzyma poziom, a cały cykl przyciąga stylem, atmosferą i nietuzinkowym podejściem do tematu. Gorąco polecam!

Ciekawostka: jeszcze zanim przeczytałam Feed, natknęłam się na dużego spoilera do serii. Później jednak uznałam, że… to przecież wcale nie był spoiler i szybko o tym zapomniałam. Dopiero przy okazji trzeciej części pojęłam jego wagę i to, że wcześniej go nie zrozumiałam, że dotyczył czegoś innego. Jeśli chodzi o to, czego właściwie dotyczył, to paradoksalnie i tak się tego domyślałam. Mam nadzieję, że napisałam to zrozumiale... :)

1. Feed | 2. Deadline | 3. Blackout

źródło
Tytuł: Wyspa na prerii
Autor: Wojciech Cejrowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 295
Moja ocena: 9/10

Kolejna książka Cejrowskiego i kolejny raz jestem w niebie. Tym razem nie jest o Indianach, a o Dzikim Zachodzie, o równie chyba odległej od naszego życia co dżungla prerii. Chociaż po lekturze nie jest już taka odległa… Autor daje nam szansę, by razem z nim posiedzieć na porczu, powypatrywać kojotów i uprawiać nicnierobienie. Brzmi nudno? Nic bardziej mylnego. To niesamowite, jak ten „Człowiek z niewymawialnym imieniem” tworzy w swoich książkach klimat, jak potrafi oddziałać na zmysły czytelnika, a robi to z lekkością i w niepowtarzalnym stylu. Wyspa na prerii nie jest wyjątkiem i również jest bogata w humor i ciekawostki, ale przede wszystkim opowiada zajmujące historie, o których można czytać, i czytać, i czytać…

Zwykle raczej o tym nie wspominam, ale muszę też pochwalić oprawę graficzną oraz zdjęcia, które są po prostu piękne. Podsumowując, książka jest zdecydowanie warta polecenia, jeśli tylko macie odwagę przenieść się — choćby na chwilę — do dzikiego świata prerii. Jiiii-ha!

Wyzwania:
– Mini maratony czytelnicze
– Czytam fantastykę
– Czytam opasłe tomiska
45. „W sieci umysłów” — James Dashner | Zagrajmy w życie

45. „W sieci umysłów” — James Dashner | Zagrajmy w życie


Tytuł: W sieci umysłów
Tytuł oryginalny: The Eye of Minds
Autor: James Dashner
Tłumaczenie: Rafał Lisowski i Anna Dobrzańska
Seria: Doktryna Śmiertelności; tom: 1
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Moja ocena: 4/10

Michael jest graczem. I — jak większość graczy — więcej czasu niż w realnym świecie spędza w wirtualnej rzeczywistości VirtNet. Do VirtNetu można wejść i umysłem, i ciałem, a jeśli jesteś hakerem, czeka cię jeszcze więcej zabawy.
Kiedy jeden z hakerów zaczyna seryjnie mordować, rząd wie, że aby go schwytać, potrzebny będzie równie dobry haker. I to właśnie Michael wygląda na osobę, która może włamać się do najbardziej skomplikowanego systemu na świecie. Jeśli zgodzi się podjąć tej misji, będzie musiał wejść do VirtNetu nigdy nieodkrytymi ścieżkami.
(opis z LC)

Po Dashnerze, czyli autorze mojego ukochanego Więźnia labiryntu, spodziewałam się więcej. Dostałam powieść o całkiem niezłej koncepcji, z którego można by stworzyć naprawdę ciekawą historię, jednak potencjał ten nie został wykorzystany.

W powieściach science-fiction zawsze spodziewam się szczególnie dopracowanego świata przedstawionego. Tutaj go nie uświadczyłam. Owszem, mamy VirtNet, czyli tę niesamowitą fałszywą rzeczywistość (do której można podłączyć się, wchodząc do „trumny”) mającą nieograniczone wręcz możliwości. Można nią manipulować i hakować – ale na jakiej zasadzie to się właściwie odbywa, nie wiadomo, bohaterowie po prostu „przeszukują linijki kodu” i są w tym dobrzy. Można grać w bardziej specyficzne manipulacje. Za to nie ma wzmianek o innych nowoczesnych technologiach, które powinny chyba pojawić się równocześnie z tak zaawansowanym wynalazkiem jak VirtNet. Ostatecznie jednak mogę to wybaczyć, zważywszy na to, że akcja ma miejsce przez większość czasu gdzieś jeszcze dalej od realu.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zawiodłam się na całej linii. Kreacja postaci leży! Dawno nie czytałam książki, w której byłyby one tak wyprane z charakteru, bez choćby pomysłu na to, żeby stały się bardziej wyjątkowe, co ja mówię, po prostu miały w sobie jakąś iskierkę życia. O Sarze i Brysonie, czyli przyjaciołach głównego bohatera można powiedzieć tyle, że są – słowo daję, bliżej im do mówiących marionetek niż ludzi. Michael też wiele lepszy pod tym względem nie jest – ale ten przypadek jest o tyle interesujący, że autor potwierdził tym bardzo ważną dla fabuły informację, którą uzyskujemy pod sam koniec lektury. Sytuacja trochę kuriozalna, bo nie jestem pewna, czy było to działanie zamierzone.

Może nie do końca sprawiedliwie byłoby porównywać tę książkę do Więźnia labiryntu, ale wydaje mi się, że pomoże to w oddaniu moich odczuć po lekturze. W sieci umysłów zaskoczyło mnie, niestety negatywnie, swoją warstwą językową, a nie przypominam sobie, żeby podobnie było przy tej jak na razie popularniejszej serii. Czytało mi się bardzo szybko, ale styl był do bólu prosty, a narracja prowadzona w suchy sposób. Zupełnie jakby większość emocji, które powinny przecież towarzyszyć protagonistom w czasie ich niebezpiecznej wędrówki, gdzieś się ulotniła. Dodam do tego jeszcze dziurki fabularne. Jedyne plusy, jakie mogę znaleźć, to że wydarzenia były w miarę ciekawe, a zakończenie zaskakujące. 

Z przykrością stwierdzam, że W sieci umysłów nie przykuło mojej uwagi ani jako powieść science-fiction, ani jako młodzieżówka. Jest przeciętne w każdym aspekcie, tak jakby autorowi nie zależało i potraktował je po macoszemu. Szkoda, bo, jak już mówiłam, pomysł nie był najgorszy.

1. W sieci umysłów | 2. Reguła myśli | 3. Gra o życie

Wyzwania:
– Czytam Opasłe Tomiska
– Czytam fantastykę
– Czytam YA
44. „Jak się uczyć” — Benedict Carey | Rewolucja w uczeniu?

44. „Jak się uczyć” — Benedict Carey | Rewolucja w uczeniu?


Tytuł: Jak się uczyć
Tytuł oryginalny: How We Learn
Autor: Benedict Carey
Tłumaczenie: Dariusz Wójtowicz
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 341
Moja ocena: 7,5/10

Ile razy dostałeś złą ocenę ze sprawdzianu? Nie umiałeś czegoś przy odpowiedzi? Nawet jeśli siedziałeś przy podręczniku cały dzień i całą noc, ostro zakuwając? Nie mogłeś przypomnieć sobie czegoś, co jeszcze wczoraj miałeś w małym palcu? Albo miałeś problem z zadaniem matematycznym? Już nawet to wypracowanie na polski szło jak po grudzie... Te czasy się skończyły. Książka Benedicta Careya pokaże ci, co robisz źle i jak powinna wyglądać prawdziwie efektywna nauka.

Chyba od zawsze interesowały mnie sprawy związane z mózgiem, jego możliwościami i funkcjonowaniem. Chciałabym też związać z tym swój przyszły zawód. Szczególne miejsce zajmowała w tym wszystkim tak zwana neuronauka. Nie miałam problemu z uczeniem się, ale zastanawiało mnie na przykład, co sprawia, że niektóre rzeczy łatwo wchodzą mi do głowy, a innym jawią się jako czarna magia, i na odwrót. Dlatego też Jak się uczyć od razu przykuło moją uwagę. W końcu „najlepsza, najnowocześniejsza bestsellerowa książka” oraz „trwałe i spektakularne wyniki” — to z okładki — mówią same za siebie, prawda?

Bardzo fajnym wstępem jest przedstawienie teorii zapamiętywania i biologii mózgu, w tym historii legendarnego już chyba w tym środowisku przypadku pacjenta H. M. Przybliży on po raz pierwszy lub przypomni podstawowe kwestie z tego tematu. Następnie w obszernych rozdziałach autor prezentuje najlepsze jego zdaniem techniki warte wprowadzenia przy nauce, a swoje przekonania podpiera wynikami badań. Zaskoczeniem dla mnie było to, że zwrócił uwagę nie tylko na zapamiętywanie informacji, ale też wykonywanie poszczególnych ćwiczeń w sporcie, rozwiązywanie problemów matematyczno-logicznych i pisanie dłuższych prac, czyli elementów, których de facto nie da się wyćwiczyć. Rozdział „Jedenaście zasadniczych pytań” to skondensowana wiedza płynąca z tej lektury, podsumowanie najważniejszych zagadnień, które powinniśmy z niej wynieść.

Najważniejsze pytanie oczywiście brzmi: czy ta książka jest przydatna? Moim zdaniem tak. Nie jest to może zdecydowane tak, ale faktycznie pokazuje ona niepopularne sposoby na przyswajanie wiedzy, które wydają się sensowne. Autor zrezygnował z rozdrabniania się i wyliczania wszystkich przydatnych elementów przy nauce, np. mnemotechnik, odpowiedniej diety na rzecz takich, które powinny nam wyznaczać ogólny plan uczenia się — jak przeplatanie, testowanie samego siebie i tak dalej, wyjaśniając przy tym dokładnie, co i dlaczego. Żeby jednak nie było za kolorowo...

Wspomniane już przeze mnie matematyka i pisanie: metoda dla nich przeznaczona nie jest jakaś niesamowita i nie można by jej zastosować na przykład na sprawdzianie (choć doceniam, że Carey i tak coś o tym napisał). W ogóle opisane tu metody nie robią jakiegoś wielkiego wrażenia. Powiedziałabym raczej, że autor układa w całość kawałki układanki, które wcześniej walały się bezładnie w zakamarkach podświadomości. Mimo to uważam, że książka daje radę (subtelna gra słów) i jest pomocna, gdy chcemy dowiedzieć się, co możemy zrobić, by osiągać lepsze wyniki. Do tego została napisana w dość ciekawy sposób, nieskomplikowanym językiem, chociaż zdarzały się również momenty nieco nużące; autor pozwalał sobie czasem na dygresje i powtarzanie tego, co już napisał.

Może ten poradnik nie sprawi, że zatrudnią was w Google i nie sprawi, że staniecie się nagle pogromcami konkursów wiedzy, ale w przeciwieństwie do innych na pewno da realne wskazówki co do kierunku w jakim należy podążać. Pamiętajcie też, żeby nie dać się zwieść: nie ma co liczyć na cud. Podstawą do nauki jest zaangażowanie — bez niego będzie wam o wiele, wiele trudniej. Jak się uczyć polecam pasjonatom, osobom, które koniecznie chcą i/lub potrzebują poprawić swoją efektywność oraz dla ciekawości, nawet jeżeli szkolne lata macie dawno za sobą.

Wyzwania:
– Klucznik
– Mini maratony czytelnicze
Copyright © 2014 ⭐Strona pierwsza , Blogger