16 lipca 2016

49. „Moriarty” — Anthony Horowitz | Londyn znowu spotyka zło

Tytuł: „Moriarty”
Tytuł oryginalny: „Moriarty”
Autor: Anthony Horowitz
Seria: „Sherlock Holmes”; tom: 2
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 288
Moja ocena: 9/10


Stało się! W pamiętnym starciu nad wodospadem Reichenbach przepadli Sherlock Holmes i jego arcywróg, profesor James Moriarty. Policjanci ze Scotland Yardu opłakują największego z detektywów, a przestępcza brać Londynu tęskni za swym hersztem - zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się nowa, brutalna siła zza oceanu, gotowa przejąć kontrolę nad półświatkiem: gang Clarence’a Devereux. Śledczy Frederick Chase z Agencji Detektywistycznej Pinkertona, który podąża jego tropem, znajduje sprzymierzeńca w osobie inspektora Athelneya Jonesa, gorliwego naśladowcy samego Holmesa. Wkrótce jednak zaczną ginąć ludzie, a gra pozorów, w którą uwikłają się bohaterowie, doprowadzi ich do zaskakującego finału.
(opis z LC)

Zdążyłam już zapomnieć, co tak bardzo spodobało mi się przy „Domu jedwabnym”, zwłaszcza, że zwykle nie przypadają mi do gustu takie… hmm… fanfiki… wiecie, o co mi chodzi. Na szczęście udało mi się zdobyć „Moriarty’ego” i po raz kolejny cieszyć się wspaniałą lekturą. Powiedziałabym wręcz, że przebija ona pierwszą.

Jestem po prostu zachwycona tym, co przeczytałam, tym, jak Horowitz zainspirował się oryginałem i zgrabnie zgrał go z własną wizją rzeczywistości. Zachował to, co mogło dodać smaczku, czyli świat – bo zostajemy w znanym nam Londynie w odpowiednim czasie – oraz kilka postaci pojawiających się w „Sherlocku Holmesie”, a jednocześnie nie zaryzykował, pozostawiając sylwetkę słynnego detektywa gdzieś z boku, podsuwając nam jednak przebłyski jego geniuszu. Powieść mogą więc przeczytać zarówno wielbiciele tego klasyka (i im szczególnie ją polecam), jak i osoby, które mniej więcej kojarzą, o co w nim chodzi.

Najważniejsze jest jednak to, jak autor pokierował fabułą. Zastanawiałam się cały czas, jak zamierza połączyć różne rozpoczęte wątki, a kiedy dotarłam do zakończenia, szczęka mi opadła. Jak to się dzieje, że przeczytałam tyle kryminałów, a nadal tak łatwo mną manipulować? Bo właśnie to Anthony Horowitz uczynił: zadrwił sobie ze mnie, mamił od pierwszego, niezwykle zresztą intrygującego, do niemal ostatniego rozdziału, kluczył między słówkami. Ale mówię to z uśmiechem, bo dzięki temu taką radość sprawiła mi lektura. Jest to też na pewno zasługa języka, jakim operował. Książka jest może nie najdłuższa lecz przeczytałam ją i tak całkiem szybko. Nie ma się co dziwić. Czytelnikowi trudno jest poskromić ciekawość, bo chce jak najszybciej dowiedzieć się, co się zaraz wydarzy. Innym mocnym punktem „Moriarty’ego” są bohaterowie. Jak już wspomniałam, pojawiają się tutaj osoby, o których mogliśmy przeczytać w dziele Doyle’a, i to z różnych środowisk, co wyszło wcale nieźle, bo zostali dobrze opisani. Podobnie jak ci wymyśleni dopiero na potrzeby tej książki.

Chyba nie mam na co narzekać. „Moriarty” wyróżnia się wśród innych powieści detektywistycznych, a przynajmniej tych, które ostatnio przeczytałam, praktycznie wszystkimi elementami składowymi. Intryga, styl, bohaterowie i ukłon w stronę oryginału – wygląda na to, że właśnie tyle potrzeba do szczęścia.

1. Dom jedwabny | 2. Moriarty

1 komentarz:

  1. Uwielbiam serię o Holmesie. Nigdy nie słyszałam o tym autorze, ale skoro czytasz kryminały i polecasz coś zainspirowanego Doyle i podobno super, to co ja się będę zastanawiać? ;) Kiedy tylko dostanę wypłatę, biegnę do księgarni. :)
    _________________
    pisane-atramentem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Będę bardzo wdzięczna, jeśli podzielisz się swoją opinią na temat posta. :)