10 grudnia 2017

Minirecenzje #9 „Księżniczka z lodu” — Camilla Läckberg, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” — Stieg Larsson

Dzisiaj na tapetę biorę pierwsze części słynnych szwedzkich cykli kryminalnych — tak wyszło przypadkiem, ale może to zasługa ciemnych jesiennych wieczorów. Nie na tyle długich, żeby wreszcie móc porządnie nauczyć się na sprawdziany z biologii. ;)

źródło
Tytuł: „Księżniczka z lodu”
Tytuł oryginalny: „Isprinsessan”
Autor: Camilla Läckberg
Seria: „Saga o Fjällbace”; tom: 1
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 424
Moja ocena: 6/10

Pamiętam, jak czytałam swoją pierwszą książkę Camilli Lackberg, „Pogromcę lwów”. Byłam absolutnie zachwycona. Mogłam go nazwać thrillerem idealnym dla mnie – głównie za sprawą rosnącego napięcia, które osiągnęło apogeum pod koniec lektury. Niestety kolejna przeczytana powieść szwedzkiej pisarki wywarła na mnie już zupełnie inne wrażenie i chyba nie za sprawą zmienionej formy – bo tym razem wysłuchałam audiobooka. Historia od początku niezbyt mnie wciągnęła i śledziłam ją z umiarkowanym zainteresowaniem. Największy problem miałam z tempem akcji; było zbyt wolne na całej przestrzeni książki, więc nawet momenty kulminacyjne nie wzbudzały we mnie większych emocji. Wiąże się to najprawdopodobniej z rozrostem warstwy obyczajowej, która momentami przysłaniała wątek kryminalny. Część bohaterów okazała się tendencyjna, mówię tu chociażby o Erice, Mellbergu czy Nelly. Jeśli chodzi o styl, nie mam większych zastrzeżeń, jednakże miejscami słychać było jakieś lekko niewprawne konstrukcje (możliwe, że wynikające z tłumaczenia) – ogólnie przyjemnie się tego słuchało. Plus za nieoczywiste zakończenie, bo chyba takie było zamierzenie autorki. Konkludując, myślę, że „Księżniczka z lodu” jest powieścią dobrą, ale lepiej nie podchodzić do niej z wygórowanymi oczekiwaniami.


źródło
Tytuł: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”
Tytuł oryginalny: „Män som hatar kvinnor”
Autor: Stieg Larsson
Seria: „Millenium”; tom: 1
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 640
Moja ocena: 8/10

Niedawno wyszła piąta część „Millenium”, a ja zorientowałam się, że mimo dawno ustalonych planów jeszcze nie miałam okazji zaznajomić się z tą kultową serią. Na szczęście udało mi się to nadrobić – a moje wrażenie są więcej niż pozytywne. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to rasowy skandynawski kryminał z mroczną zagadką i mający za scenerię głównie niewielką szwedzką osadę. Brzmi banalnie? Raczej tak, ale to tylko pozory. Historia jest napisana z rozmachem, pomysłem, a Larsson żongluje wątkami i wyciąga niejednego trupa z szafy. Mamy tu parę mocnych akcentów, a poczynania bohaterów śledzi się z zainteresowaniem. Trzeba jednak przyznać, że jeśli chodzi o główne postacie, to kreacja Blomkvista trochę blednie przy totalnie oryginalnej Salander.

Mój chyba jedyny zarzut dotyczy dynamiki powieści. Pierwsza część książki zaczyna się efektownie, a później napięcie rośnie, wraz z dalszym zagłębianiem się w szczegóły sytuacji. W środku jednak autor za bardzo skupia się na wątkach pobocznych, po czym nagle przeskakuje do śledztwa. W pewnym momencie, kiedy do finału sprawy jeszcze daleko, następuje zwrot akcji, przez co końcówka jest rozciągnięta. Mimo to, poznawanie ponurych losów rodziny Vanger było dla mnie na każdym etapie fascynujące. Chociaż żadnego z tytułowych mężczyzn wolałabym nigdy nie spotkać…

24 listopada 2017

59. „Intruz”— Stephenie Meyer | Obcym wstęp wzbroniony


źródło
Tytuł: „Intruz”
Tytuł oryginalny: „The Host”
Autor: Stephenie Meyer
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 568
Moja ocena: 0,5/10


Na Ziemię trafiają kosmici – gatunek zwany duszami. Szybko zaczynają kolonizować planetę, na której ciała ludzi służą im jako swego rodzaju skafandry i dzięki swojej przewadze liczebnej niemalże w całości opanowują Ziemię. Z ludzkości ostają się jedynie niedobitki. Jednakże jest pewna dusza, której żywiciel się postawił i który nie zamierza łatwo się poddać…

Czytając „Intruza”, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że na kartach książki ścierają się dwa koncepty; pierwszy to wyobrażenie tego, jak miała wyglądać powieść według autorki, natomiast drugim jest kształt, jaki ostatecznie przybrała – różnica zaś wynika z kiepskiego warsztatu i nieumiejętności tworzenia spójnej historii. Bo to mogła być dobra książka. Pomysł mógłby się obronić, gdyby kompletnie nie zawiodła jego realizacja.

Jedną z ważniejszych wad „Intruza” jest to, że w czasie czytania z siłą tajfunu uderza w nas fala hipokryzji. Dusze od początku przedstawiane są nam jako istoty o nieskończonych pokładach miłości, spokoju i dobra. Są zawsze prawdomówne, uczciwe i brzydzą się przemocą. Niestety tekst w wielu miejscach pokazuje, że są to jedynie puste słowa, a dusze to ogromni hipokryci. Nie dość, że nie mają większego problemu z kłamaniem, trzeba przede wszystkim powiedzieć, że dusze prowadzą aktywną anihilację innych gatunków, bez wyrzutów sumienia przejmując ich planety, kradnąc ciała i życia… Obcy próbują się usprawiedliwiać, lecz ich argumenty wcale nie stawiają dusz w lepszym świetle, bo w dalszym ciągu, kolonizując Ziemię czy zresztą każdą inną planetę, są agresorami. Szczególnie gorzko w tym kontekście brzmią słowa wypowiadane przez Wagabundę w dalszej części książki, dotyczące powodu, dla którego zasiedlają inne planety. A właściwie braku sensownego powodu. Co więcej, przemoc nie budzi w nich takiego wstrętu, jak to wszem i wobec głoszą; kwestia zabijania poszczególnych osobników z różnych gatunków powraca parokrotnie i za każdym razem dusze działają z wyrachowaniem. Nie ma w tym momencie znaczenia, że nie traktują tego jak morderstwo – bo to nadal jest morderstwo.

Gdyby stworzenie z dusz hipokrytów-potworów było zamierzone, mogłoby to mieć wręcz pozytywny efekt i kreować interesującą perspektywę; obawiam się jednak, że tak nie jest. Nigdzie w powieści, oprócz specjalnego przypadku, o którym opowiem za chwilę, w rozumieniu dusz nie wyłania się wyraźna konkluzja, że postępują źle. Natomiast równocześnie z nachalnym wychwalaniem dusz, odnajduję tu równie nachalne demonizowanie ludzi – podkreślenie ich słabości, zezwierzęcenia i zdemoralizowania. Ludzie są tu pokazani jako istoty z natury agresywne, porywcze, o morderczych skłonnościach i w ogóle tak zupełnie odmienne od dusz, jak tylko się da. Żywiciele są obarczani za ewentualne niezbyt przykładne zachowania dusz. Ludziom oberwało się nawet za wygląd – są w końcu nijacy i trudno odróżnialni. Pomijając to, że Wagabunda i tak często wyolbrzymia, kolejna rzecz, która moim zdaniem nie została należycie uwydatniona, to to, że, owszem, ludzie bywają tam okrutni, ale przede wszystkim dlatego, że muszą bronić się przed inwazją obcych! Dochodzi nawet do tego, że sami przyznają się do własnej nieusprawiedliwionej brutalności.

Następną kwestię stanowi, jakże ważna w science-fiction, kreacja świata. Meyer niestety nie podołała zadaniu. Stworzony przez nią świat, a właściwie Wszechświat, jest pełen białych plam, niedopowiedzeń, nielogiczności i do tego świadczy o ograniczonej wyobraźni. Jak dokładnie działa, na czym polega od strony technicznej połączenie między Wagabundą a Melanie, tak naprawdę nigdy się nie dowiadujemy. Podobnie sprawa ma się z naszą wiedzą o społeczeństwie dusz. Jak, ściśle, przebiega kolonizacja? Jak utrzymują porządek bez wyszczególnionej władzy? Szkoda, że Meyer rzuca nam strzępki informacji na różne tematy, ale żadnego z nich porządnie nie rozwija. Absolutnie zabrakło również kreatywności w wymyśleniu obcych ras – mówię tu oczywiście o Delfinach podobnych do ważek, Niedźwiedziach rzeźbiących tęczowe miasta z lodu i kołyszących się Wodorostach.

Kolejnym ważnym problemem, jaki odnajduję w „Intruzie”, jest sposób, w jaki autorka pokazuje w nim zjawisko miłości. Niewiele momentów, paradoksalnie, poświęcono na opis stopniowego rozwoju relacji między osobami, mimo że ta powieść miała być przede wszystkim romansem. Zakochanie często następuje błyskawicznie, miłość po prostu albo jest, albo jej nie ma, jak wyraża się jedna z postaci. Wagabunda w jednej chwili przejmuje wszystkie uczucia Melanie i nie ma nad tym kontroli – ogromna sympatia do Jareda nie zostaje zachwiana nawet wtedy, gdy dusza ma wszelkie powody, by go znienawidzić.

I tak płynnie przejdę do oceny konstrukcji postaci. Ponownie jest to płaszczyzna, do której mam sporo zastrzeżeń. Bohaterowie są płascy, jednowymiarowi, niewiele wiemy o tych spoza głównego kręgu zainteresowania – do tego nie wzbudzają większej sympatii, więc ich losy pozostają czytelnikowi obojętne. Jedyną osobą, która zazwyczaj ma głowę na karku, jest Jeb, chociaż nawet jemu zdarzają się słabsze momenty. Kyle i Łowczyni to persony karykaturalnie złe, istniejące chyba tylko po to, żeby podtrzymywać wrażenie istnienia w tle jakiegoś zagrożenia. Jamie to istne kuriozum; mimo że ma czternaście lat, najczęściej zachowuje się, jakby był o połowę młodszy, a zresztą podobnie traktują go inni, co tylko potęguje odczucie jego zdziecinnienia.

Jared z kolei jest dla mnie interesującym przypadkiem, ponieważ głęboko mnie zastanawia, czy on faktycznie miał być postacią pozytywną. Psychopatyczne skłonności są u niego tak wyraźne, że po prostu ciężko w jakimkolwiek stopniu go tolerować, nie mówić już o lubieniu. Jego agresywna postawa utrzymuje się przez większość powieści – wręcz emanują od niego nienawiść i furia, które wyładowuje na otoczeniu. Przerażające jest to, że ten sposób postępowania jest w pewnym stopniu usprawiedliwiany. Wydaje się więc, że na tle Jareda Ian jest tym „lepszym” kandydatem na partnera, prawda? Nie do końca. Bohater ten również ma swoje za uszami, co staje się jasne bliżej końca lektury. Oprócz tego Melanie czasami zachowuje się cokolwiek nieadekwatnie do sytuacji. Z jednej strony to dziewczyna, która potrafi walczyć o swoje, co zdecydowanie stanowi cechę pozytywną, ale z drugiej zmienia się nie do poznania, gdy w pobliżu znajduje się Jared. Zupełnie nie widzi jego wad, o których wspomniałam wcześniej i nadal w duchu do niego wzdycha, co uważam za niepokojące.

Jeśli chodzi o Wagabundę, wielokrotnie spotykamy się z podkreśleniem jej wyjątkowości, w pewnym momencie zostaje nawet zasugerowane, że w swoim społeczeństwie traktuje się ją jako kogoś w rodzaju członka rodziny królewskiej. Przy tym nie wyróżnia się inteligencją (ale to już właściwie cecha wspólna wszystkich bohaterów), jest przewrażliwiona i chętnie przyjmuje cierpiętniczą postawę, uwypuklając swoje wyobcowanie. Chyba spokojnie można określić ją jako przykład Mary Sue. Ale należy tu zaznaczyć bardzo ważną kwestię: choć Meyer stara się przekonać czytelnika, że Wanda ostatecznie przechodzi na stronę ludzi i zmienia swój światopogląd, w istocie wcale do tego nie dochodzi. To znaczy, oczywiście, przywiązuje się w jakiś sposób do współmieszkańców jaskini i dochodzi do wniosku, że nie podoba jej się, że zabrano im świat, ale jeśli problem nie dotyczy jej bliskich… to problemu nie ma. Kolonizacja innych planet, zabieranie życia innym gatunkom – w dalszym ciągu: czemu nie.

Przez „Intruza” ciężko przebrnąć – to zasługa nie tyle dużej objętości, co nudno prowadzonej narracji. Autorka posługuje się mało plastycznym stylem i typowo dla siebie wprowadza wiele niepotrzebnych szczegółów. Utrudnia to wyczucie odpowiedniej atmosfery oraz zwyczajne wciągnięcie się w powieść, czekanie z wypiekami na twarzy na to, co stanie się na kolejnej stronie. Przy tym niektóre sceny są przedramatyzowane i przeładowane weltschmerzem. Dodajmy do tego dziury fabularne, brak polotu oraz niesatysfakcjonujące zakończenie, a w sumie wyjdzie nam całkiem zgrabne podsumowanie tej pierwszej napisanej z myślą o dorosłym czytelniku książce Meyer.

Czy w takim razie bym ją poleciła? Myślę, że odpowiedź nasuwa się sama. Ale niech ta lektura będzie przestrogą: w pisaniu nie warto iść na skróty, bo przypadkowo możemy nadłożyć sobie drogi.

11 listopada 2017

58. „Włam się do mózgu” — Radek Kotarski | Koniec ze ślęczeniem nad podręcznikami

Już parę tygodni temu chciałam dodać post z recenzją „Intruza”, ale wysłałam ją też do Instytutu Książki i chciałam poczekać, aż mi odpowiedzą. Niestety do tej pory tego nie zrobili, więc wstawiam inną — mam nadzieję, że nie mniej interesującą. ;)

źródło
Tytuł: „Włam się do mózgu”
Autor: Radek Kotarski
Wydawnictwo: Altenberg
Liczba stron: 285
Moja ocena: 8,5/10


Radka Kotarskiego na pewno kojarzycie z reklam banku Millenium. Ja wam mogę powiedzieć, jeśli jeszcze tego nie wiecie, że to przede wszystkim popularyzator nauki (jak zresztą siebie określa), działający z kanałem „Polimaty” na YouTube i cyklem „Podróże z historią” w TVP. Od razu też powiem, że jestem jego wielką fanką od niemal samego początku działalności „Polimatów” i wciąż chętnie oglądam nowe odcinki. Ponadto muszę dodać, że metody uczenia to temat, który pasjonuje mnie od dawna, więc kiedy tylko usłyszałam o pojawieniu się nowej książki Kotarskiego, nie miałam wątpliwości, że szybko będę musiała się z nią zapoznać.

Tak się składa, że na blogu recenzowałam już pierwszą książkę Radka (klik) oraz inną pozycję dotyczącą technikach uczenia się (klik), więc zrobię do nich niejako małe porównanie.

Pierwsze wrażenie jest zdecydowanie pozytywne – mówię tu o wydaniu książki. Prezentuje się o wiele lepiej niż „Nic bardziej mylnego”, z racji tego, że autor, wydając we własnym wydawnictwie, mógł się pokusić o naprawdę staranną oprawę. Zamiast cienkiej okładki mamy półtwardą, za którą przepadam; tekst jest ciekawie graficznie podzielony; strony w wielu miejscach ozdobiono zdjęciami; obecne są obrazki, wykresy, wytłuszczenia; wygląda to wszystko po prostu ładnie i estetycznie, aż chce się czytać.

Przechodząc jednak do meritum, czyli do samej treści, co możemy w tej publikacji znaleźć? Już we wprowadzeniu poruszone są ważkie sprawy: Kotarski odpowiada na pytania dotyczące motywacji do uczenia się oraz sensu poszukiwania metod efektywnej nauki. Do tego przedstawia dzisiejszy pogląd na to, jak należy zabierać się do przyswajania wiedzy (później również obnaża błędy tego rozumowania) i obecny system edukacji – nie tylko w Polsce. Następnie opowiada o szeregu konkretnych technik, które jego zdaniem warto włączyć do naszego życia. Na końcu znajduje się, nazwijmy to, rozbudowany komentarz do omawianych kwestii, wraz z dodatkowymi przydatnymi informacjami. Tak w skrócie prezentuje się „Włam się do mózgu” od środka.

Z mojego punktu widzenia jest to bardzo dobra i bardzo potrzebna książka. Przyznaję, że miałam pewne obawy, czy cała ta otoczka, jaka towarzyszyła tytułowi, nie jest wyłącznie chwytem marketingowym. Ale nigdy nie powinnam była wątpić w Radka. Napisał coś rzetelnego, przyjemnego i zdecydowanie wartego uwagi. Mamy tu kompendium wiedzy o różnych sposobach nauki, a każdy został opracowany w trochę inny, ciekawy sposób, do każdego otrzymujemy obszerne wyjaśnienie, przykłady, niewielki kontekst naukowy i podsumowanie. Rozbudowana bibliografia pokazuje, że nie ma tu miejsca na domysły i niesprawdzone informacje: wszystko poparte jest badaniami. Znaczenie ma to, że sam autor wypróbował opisane techniki. Mogłabym jedynie skrytykować metodę papugi, której sens okazał się rozmyty i do końca nie wiem, na czym ona polega. Zabrakło mi też jakiejś wypowiedzi dotyczącej tematu z neurobiologicznej perspektywy, tak jak w „Jak się uczyć?” Careya, ale zdaję sobie sprawę, że być może specjalnie ją pominięto, żeby nie odstraszać potencjalnych czytelników natłokiem naukowej terminologii. Natomiast zaznaczę, że tę pozycję świetnie się czyta – Kotarski łatwo operuje słowem, wplata swój charakterystyczny humor, gdzieniegdzie pojawiają się luźno powiązane ciekawostki. Pod tym względem to literatura popularnonaukowa w najlepszym wydaniu.

Najważniejsze jest chyba to, że wiedza wyniesiona z książki może realnie zmienić (na lepsze) stosowany sposób nauki, co zresztą z pewnością przełoży się na zadowolenie z efektów w życiu szkolnym, zawodowym i osobistym. Z moich własnych obserwacji wynika, że niewiele osób szuka, czy nawet potrafi znaleźć drogę do lepszego uczenia się, mimo że to jedna z najbardziej fundamentalnych umiejętności. A szkoda. Jeśli chodzi o mnie, „Włam się do mózgu” zaskoczyło mnie w niewielu momentach, bo jednak trochę orientuję się w temacie, ale i tak stanowiło świetny zbiór wszystkich istotnych wiadomości w jednym miejscu, więc wyobrażam sobie, ile dobrego może zrobić dla kompletnego laika. Dlatego warto je przeczytać.

16 września 2017

Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano

Chwilę mnie tutaj nie było, cóż — zrobiłam sobie małe wakacje. ;) Ale chyba nigdy nie będę w stanie pisać regularnie. Mówi się trudno, a tymczasem zapraszam do czytania. :)

Tytuł: „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści”
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 792
Moja ocena: 9/10

Ostatnio udało mi się zaatakować tę sporą cegłę, jaką jest zbiór opowiadań grozy Lovecrafta w wydaniu wydawnictwa Vesper i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. W kolejnych utworach zauważyć można pewne schematy, jednak nie stanowi to szczególnej wady, ponieważ tak czy siak, opowiadania stanowią razem pewną całość; ich spoiwem jest oczywiście mitologia Cthulhu. Tutaj należy zaznaczyć, jak wielką wyobraźnię miał autor i w jaki sposób udało mu się przelać ją na papier. Obrazy, które prezentuje nam Lovecraft za pomocą swego eleganckiego, a jednocześnie plastycznego stylu, są monumentalne i niezwykle sugestywne. Odkrywa przed nami nieznany świat, który zaskakuje swoją złożonością. Jedyna rzecz, która trochę mi nie pasowała, to, zwłaszcza w początkowych pracach, nieco zbyt skąpe opisy potworności. Zamiast tych paru rzuconych przymiotników przydałaby się bardziej szczegółowa deskrypcja. Z drugiej strony, zauważyłam, że we mnie większą grozę budziła duszna, napięta atmosfera związana z dziwnymi wydarzeniami niż faktyczne opisy plugawych kreatur. Jeszcze parę słów na temat wydania — doceniam oprawę graficzną w postaci rysunków w środku książki, natomiast nie wywołała we mnie większych emocji. Z kolei posłowie było bardzo interesującym dodatkiem wyjaśniającym parę spraw i dopełniającym całość. Jednym zdaniem, twórczość Lovecrafta jest na pewno klasykiem, który warto znać, a do którego czytania nie trzeba się będzie siłą przymuszać – wręcz przeciwnie.


Tytuł: „Stół króla Salomona”
Tytuł oryginalny: „La mesa del rey Salomón”
Autor: Luis Montero Manglano
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
Seria: „Poszukiwacze”; tom: 1
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 528
Moja ocena: 6,5/10

„Stół króla Salomona” to niezła książka przygodowa autorstwa Luisa Montero Manglano, brata znanej pisarki Carli Montero. O tej powieści mogłabym napisać zarówno parę pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy. Pomysł jest całkiem ciekawy, zresztą głównie dla niego zdecydowałam się po nią sięgnąć. Wykonanie jest zadowalające, chociaż niektóre aspekty mogłyby ulec poprawie. Zaletę na pewno stanowią liczne odniesienia do historii sztuki, jednak jak na mój gust mogłoby się znaleźć trochę więcej zagadek, i to takich, na których rozwiązanie bohaterowie nie wpadną w przypadkowy sposób. Kreacja postaci jest może trochę schematyczna, a książka nie jest tak wypełniona humorem, jak o tym zapewniał wydawca. Do tego żyłka detektywistyczna, która zapewne wykształciła się u mnie po przeczytaniu sporej ilości kryminałów, pozwoliła mi na odgadnięcie prawdziwych motywów niektórych osób, dzięki czemu na końcu nie spotkało mnie zaskoczenie; z drugiej strony, mam wrażenie, że autor po prostu nie dość umiejętnie próbował zwodzić czytelnika. „Stół króla Salomona”, choć nie pozbawiony wad, jest zatem lekką, interesującą historią, która powinna spodobać się miłośnikom przygód i sztuki.

źródła zdjęć

23 czerwca 2017

Po godzinach #18 Recenzja filmu „Dziewczyna z perłą”

Cześć wszystkim po długiej przerwie, jakoś tak wyszło, że pod koniec roku ani czasu, ani chęci na recenzowanie nie miałam, więc też nic się przez ten czas na blogu nie pojawiło. Ale że dzisiaj zakończenie roku szkolnego, pomyślałam, że dobrze by było w końcu coś tu wstawić. Ponieważ jednak nie zrecenzowałam ostatnio żadnej książki, uznałam, że równie dobrze mogę tym razem podzielić się moją opinią na temat filmu, który niedawno widziałam (i tak pisałam ją zresztą do szkoły). Pierwszy raz pisałam recenzję filmu, więc mam nadzieję, że nie poszło mi źle. :)

źródło zdjęcia
Tytuł: „Dziewczyna z perłą”
Reżyser: Peter Webber
Rok: 2003

Co sprawia, że film nam się podoba? Wciągająca fabuła, gra aktorska bez zarzutu, stworzona muzyka? Trudno to jednoznacznie określić, ale uważam, że „Dziewczyna z perłą” w reżyserii Petera Webbera, na podstawie powieści Tracy Chevalier, spełnia wszystkie niezbędne kryteria.

Film przedstawia fabularyzowane losy malarza Jana Vermeera od momentu, gdy do jego domu jako kolejna służąca wprowadza się Griet – cicha, nieśmiała dziewczyna, posiadająca jednak wyjątkową wrażliwość. I na tym w zasadzie można zakończyć zarys akcji, bowiem jest to historia, którą warto odkryć samemu, na ekranie. Intryguje całokształtem wykonania, a jednocześnie fascynuje najdrobniejszymi detalami, o jakie zadbano w produkcji. Poza tym świetnie funkcjonuje jako źródło wiedzy historycznej – dzięki niemu można się dowiedzieć, jak wyglądała kultura, zwyczaje i moda w siedemnastowiecznych Niderlandach, zwracając uwagę na przykład na kostiumy. Niezwykłe jest to, jak poprowadzono tę opowieść - w taki sposób, że właściwie ogląda się z wypiekami na twarzy. Historia sprawia wrażenie, jakby wyreżyserowało ją samo życie.

Bardzo ważnym elementem filmu są naturalnie postacie. Aktorom udało się odnaleźć ich unikalne charaktery, tchnąć w nie życie, mimo że dialogów wcale nie ma dużo. Grają oni bardziej emocjami, mimiką, gestami, napięciem obecnym między konkretnymi bohaterami. Wyróżnia się tutaj Scarlett Johansson, której kreacja niewinnej, stopniowo dojrzewającej Griet zasługuje na szczególną uwagę. Nie mogę nie wspomnieć również o oprawie muzycznej, której nastrojowość idealnie komponuje się z filmem i dopełnia go, gdy jest to potrzebne.  Jednak to, co zasługuje moim zdaniem na najwyższą pochwałę, to fenomenalne, klimatyczne ujęcia, dzięki którym widz czuje niepowtarzalną atmosferę, jaką osnuta jest ta historia; w wielu miejscach film można by zatrzymać, a scena, dzięki umiejętnej manipulacji światłem i scenografią, wyglądałaby jak z obrazu. Wreszcie te swoiste mrugnięcia do odbiorcy, czyli sceny, które faktycznie zostały zainspirowane prawdziwymi obrazami Vermeera – myślę, że stanowią dodatkowy walor „Dziewczyny z perłą”.

Produkcja ta jest jedyna w swoim rodzaju. Zdecydowanie warta obejrzenia, mnie osobiście zaciekawiła na tyle, że będę ją polecać ze względu na jej wieloaspektowe, rzetelne, a zarazem poruszające podejście do tematu.

9 kwietnia 2017

57. „Po prostu zacznij” — Lee Crutchley | W poszukiwaniu utraconej motywacji

źródło zdjęcia
Tytuł: „Po prostu zacznij”
Tytuł oryginalny: „The Art of Getting Started”
Autor: Lee Crutchley
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 160
Moja ocena: 5/10


Czy zdarza się, że zamiast uczyć się do ważnego egzaminu, przeglądasz fejsa? Odkładasz nieprzyjemne obowiązki na ostatnią chwilę, a potem natłok zadań przygniata Cię tak bardzo, że... musisz się zdrzemnąć? Ile razy w tygodniu obiecujesz sobie: zacznę od jutra? Wiadomo, najtrudniej jest zrobić pierwszy krok. Odwlekamy działanie, bo boimy się, że efekt nas rozczaruje. Ale od czego są przyjaciele? Ta książka jest jak kumpel, który będzie Cię wspierać na linii startu. 3… 2… 1… PO PROSTU ZACZNIJ!
(opis z okładki)

Blurb z okładki wydaje się w stu procentach trafiać w schemat mojego życia w ostatnim czasie. Strasznie się rozleniwiłam, nie chce mi się uczyć, a kolejne obowiązki gromadzą się w zas-traszającym tempie. Dlatego uznałam, że potrzebuję jakiegoś motywacyjnego kopniaka, a książka „Po prostu zacznij” wydała mi się odpowiednia do tej roli. Właściwie nie do końca wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać, ale postanowiłam spróbować.

Co więc tak naprawdę kryje się za okładką w pięknym, intensywnym zielonym kolorze? Jak się okazuje, jest to jeden z tych zeszytów do wykonywania zadań, którego główną ideą jest zmotywowanie do działania. Ćwiczenia wymagają różnych aktywności: przy niektórych trzeba coś napisać, gdzie indziej narysować, a inne skłaniają do podjęcia konkretnych akcji (na przykład wyjścia na dwór). Możemy tu znaleźć też inspirujące i całkiem trafne cytaty.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do książki Crutchleya. Zacznę może od jej negatywnych aspektów: przede wszystkim przejadły mi się tego typu publikacje. Jakiś czas temu były one popularne, ale — jak dla mnie — bardzo dużo ich już powstało i trudno wymyślić coś oryginalnego w tym temacie. „Po prostu zacznij” samo w sobie też jest w pewnym stopniu powtarzalne: co najmniej kilka zadań wymaga zwykłego bazgrolenia, sporo mówi o narysowaniu czegoś, ale, na przykład, za pomocą różnych narzędzi i kolorów. Przy tym nie posiadały one jakiegoś szczególnego celu. Z drugiej strony, znalazłam też parę naprawdę fajnych, kreatywnych ćwiczeń, które sprawiły mi przyjemność, a nawet dały niespodziewane zadowolenie z efektu. Te małe sukcesy przyczyniły się do podwyższenia mojej oceny tej książki. A te-raz najważniejsze: czy spełniła ona swoje założenie? Na swój pokrętny sposób tak. Bo wiecie, przerzucając kolejne strony i zatrzymując się czasami, żeby zrobić co ciekawsze zadanie, miałam poczucie, że zamiast robić to, co właśnie robię, mogłabym zająć się rzeczami, które naprawdę wymagają mojej uwagi; że ten czas mogłabym przeznaczyć na — co tu dużo mówić — rozwiązanie poważniejszych problemów niż połączenie kropek. I wiecie co? Naprawdę udało mi się później zrobić coś sensownego.

Komu więc polecam „Po prostu zacznij”? Na pewno entuzjastom podobnych pozycji i chyba głównie im. Innym osobom może przypaść do gustu, ale nie musi, chociaż mój przykład pokazuje, że każdy może znaleźć w niej przynajmniej odrobinę czegoś dla siebie. Nie wydaje mi się jednak, żeby ktoś, kto potrzebuje solidnej dawki motywacji zadowolił się tylko tą publikacją.

Książkę możecie znaleźć w [Moondrive Shopie]