16 września 2017

Minirecenzje #8 „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” — H. P. Lovecraft, „Stół króla Salomona” — Luis Montero Manglano

Chwilę mnie tutaj nie było, cóż — zrobiłam sobie małe wakacje. ;) Ale chyba nigdy nie będę w stanie pisać regularnie. Mówi się trudno, a tymczasem zapraszam do czytania. :)

Tytuł: „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści”
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 792
Moja ocena: 9/10

Ostatnio udało mi się zaatakować tę sporą cegłę, jaką jest zbiór opowiadań grozy Lovecrafta w wydaniu wydawnictwa Vesper i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła. W kolejnych utworach zauważyć można pewne schematy, jednak nie stanowi to szczególnej wady, ponieważ tak czy siak, opowiadania stanowią razem pewną całość; ich spoiwem jest oczywiście mitologia Cthulhu. Tutaj należy zaznaczyć, jak wielką wyobraźnię miał autor i w jaki sposób udało mu się przelać ją na papier. Obrazy, które prezentuje nam Lovecraft za pomocą swego eleganckiego, a jednocześnie plastycznego stylu, są monumentalne i niezwykle sugestywne. Odkrywa przed nami nieznany świat, który zaskakuje swoją złożonością. Jedyna rzecz, która trochę mi nie pasowała, to, zwłaszcza w początkowych pracach, nieco zbyt skąpe opisy potworności. Zamiast tych paru rzuconych przymiotników przydałaby się bardziej szczegółowa deskrypcja. Z drugiej strony, zauważyłam, że we mnie większą grozę budziła duszna, napięta atmosfera związana z dziwnymi wydarzeniami niż faktyczne opisy plugawych kreatur. Jeszcze parę słów na temat wydania — doceniam oprawę graficzną w postaci rysunków w środku książki, natomiast nie wywołała we mnie większych emocji. Z kolei posłowie było bardzo interesującym dodatkiem wyjaśniającym parę spraw i dopełniającym całość. Jednym zdaniem, twórczość Lovecrafta jest na pewno klasykiem, który warto znać, a do którego czytania nie trzeba się będzie siłą przymuszać – wręcz przeciwnie.


Tytuł: „Stół króla Salomona”
Tytuł oryginalny: „La mesa del rey Salomón”
Autor: Luis Montero Manglano
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
Seria: „Poszukiwacze”; tom: 1
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 528
Moja ocena: 6,5/10

„Stół króla Salomona” to niezła książka przygodowa autorstwa Luisa Montero Manglano, brata znanej pisarki Carli Montero. O tej powieści mogłabym napisać zarówno parę pozytywnych, jak i negatywnych rzeczy. Pomysł jest całkiem ciekawy, zresztą głównie dla niego zdecydowałam się po nią sięgnąć. Wykonanie jest zadowalające, chociaż niektóre aspekty mogłyby ulec poprawie. Zaletę na pewno stanowią liczne odniesienia do historii sztuki, jednak jak na mój gust mogłoby się znaleźć trochę więcej zagadek, i to takich, na których rozwiązanie bohaterowie nie wpadną w przypadkowy sposób. Kreacja postaci jest może trochę schematyczna, a książka nie jest tak wypełniona humorem, jak o tym zapewniał wydawca. Do tego żyłka detektywistyczna, która zapewne wykształciła się u mnie po przeczytaniu sporej ilości kryminałów, pozwoliła mi na odgadnięcie prawdziwych motywów niektórych osób, dzięki czemu na końcu nie spotkało mnie zaskoczenie; z drugiej strony, mam wrażenie, że autor po prostu nie dość umiejętnie próbował zwodzić czytelnika. „Stół króla Salomona”, choć nie pozbawiony wad, jest zatem lekką, interesującą historią, która powinna spodobać się miłośnikom przygód i sztuki.

źródła zdjęć

23 czerwca 2017

Po godzinach #18 Recenzja filmu „Dziewczyna z perłą”

Cześć wszystkim po długiej przerwie, jakoś tak wyszło, że pod koniec roku ani czasu, ani chęci na recenzowanie nie miałam, więc też nic się przez ten czas na blogu nie pojawiło. Ale że dzisiaj zakończenie roku szkolnego, pomyślałam, że dobrze by było w końcu coś tu wstawić. Ponieważ jednak nie zrecenzowałam ostatnio żadnej książki, uznałam, że równie dobrze mogę tym razem podzielić się moją opinią na temat filmu, który niedawno widziałam (i tak pisałam ją zresztą do szkoły). Pierwszy raz pisałam recenzję filmu, więc mam nadzieję, że nie poszło mi źle. :)

źródło zdjęcia
Tytuł: „Dziewczyna z perłą”
Reżyser: Peter Webber
Rok: 2003

Co sprawia, że film nam się podoba? Wciągająca fabuła, gra aktorska bez zarzutu, stworzona muzyka? Trudno to jednoznacznie określić, ale uważam, że „Dziewczyna z perłą” w reżyserii Petera Webbera, na podstawie powieści Tracy Chevalier, spełnia wszystkie niezbędne kryteria.

Film przedstawia fabularyzowane losy malarza Jana Vermeera od momentu, gdy do jego domu jako kolejna służąca wprowadza się Griet – cicha, nieśmiała dziewczyna, posiadająca jednak wyjątkową wrażliwość. I na tym w zasadzie można zakończyć zarys akcji, bowiem jest to historia, którą warto odkryć samemu, na ekranie. Intryguje całokształtem wykonania, a jednocześnie fascynuje najdrobniejszymi detalami, o jakie zadbano w produkcji. Poza tym świetnie funkcjonuje jako źródło wiedzy historycznej – dzięki niemu można się dowiedzieć, jak wyglądała kultura, zwyczaje i moda w siedemnastowiecznych Niderlandach, zwracając uwagę na przykład na kostiumy. Niezwykłe jest to, jak poprowadzono tę opowieść - w taki sposób, że właściwie ogląda się z wypiekami na twarzy. Historia sprawia wrażenie, jakby wyreżyserowało ją samo życie.

Bardzo ważnym elementem filmu są naturalnie postacie. Aktorom udało się odnaleźć ich unikalne charaktery, tchnąć w nie życie, mimo że dialogów wcale nie ma dużo. Grają oni bardziej emocjami, mimiką, gestami, napięciem obecnym między konkretnymi bohaterami. Wyróżnia się tutaj Scarlett Johansson, której kreacja niewinnej, stopniowo dojrzewającej Griet zasługuje na szczególną uwagę. Nie mogę nie wspomnieć również o oprawie muzycznej, której nastrojowość idealnie komponuje się z filmem i dopełnia go, gdy jest to potrzebne.  Jednak to, co zasługuje moim zdaniem na najwyższą pochwałę, to fenomenalne, klimatyczne ujęcia, dzięki którym widz czuje niepowtarzalną atmosferę, jaką osnuta jest ta historia; w wielu miejscach film można by zatrzymać, a scena, dzięki umiejętnej manipulacji światłem i scenografią, wyglądałaby jak z obrazu. Wreszcie te swoiste mrugnięcia do odbiorcy, czyli sceny, które faktycznie zostały zainspirowane prawdziwymi obrazami Vermeera – myślę, że stanowią dodatkowy walor „Dziewczyny z perłą”.

Produkcja ta jest jedyna w swoim rodzaju. Zdecydowanie warta obejrzenia, mnie osobiście zaciekawiła na tyle, że będę ją polecać ze względu na jej wieloaspektowe, rzetelne, a zarazem poruszające podejście do tematu.

9 kwietnia 2017

57. „Po prostu zacznij” — Lee Crutchley | W poszukiwaniu utraconej motywacji

źródło zdjęcia
Tytuł: „Po prostu zacznij”
Tytuł oryginalny: „The Art of Getting Started”
Autor: Lee Crutchley
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 160
Moja ocena: 5/10


Czy zdarza się, że zamiast uczyć się do ważnego egzaminu, przeglądasz fejsa? Odkładasz nieprzyjemne obowiązki na ostatnią chwilę, a potem natłok zadań przygniata Cię tak bardzo, że... musisz się zdrzemnąć? Ile razy w tygodniu obiecujesz sobie: zacznę od jutra? Wiadomo, najtrudniej jest zrobić pierwszy krok. Odwlekamy działanie, bo boimy się, że efekt nas rozczaruje. Ale od czego są przyjaciele? Ta książka jest jak kumpel, który będzie Cię wspierać na linii startu. 3… 2… 1… PO PROSTU ZACZNIJ!
(opis z okładki)

Blurb z okładki wydaje się w stu procentach trafiać w schemat mojego życia w ostatnim czasie. Strasznie się rozleniwiłam, nie chce mi się uczyć, a kolejne obowiązki gromadzą się w zas-traszającym tempie. Dlatego uznałam, że potrzebuję jakiegoś motywacyjnego kopniaka, a książka „Po prostu zacznij” wydała mi się odpowiednia do tej roli. Właściwie nie do końca wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać, ale postanowiłam spróbować.

Co więc tak naprawdę kryje się za okładką w pięknym, intensywnym zielonym kolorze? Jak się okazuje, jest to jeden z tych zeszytów do wykonywania zadań, którego główną ideą jest zmotywowanie do działania. Ćwiczenia wymagają różnych aktywności: przy niektórych trzeba coś napisać, gdzie indziej narysować, a inne skłaniają do podjęcia konkretnych akcji (na przykład wyjścia na dwór). Możemy tu znaleźć też inspirujące i całkiem trafne cytaty.

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do książki Crutchleya. Zacznę może od jej negatywnych aspektów: przede wszystkim przejadły mi się tego typu publikacje. Jakiś czas temu były one popularne, ale — jak dla mnie — bardzo dużo ich już powstało i trudno wymyślić coś oryginalnego w tym temacie. „Po prostu zacznij” samo w sobie też jest w pewnym stopniu powtarzalne: co najmniej kilka zadań wymaga zwykłego bazgrolenia, sporo mówi o narysowaniu czegoś, ale, na przykład, za pomocą różnych narzędzi i kolorów. Przy tym nie posiadały one jakiegoś szczególnego celu. Z drugiej strony, znalazłam też parę naprawdę fajnych, kreatywnych ćwiczeń, które sprawiły mi przyjemność, a nawet dały niespodziewane zadowolenie z efektu. Te małe sukcesy przyczyniły się do podwyższenia mojej oceny tej książki. A te-raz najważniejsze: czy spełniła ona swoje założenie? Na swój pokrętny sposób tak. Bo wiecie, przerzucając kolejne strony i zatrzymując się czasami, żeby zrobić co ciekawsze zadanie, miałam poczucie, że zamiast robić to, co właśnie robię, mogłabym zająć się rzeczami, które naprawdę wymagają mojej uwagi; że ten czas mogłabym przeznaczyć na — co tu dużo mówić — rozwiązanie poważniejszych problemów niż połączenie kropek. I wiecie co? Naprawdę udało mi się później zrobić coś sensownego.

Komu więc polecam „Po prostu zacznij”? Na pewno entuzjastom podobnych pozycji i chyba głównie im. Innym osobom może przypaść do gustu, ale nie musi, chociaż mój przykład pokazuje, że każdy może znaleźć w niej przynajmniej odrobinę czegoś dla siebie. Nie wydaje mi się jednak, żeby ktoś, kto potrzebuje solidnej dawki motywacji zadowolił się tylko tą publikacją.

Książkę możecie znaleźć w [Moondrive Shopie]



26 marca 2017

56. „Marsjanin” — Andy Weir | Mam prze...rąbane

źródło
Tytuł: „Marsjanin”
Tytuł oryginalny: „The Martian”
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
Moja ocena: 8,5/10


Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…
(opis z LC)

Naprawdę nie dziwię się, że „Marsjanin” zdobył taką popularność. Nie znam się za bardzo na science fiction, przyznaję się bez bicia, ale wydaje mi się, że autor wykorzystał świeże podejście do wątku kosmosu w literaturze. Pomysł „mężczyzna zostaje sam na Marsie icoteraz” okazał się naprawdę ciekawy i człowiek po prostu musi się dowiedzieć, co czeka bohatera na Czerwonej Planecie. Z początku wydało mi się to nieco abstrakcyjne, no bo naprawdę trudno sobie wyobrazić, że tak ekstremalna sytuacja nie skończy się szybko w nieprzyjemny sposób. A jednak udało się czymś zapełnić te niemal czterysta stron, i to w całkiem interesującą treść. Kluczowe jest tutaj słowo „całkiem” — nie da się ukryć, że spora część książki to wykonywane krok po kroku działania Marka mające na celu stworzenia sobie warunków do przeżycia, a opisy te są gęste od szczegółów techniczno-fizycznych. Nie za wszystkim nadążałam, mimo że autor i tak pozwolił sobie na pewne niezbędne uproszczenia. To bynajmniej nie sprawia, że powieść jest nudna, ale… czasami wspomniane opisy robią się trochę suche.

Chyba największym plusem „Marsjanina” jest przepełniający go dogłębnie optymizm. Nie myślcie sobie, że próba przetrwania na innej planecie to pikuś; myślę, że takie zdarzenie z powodzeniem można by opisać jako horror. Ta książka natomiast została napisana w zupełnie innej formie. Oczywiście bohatera spotyka masa niebezpiecznych sytuacji i niejednokrotnie wydaje się, że można już na nim postawić krzyżyk. Mark Watney to jednak tak niezwykle sympatyczna i pozytywna postać, że naprawdę nie da się go nie lubić. Jest zaradny i próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej, nawet dramatycznie beznadziejnej sytuacji. Jego humor przeszedł do legendy. Jeśli utknąć na Marsie, to tylko z nim. Warto dodać, że narracja nie prowadzi nas wyłącznie przez to, co aktualnie dzieje się z Markiem, ale też z jego jeszcze-do-niedawna załogą i naukowcami NASA — te fragmenty również dobrze się czyta.

Na zakończenie mam dwie wiadomości. Zła: nie czuję, żeby po tej książce udało mi się przetrwać na jakiejkolwiek innej planecie niż Ziemi. Dobra: zdecydowanie warto przeczytać dzieło Andy’ego Weira i wybrać się na jedyną w swoim rodzaju podróż.

27 lutego 2017

Minirecenzje #7 „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” — Suki Kim, „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” — Zofia Zaleska

Tytuł: „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit”
Tytuł oryginalny: „Without You, There Is No Us. My tme with the sons of North Korea's elite”
Autor: Suki Kim
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 336
Moja ocena: 8/10

Często, gdy mówimy „Korea” mamy na myśli Koreę Południową — ten szybko rozwijający się kraj, wyróżniający się na przykład swoimi technologiami i prze-mysłem kosmetycznym. Ale na północy od niego znajduje się drugie oblicze Korei, w której wciąż sprawowana jest władza dyktatorska. Zresztą nawet to określenie zdaje się blednąć w porównaniu z tym, jaki jej obraz poznajemy w książce Suki Kim.

Wartościowe wydaje się to, że możemy się z niej dowiedzieć, jak wygląda życie osób szczególnych, bo uprzywilejowanych w systemie, a więc znajdujących się w jeszcze bardziej zamkniętym światku niż samej Korei Północnej. Jednak czytelnik szybko zdaje sobie sprawę z tego, że nawet dla nich ustrój nie jest wiele łaskawszy. Autorka nie przedstawiła bezpośrednio żadnych brutalnych sytuacji, ale na całą grozę składają się urywki codziennych zdarzeń i kiełkujące podejrzenia; nienaturalnie prowadzone rozmowy, ciągłe poczucie infiltracji i wreszcie chorobliwe podporządkowanie ideologii, która kontroluje cię w każdym możliwym aspekcie. Ponadto Kim pochyliła się nad historią Korei i okazjonalnie wplotła fragmenty autobiograficzne. Poświęciła też miejsce na opisanie problemów ludzi stojących znacznie niżej na drabinie społecznej.

To jeden z tytułów, który, czy tego chcemy, czy nie, daje do myślenia, zarówno na temat przeszłości, teraźniejszości, jak i przyszłości. Mnie zostawił trochę z poczuciem bezsilności, ale mimo to chcę wierzyć, że przypadki w nim opisane niedługo staną się zaledwie wspomnieniem, niemającym nic wspólnego z rzeczywistością.

Tytuł: „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie”
Autor: Zofia Zaleska
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 372
Moja ocena: 8/10

„Przejęzyczenie” to intrygujący zapis rozmów z tłumaczami literatury (najczęściej) wysokiej, ale wbrew pozorom nie skupia się on wyłącznie na zagadnieniach związanych z przekładem. Powiedziałabym raczej, że dzięki pytaniom zadawanym przez Zaleską, które kierują dialog w ciekawe kierunki, podejmuje bardzo zróżnicowane tematy: poczynając od młodości rozmówców Zaleskiej oraz ich doświadczeń z polską i obcą twórczością literacką, przez analizy dzieł i życiorysów autorów, aż wreszcie do zmagań nad tłumaczeniami i próbami porozumienia się z redaktorami. Ponadto gdzieniegdzie przemyca fakty z historii literatury, zarówno na świecie, jak i w Polsce. To i tak zaledwie ułamek bogactwa wiadomości, jakiego możemy znaleźć w książce, wszystko jednak kręci się wokół jednego: słowa pisanego.

„Rozmowy o przekładzie” budują nam konkretny obraz tłumacza, którego praca nie polega tylko na mechanicznym przekładaniu słów z ichniego na nasze, ale też znajomości wszelkich kontekstów, posiadaniu olbrzymiej wiedzy również z teorii literatury i rozeznaniu w jej świecie; na umiejętności dogłębnego zrozumienia pisarza oraz jego dzieła, a także podejmowania dobrych decyzji. „Przejęzyczenie” warto polecieć choćby z tego prostego powodu, że zwraca uwagę na ten rzadko doceniany, a jednocześnie jakże potrzebny zawód.

29 stycznia 2017

Sentymentalna niedziela #3 „Ucieczka” — Robert Muchamore

Jeśli przypadkiem zapomnieliście, na czym polega Sentymentalna niedziela, bo ostatnia była bardzo dawno temu, przypomnijcie sobie poprzednie edycje [tutaj]. :)

Tytuł: „Ucieczka”
Tytuł oryginalny: „Maximum security”
Autor: Robert Muchamore
Seria: „CHERUB”; tom: 3
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 263

No dobra. Żarty się skończyły. Koniec z banalnymi zadaniami, które nawet żółtodziób wykonałby z palcem w nosie. Tym razem misja Jamesa jest prawdziwą próbą charakteru i wytrzymałości. Aby dotrzeć do tajemniczej handlarki bronią, Jane Oxford, chłopak razem z innym agentem, szesnastoletnim legendarnym Dave'em Mossem zostaje umieszczony w Arizona Max: amerykańskim więzieniu o najwyższym rygorze. Następnie ma zaprzyjaźnić się z synem Jane i... uciec. Tak, dobrze przeczytaliście. Uciec z więzienia o najwyższym rygorze. Jak to nie jest hardcore, to ja już nie wiem, co jest. Książka pokazuje brutalność panującą w więzieniach, a zorganizowanie tej akcji zostało wymyślone w niesamowicie interesujący sposób. Niestety w tej części możemy też poczytać trochę więcej o Laurze, siostrze Jamesa, która jest niezwykle wkurzająca.

— FBI często posyła do więzień swoich tajniaków, na przykład po to, żeby wyciągnęli informacje od podejrzanego, rozpracowali siatkę przemytników albo przeniknęli do gangu. Wiarygodna legenda ma znaczące znaczenie dla bezpieczeństwa agenta, dlatego FBI tworzy tak zwane przestępstwa widma, pozorowane przez specjalne zespoły, a potem zgłaszane lokalnej policji i mediom tak, jakby były prawdziwe.


— Musicie wiedzieć, że nic, co wam powiem lub zrobię, nie może przygotować was w pełni do tego, z czym zmierzycie się w Arizona Max, spróbuję jednak dać wam pewne wyobrażenie przede wszystkim o tym, z kim przyjdzie wam tam żyć. Przejrzyjcie dowolną gazetę albo zobaczcie wiadomości w telewizji, a dowiecie się o zbrodniach, od jakich żołądek podchodzi do gardła. Otóż wy będziecie dzielić celę z ludźmi, którzy takie zbrodnie popełniali. Mówię tu o najpodlejszych, najbardziej okrutnych i pokręconych dzieciakach na naszej planecie. Nigdy, przenigdy nie zakładajcie, że nie są do czegoś zdolni. Większość z nich ma już na sumieniu czyjeś życie, a w realiach więziennych przemoc i bezwzględność tylko umacniają ich pozycję.


— Nie wolno okazywać słabości — powiedział Scott. — Od chwili gdy wkroczycie do celi, trzydziestu gości będzie oceniać każdy wasz ruch. (...) Statystyki mówią, że w ciągu pierwszych dwóch dni pobytu w amerykańskim więzieniu ma się siedemdziesiąt procent szans na fizyczną konfrontację. W wypadku Arizona Max to raczej dziewięćdziesiąt dziewięć procent.


Prawdą było, że James nie zostałby ukarany. Ale prawdą było także to, że gdyby katapultował się z ważnej misji i zawalił ją na tym etapie, już nigdy nie dostałby następnej takiej szansy. Resztę swojej kariery w CHERUBIE spędziłby, odbębniając rutynowe obserwacje, pozorowane włamania i rozpoznania zabezpieczeń. Nie zamierzał zmarnować całego wysiłku, jaki włożył w szkolenie i misje, tylko dlatego, że nagle ogarnął go strach.